|
I
A shadow flight…
----------------------------------------------------------------------------------------------------
GDZIEŚ W JORDANOWIE
- Messer…
- Cicho bądź!
- Messer… Wybacz…
- Nie psiocz mi nad uchem! I przestań z tym messerem!!! To było dobre sto lat temu!
- Ale… prestorz… Stracony…
- Twoim zadaniem było jego pilnować. A jacyś zwykli ludzie wykradli go!
- Ależ… Mam za słabą…
- ZAMKNIJ SIĘ! I SŁUCHAJ!! Masz dwa dni aby odzyskać stracony prestorz… I odnaleźć resztę!!!
- Panie… Nie dam rady… Nie mam…
- Spokojnie. Wkrótce pojawi się człowiek, który nieświadomie ci pomoże… Pamiętaj: wykorzystaj go, jak możesz najlepiej. Tylko się nie ujawnij.
- Tak, messer…
- Chyba coś ci powiedziałem?
----------------------------------------------------------------------------------------------------
- Auuu… auuuu… - stęknąłem głośno, kiedy delikatny, acz mocny impuls elektryczny przebiegł przez przegub mojej dłoni.
- KOM… Co… - nie otwierając oczu przybliżyłem ręczny zegarek do ust – KOM… Środek nocy… - stęknąłem, mało dbając o poprawną polszczyznę.
- Wybacz Adam, że cię budzę 18 sierpnia bieżącego roku, o 2:45:09 czasu środkowoeuropejskiego, ale to pilne. – z miniaturowego głośnika wbudowanego w zegarek dobiegł mnie spokojny głos mojego „partnera”.
- Jak pilne, to wal. – kapitulując opuściłem dłoń na łóżko, jednocześnie otwierając oczy. Mój pokój wypełniał aksamitny kolor nocy.
- Koło dworku doszło do zabójstwa. Ofiara to profesor Zgrzybski. – spokojnie, bez emocji, kontynuował mój „kolega”.
- Zaraz, Zgrzybski… Ten archeolog, który prowadzi badania archeologiczne w okolicach dworku…- byłem lekko rozespany - Ten z Krakow… - i nagle cała rzeczywistość przełamała opór stawiany przez odchodzący sen: zerwałem się z łóżka i nerwowo powiedziałem do zegarka – Skąd to wiesz?
- Przez przypadek przejąłem sygnał z policyjnego walkie-talkie. – wyjaśnił KOM.
Nie czekając na zachętę w postaci kolejnego impulsu, wyskoczyłem z łóżka, po ciemku przebiegłem pokój (jednocześnie porywając w biegu spodnie, okulary oraz przepadając na taborecie), otworzyłem drzwi i znalazłem się na malutkim korytarzu. Światło było już tam zapalone (sprawka mojego „kolegi”). Podskakując na jednej nodze (na drugą wciskałem sztruksy) dokuśtykałem do krawędzi schodów. Chwilę się tam zatrzymałem, doprowadziłem spodnie do jako-takiego stanu, po czym w pośpiechu zbiegłem na dół. Tam też paliło się światło. A oświetlało przestronny garaż, wypełniony starymi częściami, kilkoma komputerami oraz stojącym na środku zielonym Polonezem Atu, z czerwonymi diodami zamontowanymi nad przednim zderzakiem (w miejscu wlotu chłodnicy), migającymi od prawej do lewej.
- Pal silnik! – rzuciłem w kierunku pojazdu, jednocześnie wdziewając czarne, skórzane buty.
- Proszę bardzo. – odpowiedział pojazd, poczym sam włączył swój silnik.
Wskoczyłem do środka Poloneza przez drzwi, które same się otworzyły. Wnętrze powitało mnie mnóstwo różnokolorowych kontrolek, liczników, trzema dużymi, ciekłokrystalicznymi monitorami oraz futurystyczna kierownica.
- Pełna moc! – krzyknąłem i docisnąłem pedał gazu. Tylne opony zapiszczały głośno na podłodze i już po chwil prułem ciemną ulicą w kierunku chrobaczańskiego dworku…
Ups… Przepraszam. Trochę się zagalopowałem z tym opisem nocnych zajść. A więc skorzystam z okazji, że w opowieści jestem w ruchu i przedstawię się Czytelnikowi.
Nazywam się Adam Skupień. Mam 34 lata. Z zawodu jestem informatykiem w zakładzie odzieżowym JORDANOWIAN. A z zamiłowania – detektywem-amatorem, wyposażonym w niecodzienny samochód – KOM-a 5000. Ale o nim później.
Teraz trochę liczb: 9 lat temu rozpocząłem pracę w tajnym wydziale krakowskiej policji. Jego celem było stworzenie super samochodu – przystosowanego do walki z każdego rodzaju przestępczością. Udało nam to się w 2 lata. Zaś przez następne 4 pełniłem stanowisko głównego zarządzającego projektem. Jednocześnie byłem także pomocnikiem policjanta, który kierował samochodem. Dzięki temu obyłem się z policyjnym życiem oraz sposobami walki z przestępczością. Jednak 3 wiosny temu znudziło mi się to. Odszedłem z policji, wróciłem do swojego rodzinnego miasta Jordanowa i tam rozpocząłem pracę w wcześniej wymienionym zakładzie produkcyjnym. Ale moje zamiłowanie do najnowszej technologii i tajemniczych spraw nie opuściło mnie – po nocach i w czasie wolnym „wypoczywałem” przy najważniejszym projekcie mojego życia: KOM-ie 5000.
I tu już mogę wyjaśnić, czym jest ten cały tajemniczy KOM.
Jak Szanowny Czytelnik zdołał zauważyć, KOM był samochodem. Wyglądał jak zwyczajny Polonez, ale we wnętrzu krył moje doświadczenie technologiczne wyniesione z policji i kapitał zdobyty na sprzedaży niektórych patentów oraz publikowaniu opowiadań. Jak i także, a może przede wszystkim, procesor SKUP1 – procesor sztucznej inteligencji… Może za skomplikowanie wyjaśniam? Jeżeli tak, to przepraszam i już się poprawiam: otóż KOM potrafił myśleć (raczej coś do tego podobne – tylko nie wiem jak to nazwać; tak szczerze, to nawet nie umie wyjaśnić jak on „stał się”). Ba, czasami wykazywał się reakcjami, które można byłoby nazwać uczuciami (ładny rym). Tak więc obudowałem ten procesor wytrzymałą karoserią, dorzuciłem kilka drobnych funkcji (auto pilot; skoczek; modem; skaner[te światełka z przodu] – takie tam zabaweczki ).
Tak więc razem z KOM-em zaczęliśmy rozwiązywać różne zagadki w Jordanowie i nie tylko. Czasami było zabawnie, czasami niebezpiecznie, ale zawsze wychodziliśmy z opresji (prawie) cali.
No i tak wygląda pokrótce nasza historia. Myślę, że nikogo nie zanudziłem. A teraz wracam do akcji właściwej opowieści.
II
Tematyka rozmów przy denacie
Z głośnym piskiem zatrzymałem się przed żółtą linią z napisem POLICJA. Za nią, w słabym świetle lamp parkowych, majaczył biały, zaniedbały dworek, przykryty eternitowym dachem. Zaś tuż obok stały radiowozy policyjne, karetka pogotowia oraz karawan.
Po chwili, wpuszczony na ogrodzony teren przez młodego funkcjonariusza policji, (który znał mnie oraz wiedział, jak czasami mogę być przydatny), zajechałem pod budowlę.
- Miej skaner w pogotowiu. – mruknąłem cicho do komputera.
Tuż nad kierownicą zapulsował zielony prostokąt:
- Wporzo ziomie. – KOM, który obecnie fascynował się subkulturą hip-hopu, rzucił do mnie to jakże oryginalne zdanie. Zaś na jednym z ekranów pojawił się dokładny skan terenu.
Rozcierając przedramiona (noc była chłodna, a ja miałem na sobie tylko koszulkę z krótkim rękawem) ruszyłem w kierunku tylnej elewacji budynku, skąd dobiegał mocny głos komendanta powiatowego – Janusza Kowalczuka.
- Cześć. – rzuciłem, kiedy znalazłem się z tyłu dworku. Stało tam dwóch policjantów z zapalonymi latarkami. Otaczali oni ciało przykryte czarnym workiem. Zaś nieopodal technicy ubrani w jaskrawe plastrony zbierali ślady.
- O, Adam. Jak zawsze na miejscu. – z lekkim uśmieszkiem przywitał mnie komendant.
- Wiesz, jeżeli dwadzieścia metrów od domu dochodzi do zbrodni, to jak mam się nie pojawić. – odpowiedziałem stosowanie do pytania, poczym nieco spoważniałem i zadałem takie zdanie pytające – Co mamy?
- Strzał prosto w twarz. Gościu nie miał szans. – chłodno odpowiedział Janusz – A tak właściwie, to jakie on tu prowadził badania? – i zrobił minę: „Ja tam archeologią się nie fascynuję.”.
- Oj, widać stary, że wyciągnęli cię z łóżka w środku nocy. – cicho stwierdziłem.
- Jakbyś zgadł… - mruknął cicho komendant, jednocześnie krwawo patrząc na swego asystenta. Ten zaś zrobił minę pod następującym tytułem: „No co? Pan komendant sam mi kiedyś powiedział, że jeżeli stanie się coś, co pomoże panu awansować, to mogę wyrwać pana nawet z nocnych objęć żony.”
- Dobra… Nie morduj go tym wzrokiem. – zareagowałem w końcu, widząc, jak Januszowi zaczynają dygotać ręce. Szybko opanował się, poczym spławił asystenta następującymi słowami: „Idź i sprawdź czy cię nie ma koło radiowozu” – Zaś wracając do denata… - a ja powróciłem do tonu bardziej odpowiadającego chwili - Profesor Edgar Zgrzybski szukał w okolicy dworku jakiś pozostałości po szlaku kupieckim, którym na Węgry szła sól… No wiesz: monety, sprzączki, solniczki…
Janusz pokiwał głową.
- Ale tak dokładnie to nie wiem. Raz tylko do niego wpadłem… Z miesiąc temu… Żeby z nim pogadać o tej jego asystentce, która zaginęła w tajemniczych okolicznościach… I wtedy pokrótce wyjaśnił mi, co tutaj robi. - ciągnąłem dalej, nieświadomie powiązując dwa częściowo ze sobą powiązane fakty.
- Nawet mi przypominaj o tamtej sprawie… - Janusz spochmurniał – Do tej pory nie wpadliśmy nawet na fałszywy trop dotyczący jej…
- Ej, nie przesadzaj. – pocieszyłem komendanta – Też próbowałem zająć się to sprawą. I skapitulowałem po trzecim dniu. Widząc, że nawet KOM nie może nic znaleźć, uznałem to za bezcelowe…
- Ale tobie komendant wojewódzki nie zmywa głowy od miesiąca… A mi tak… Przecież to była córka jakiejś ważnej szychy z samorządu województwa… - Janusz powoli zaczynał zdradzać oznaki załamania nerwowego połączonego z panicznym strachem przed czymś.
- Janusz, uspokój się. Nie każdy jest herosem. – próba pociechy w moim wykonaniu – Dobra, to czy jestem jakoś potrzebny? – szybko zmieniłem temat, gdyż nie chciałem żeby Janusz mi się tu rozklejał. A poza tym czółem, żę jakośik chce mi się spaci… I rze zatrzyynam ropić pyki…
- A wiesz, że nawet mam dla ciebie robotę. – Janusz, po moim heroicznym ratowaniu, wrócił do siebie – Myślimy dać tej nowej asystentce profesora ochronę na pewien czas.
- Po co? – konkretne pytanie w moim wykonaniu.
- To… - Janusz wskazał dłonią na trupa -…wygląda na robotę mafii…
- Skąd takie przypuszczenie? – przepraszam: wiem, że nie ładnie komuś przerywać, ale to pozostało mi z czasów pracy w policji.
- To… - komendant, niezaprzeczalnie powtarzając się, wskazał podbródkiem na jakiś ciemny przedmiot leżący na ziemi – Masz… - i podał mi gumowe rękawiczki, które następnie szybko ubrałem. A na końcu tego rutynowego ciągu znajdowało się wzięcie przedmiotu do dłoni.
Powoli zacząłem go oglądać. Był lekki, acz duży… Był metalicznie posrebrzany, acz plastykowy… Po prostu był, acz także był… Żart.
- Co to? – spytałem w końcu.
- KR-3000. Wizjer ciekłokrystaliczny. – wyjaśnił mało jasno Janusz.
- Prościej? – to nagłe przebudzenie odebrało mi zdolność logicznego myślenia.
- Takie okulary XXII wieku. Zakładasz je i zamiast przez nie widzieć otoczenie, oglądasz obrazy pochodzące z pamięci urządzenia…
- A co to ma wspólnego z mafią? – i znowu moje nie wychowanie.
- No bo oni do tortur tylko tego używają… Już nie odcinają paluchów, nie biją, tylko puszczają coś tak przerażającego, że po chwili ludzie łamią się i robią to, czego od nich chcą… Chamy. – zakończył z mściwością Janusz.
- No tak… A wiadomo, co tutaj było nagrane? – teraz to zachowałem się dobrze.
- Niestety nie. To jest w sumie pierwszy egzemplarz, jaki wpadł w nasze ręce i bardzo nie wiemy, jak to ustrojstwo obsługiwać
- A od czego jest KOM. – mruknąłem cicho, poczym głośniej zwróciłem się do zegarka – KOM?
- Yo men. – usłyszałem odpowiedź – What`s up?
- Spróbuj to włączyć. – rozkazałem i zbliżyłem zegarek do KR-3000.
Nie upłynęło wiele wody w chrobaczańskiej rzeczułce, kiedy KOM oznajmił: „Gotowe”. I wtenczas KR-3000 zaczęło działać.
- Co… już? – Janusz trochę zdziwił szybkością mojego partnera – Daj zobaczyć. – i po nieco chamskim wyrwaniu KR-3000 z moich rąk, założył je na głowę. Ale długo tam nie było. Po chwili, z potwornym przerażeniem na twarzy, szybkim ruchem pozbył się urządzenia z twarzy.
- Co…? – z niepokojem zapytałem go.
- To… straszne… Chamy… Dożywocie… Za to… Skur… - bełkotał bez ładu i składu komendant.
- Janusz!!! CO?!!!! – zacząłem się już bać.
- Wiesz, co oni mu pokazali??? – komendant zaczął mówić normalnie. Ale dalej był zdenerwowany.
- Raczej nie…
- Film, z którego wynika, że… że… - tu się zaciął – …że przewodniczący Obroń Się Sam został prezydentem Polski!!!
I w tym momencie wypowiedziałem wiekopomne słowa, które w przyszłości stały się kultowe dla całego polskiego społeczeństwa, jednak były utożsamiane z kimś zupełnie innym:
- Chamstwo, chamstwo, chamstwo!
- Święte słowa… Święte słowa… - Janusz jeszcze przez chwilę kompletował filozofię tej wypowiedzi, poczym wrócił do wątku ochrony asystentki - No więc… Chcemy, abyś jej pilnował… Co prawda proponowaliśmy tej kobiecie przeniesienie w jakieś bezpieczne miejsce, ale ona uparła się, że musi dokończyć dzieło profesora, czy cuś w tym stylu, i się za nic stąd nie ruszy… - i Janusz zrobił głupią minę i ja się wzruszyłem i to jest szalone.
- …a wy nie macie tak dobrego sprzętu jak ja. – dokończyłem za komendanta – Dobra. Tylko wiesz… Jutro poniedziałek… I muszę iść do pracy… - zrobiłem błagalną minę.
- Dobra Adaś. Pogadam z twoim szefem… Nie bój się. To nie będzie urlop bezpłatny. Od czegoś w końcu jest ten cały budżet państwa. – poczym Janusz zakończył swój wykład nieco nietrafnym tekstem.
- No to mamy załatwione… To ja pojadę do tej asystentki…- krótko określiłem swoje plany na przyszłość. Następnie pożegnałem się z obecnymi na miejscu tej drastycznej zbrodni i udałem się z powrotem do swojego samochodu.
C.D.N... |