Artykuły

Staruszek KITT
Kiedy gwiazda w kosmosie odchodzi, robi to w sposób bardzo wybuchowy. Czy i na Ziemi można liczyć na równie mocny koniec? Przekonajcie się w naszej opowieści…
Lata 80. XX wieku, Chicago, USA

- Michael, musimy poważnie porozmawiać.
- O co chodzi, kolego?
- Jak wyglądam?
- Coś się dzieje, nie czujesz się dobrze?
- Czuję się dobrze. Pytam jak wyglądam.
- KITT, wyglądasz świetnie. Tak samo, jak zawsze.
- Dokładnie o to chodzi. Nie zmieniam się.
- Cóż, masz dopiero trzy lata. To dopiero żłobek.
- Dla ludzi tak, ale dla samochodu, jest inaczej. Starzejemy się szybciej.


KNIGHT OF THE JUGGERNAUT



Spisał Skryba



Kraków, obecnie

Spotkałem go jakiś czas temu. Sam wyszedł z tą propozycją, sam napisał. Byłem zaskoczony… ale jemu się nie odmawia. Nie po tym, co zrobił dla nas wszystkich. Zwłaszcza, że przez tyle lat była cisza. I wszyscy się martwiliśmy, co będzie dalej.
Widzimy się wieczorem, na parkingu jednego dużego centrum handlowego. Pierwsze, co rzuca mi się w oczy, to że widać po nim upływ czasu. Karoseria nie tak świetlista, szyby już zmatowiałe. Ogólnie też jest mniejszy, niż pamiętam z ekranu. Jednak bije od niego… ta sama siła? Widać ten błysk w skanerze.
Ale też… czuć w nim pewną gorycz odchodzenia.
- Po trzech latach byłem już stary. A co mam powiedzieć po 30? Davida też to spotkało, ale on, jak widać, znalazł siły na drugą młodość. I cały czas pamięta o mnie, starym przyjacielu. Jednak… to już nie jest tak samo. Każdy ma swój czas.
Pytam się, dlaczego to spotkanie, dlaczego właśnie teraz.
- Słyszałem, że macie takie dobre miejsce w Polsce do kończenia kariery skoczka. Wielka Krokiew, tak? – mówi bez ogródek.
- Kończenie kariery skoczka? – dziwię się.



- Tak, mój turbo boost… najlepsze lata ma za sobą. Tak zresztą jak ja. Jednak chciałbym zrobić to, ten ostatni skok… w bardzo symbolicznym miejscu. A że akurat teraz przebywam w Polsce…
Pytam się, dlaczego w Polsce. Umiejętnie zmienia temat.
- Czy jako Knight Rider Polska, ciągle moi wierni i oddani fani, możecie pomóc?
A Knight Rider Polska nigdy nie odmawia. Zwłaszcza… KITTowi.
Mówię mu: „Let’s do it, pal!”



Kontaktuje się z Pikiem. Początkowo jest mocno zaskoczony, ale szybko łapie temat. Jako że to nie pierwsza przygoda Serwisu ze skokami, organizujemy się i sprawdzamy odpowiednie możliwości – a taka pojawia się 26 grudnia 2018 roku, podczas Mistrzostw Polski mężczyzn w skokach narciarskich. Prosta decyzja – jedziemy tam!

Zakopane

- Marusarz… Małysz… I ja – mruczy silnikiem KITT, kiedy wspólnie przemierzamy zakopiankę. Wcześniej oglądaliśmy ostatnie skoki tych zawodników na tej skoczni. I tylko ludzie w autobusie dziwnie patrzą się na moją gadającą kieszeń. Ale nie przeszkadza mi to. Wiem… że mogło być gorzej.





Drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, to jest środa, wita nas zachmurzeniem w Zakopanem. Tatry bardzo słabo majaczą gdzieś na horyzoncie. Wiatr czasem zawiewa silniejszy, czasem sypnie śnieg. Jednak to nie są warunki, jakie przeszkadzają w skakaniu.
- Mi na pewno nie. Sam mogę wygenerować niższą temperaturę, jeśli tyko zechcę… I jeśli jeszcze ta funkcja działa… Bonnie, gdzie jesteś? – KITT dodaje prawie szeptem gaźnika.
Nie drążę tematu. To na inną okazję.
Idąc na skocznie, zahaczamy o Krupówki.



- Nie, jednak kultowość to nie wszystko, potrzebna też jest i klasa – z ciężkim modulatorem przyznaje KITT. – A tu tylko kasa, misiu – dodaje, kiedy mijamy białego, ale już wypłowiałego niedźwiedzia, a dokładniej kogoś za niego przebranego.
Mogę tylko potwierdzić słowa wozu.
Śliskimi ulicami Zakopanego pniemy się w stronę skoczni. Wszędzie pełno ludzi – widać, sezon świąteczny. Nikt jednak nie zwraca uwagi na pewnego czarnego Pontiaca. Może dlatego, że ciągle bezpiecznie spoczywa w mojej kieszeni?
W końcu przybywamy pod Wielką Krokiew imienia Stanisława Marusarza. Pomimo, że do konkursu blisko trzy godziny, pierwsze osoby już zbierają się pod kasami, by kupić bilety. Jednak na teren trybun ochrona jeszcze ich nie wpuszcza.
- I dobrze – mruczy KITT, ale nie odpowiada, dlaczego dobrze.
Jako wyjaśnienie – dzięki Telewizji 3XN oraz jej redaktorowi naczelnemu udało się zdobyć akredytację dziennikarską dla KITTa i mnie. Oznacza to, ni mniej, ni więcej – praktycznie pełen i nieskrępowany dostęp do skoczni. Zanim jednak odbierzemy nasz bilet do sportowego Edenu – musimy zaczekać. Dlatego ruszamy w krótki spacer do kompleksu Średniej Krokwi im. Bronisława Czecha.



- Może tutaj? – pytam KITTa, trochę przekornie.
- Nie, to musi być tam, na Wielkiej.
Dziwię się dlaczego, tutaj przynajmniej byłoby łatwiej być niezauważonym. Po chwili się wszystko jednak się wyjaśnia – na ogrodzeniu Wielkiej Krokwi odnajdujemy taką tablicę:



- Nie wierzę w przypadki, tylko w swoje banki danych – dopowiada KITT.
Nie zamierzam już podważać jego zdania. To jego dzień.

Wielka Krokiew

Wracamy pod największą skocznię. Tam dostajemy akredytację.
- Dziękuję, bardzo dziękuję – szepcze KITT, a z jego spryskiwaczy leci kilka kropel.
Podziękujesz, kiedy będzie już po.
I nadchodzi ten czas. Jako w sumie pierwsi, po ekipie technicznej oraz zawodnikach, wchodzimy na teren obiektu (swoją drogą – w pewnym momencie samochodem minął nas Adam Małysz i posłał miły uśmiech). Obok, przed bramkami, gęstnieje tłum kibiców. Mają trąby. Mają flagi. Starsi. Młodsi. Wszyscy przybyli tu, wiedzeni świąteczną czy to nudą, czy to ciekawością, ale na pewno nazwiskami Stocha, Żyły, Kubackiego czy Małysza. Jednak… co zrobią, kiedy zobaczą czarnego Pontiaca Trans Ama?



- Praca w Fundacji nauczyła mnie nie obnosić się ze sobą. Chcę skoczyć. A ludzie – niech patrzą. Po raz ostatni…
Nie komentuję. Dopiero w tym momencie czuję, jakiego wydarzenia mam być świadkiem.
Skocznia wita nas swoją mroźną potęgą. Po ostatniej przebudowie jest to obiekt o punkcie K125 i rozmiarze HS140 (poprzednio było K120 i HS134). Ale niezależnie od wielkości – zawsze robi wrażenie. Naturalny rozbieg wbity w skały góry Krokiew, masywny zeskok. I dookoła te tatrzańskie lasy, teraz przykryte śnieżną pierzynką.
- Jakoś nigdy w serialu z Michaelem nie mieliśmy misji w zimie. A szkoda. Ładnie bym się komponował ze śniegiem.
A sól?
- Przetrwałem kąpiel w kwasie. Myślisz, że sól mi straszna?



Wkrótce rozpoczyna się trening przed zawodami, a kibice zostają wpuszczeni na trybuny. Zaś my, skoro to góry – uciekamy w górę.
Wyciągiem przy zeskoku, przecinką w tatrzańskim lesie, jedziemy po zboczu Krokwi. Zwłaszcza na początku, po lewej, widok na wybieg skoczni robi wrażenie. Pomimo, że jest dopiero po 13, już włączono sztuczne oświetlenie. Zaczyna się budowanie klimatu.
Zawiał chłodny wiatr, czasem spadło kilka płatków śniegu.
W końcu docieramy na samą górę. Tam śliską i stromą ścieżką idziemy do domku dla zawodników. My nie wchodzimy do niego, schodzimy za to poniżej, nad rozbieg. I stąd oglądamy serię treningową.
- Może skoczysz przed pierwsza serią? – zapytałem.
- Nie… Jeszcze nie – głos KITTa jakby zadrżał na widok stromizny najazdu. A może… tylko mi się zdawało. Jednak słysząc potem, ile skoczył w tej serii Kamil Stoch, tylko z podziwem zamruczał silnikiem.



Pierwsza Seria

Po sesji próbnej ruszyliśmy w dół skoczni. Pierwszą serię oglądaliśmy z dwóch punktów. Wpierw były to okolice progu. Tutaj widzieliśmy, jak zawodnicy przechodzą z jednej pozycji do drugiej. Jak tak naprawdę rozpoczynają swój lot. I jak wszystko właśnie tutaj się decyduje.
- Nie potrzebują silników odrzutowych do tego, tylko własne mięśnie. Niesamowite – wzdycha KITT. - I nie mają MBS, tylko swoje umiejętności…
W tym momencie powietrze nad nami przecina kolejny zawodnik.



Potem zeszliśmy w dół, wpierw w okolice punktu K (ale zostaliśmy przegonieni stamtąd przez sędziów długościowych, zapewne chodziło o to, by skaner KITTa ich nie rozpraszał), a potem w okolice 130 metra na zeskoku. Tu dopiero widać, jakie jest nachylenie skoczni. Człowiek nawet stojąc na schodach ma wrażenie, że zaraz poleci w dół. A co dopiero gdyby miał stanąć na tym śniegu. Albo opaść na niego z prędkością blisko 100 km/h.
- Dasz radę? – zapytałem KITTa.
- Dam.
- Już?
- Na sam koniec.



Czyli już wszystko było ustalone.
Odgłos lecącego zawodnika, moment jego przyziemienia, w telewizji wyglądają tak… normalnie i lekko. Kiedy jesteś blisko – czujesz to uderzenie o ziemię.
- Będzie trudno – delikatnie zwracam uwagę.
- Z KARRem też było, a dałem radę.
Nie mam serca mu powiedzieć o ostatniej scenie z „KITT vs. KARR”.
Pierwsza seria zakończyła się fenomenalnym lotem Kamila Stocha na 140 metr. Byliśmy blisko. Bardzo blisko.



- Jak w drugim sezonie. Jak w drugim sezonie… – KITT mruczy pod maską.
Pozostałe miejsca na wirtualnym podium uzupełnili dochodzący do wybitnej formy Dawid Kubacki i Stefan Hula.



Pożegnanie Mistrza

Początek drugiej serii. Na prośbę KITTa pojechaliśmy ponownie na górę. Nad Zakopane nadciągnął już zmierzch. Kiedy znów stanęliśmy na szczycie, widok rozbiegu, tak pięknie oświetlanego, zrobił kolosalne wrażenie.





- Ja tu już zostaję – w końcu odezwał się KITT. – Jak tylko Stoch skoczy… moja kolej.
- Zostanę z tobą.
- Nie, muszę być sam… Muszę pomyśleć.
Spoglądam w jego skaner. I widzę w nim Wszystko. Te pamiętne akcje, te skoki, te wszystkie niesamowite wyczyny. Bycie Nieustraszonym. I rozumiem, że dla niego już to było. Już minęło.
Zostało Tu i Teraz.
Wielki Finał.
Nie protestuję. KITT chowa się przy domku, a ja wracam w dół, wyciągiem. W trakcie jazdy mijam wpierw Dawida Kubackiego, a potem Kamila. W pełni skupiony, z goglami na oczach. Inni zawodnicy przed skokiem nie mają ich. On tak – odcina się. Ale mam wrażenie, że niczym skaner KITTa, dokładnie analizuje. Widzi, co ma zrobić. I to sobie powtarza.
Obecny Mistrz.
Nawet nie wie, że nie będzie ostatni. Że ktoś jeszcze… za nim poleci.
Zjeżdżam na dół. Zakopane w barwach świateł, obok płonąca Wielka Krokiew. Tłum kibiców dopinguje jakby to był Puchar Świata, a nie Mistrzostwa Polski.
Instaluję się w bezpiecznym miejscu, w strefie medialnej, tam gdzie zawodnicy schodzą po skoku. Niedaleko jest studio TVP, gdzie indziej są inni przedstawiciele mediów, czasem też rodziny, znajomi skoczków czy organizatorzy. Z aparatem, między tymi ludźmi, porusza się wiecznie uśmiechnięta Ewa Bilan-Stoch, żona Kamila. Nie da się jej nie zauważyć.
Seria toczy się, coraz bliżej zakończenia. W końcu na liście startowej zostaje Kamil. Najazd, odbicie, lot, lądowanie. Nawet z odległości… widać jego moc. Czuć ją.



Podobnie jak wtedy, kiedy człowiek na ekranie oglądał KITTa.
I kiedy tylko Kamil opuścił zeskok…
…ON ruszył. Jak to zwykle, niespodziewanie. Zbliżył się do progu. Oczyma wyobraźni ujrzałem jak przycisk TURBO BOOST się podświetla, turbiny wydają odgłos startującego odrzutowca i oto wyłoniła się zza buli czarna sylwetka, skaner pracuje, dysze balansują samochodem w powietrzu. I znów leci, jak za dawnych, dobrych lat…
Nad blokadami.
Nad przestępcami.
Nad każdą przeszkodą.
Lot do innego świata.
Do lądowania podszedł w okolicach 125 metra, lekko go zniosło na bok, ale usiadł na czterech kołach, bezpiecznie. I po raz ostatni w swej karierze.
A publika – cóż, oszalała poniekąd na jego widok.*

To już jest koniec?

Po tym wszystkim, jakby nigdy nic, zajechał na bramkę dla zawodników.



- I jak? – zapytałem.
- Myślę… Myślę, co powiedzieć. Daj mi chwilę.
W międzyczasie, kiedy on układał sobie w procesorze, co chce przekazać, jak odczuł ten ostatni skok, obejrzeliśmy dekorację zwycięzców – mistrza Kamila, srebrnego Dawida Kubackiego i brązowego Stefana Hule. Wcześniej, zanim dotarli na podium, musieli nieźle się nagimnastykować, by zdążyć udzielić kilku wywiadów. Po ceremonii również mieli problemy z wydostaniem, ale tu do dziennikarskich pytań doszły jeszcze prośby kibiców o chociażby zdjęcie, autograf, czy pomachanie. Dlatego było ciężko.
Jednak mistrz Kamil, gdy tylko zobaczył KITTa, zrobił wyjątek, podszedł i sam poprosił o zdjęcie (wybaczcie Skrybie, że też jest w kadrze – ktoś musiał Pontiaca przytrzymać):



I kiedy już wrzawa na skoczni ucichła, kiedy wszyscy rozeszli się i zostały tylko niedobitki, zapytałem KITTa.
- To już wiesz, jak było?
- Przed progiem faktycznie myślałem, że to ostatni raz… Ale potem w powietrzu… Jeśli przeleci się w bycie tyle co ja, to wiesz jedno… Że już nigdy nie przestaniesz lecieć. Nie ma odwrotu.
- Czyli? – zapytałem, zaskoczony odpowiedzią.
- To jeszcze nie koniec. Na pewno – rzucił hardo, ponownie odpalił turbo boosta… i tyle go widziałem.
- Cienisty lot… zaprawdę cienisty lot – westchnąłem, widząc jak znika gdzieś w mroku nad Zakopanem.
A potem, wróciłem do życia.



***
Gdzie jest KITT?
Co się z nim dzieje?
Od czasu Mistrzostw Polski nie mam z nim kontaktu. Jednak wiem jedno – to on się skontaktuje, kiedy będzie chciał. A mi pozostaje tylko… oglądać stare odcinki „Knight Ridera”, a także rozpamiętywać, jak to było na Wielkiej Krokwi.

A więcej zdjęć – z tego niezwykłego zdarzenia, w naszej specjalnej galerii.

Pełen zapis konkursu dostępny jest na stronie TVP SPORT.

*Organizatorzy też trochę byli zaskoczeni tym, co się stało. A jak im to wytłumaczyliśmy – niech to zostanie naszą słodką tajemnicą. Możemy tylko zdradzić, że z pomocą przyszli dwaj Faceci w Czerni z wiernymi neutralizatorami pamięci i całą ekipą sprzątającą…**



**Tak dobrze wyczyścili, że co prawda mi pamięć tego skoku została, ale już nagranie z telefonu przepadło. Rachunek za taką usługę już niestety nie…***

BONUS

Spoiler:


*** Ktoś zatrudni na czwarty i piąty etat Skrybę? Chwilówka sama się nie spłaci…

 
Ostatnia modyfikacja: 10-02-2019 19:05 przez TS89
Dodał: TS89 Komentarze Brak ocen
KOMENTARZE:
eNeR dnia 04-02-2019 00:19
Świetny pomysł i wykonanie!
Wspaniała przygoda (i relacja) :D
Legendarna skocznia...i legendarne spotkanie na niej. Nawet niejedno ;)


Zaloguj się, aby dodać swój komentarz.


. . Copyright (C) 2004 - 2019 by Pik
Regulamin   Kontakt