|
III
Przyczepa
- Co tam słychać? – spytałem KOM-a, kiedy w końcu znalazłem się w ciepłym wnętrzu pojazdu (jak dobrze, że ogrzewania nie wyrzuciłem przy budowie pojazdu).
- Na jedynce „Dziwny jest ten świat”, na Igreku „Siergiej i Dorsz”, a na Żłobku… - komputer zaczął wymieniać jakie utwory były grane na jakiej stacji.
- KOM, czasami za bardzo dosłownie wszystko przyjmujesz. Chodziło mi o to, czy jest spokojnie w terenie. – niemalże jak dziecku wyjaśniłem pojazdowi, co trzeba.
- Ach wy ludzie. Na żartach się nie znacie. – zielony wyświetlacz zamrugał nad kierownicą.
- KOM, nie przesadzaj… - skarciłem partnera. Następnie odpaliłem silnik i ruszyłem drogą w dół. Wykonana była z kocich łbów, poważnie nadszarpniętych zębem czasu. Prowadziła ona tuż obok nieużywanych budynków Zespołu Szkół im. bł. księdza Piotra Dańkowskiego – mojej dawnej budy… Ach to były czasy… Te ogniska, te kartkówki, ten mikroklimat, ta Raba, ci profesorzy… I znowu, do diaska, zagalopowałem się… A więc wracając do akcji:
Nie zjechałem całkiem w dół, tylko w połowie zjazdu skręciłem w krótką, asfaltową drogę. Prowadziła ona tuż obok pamiętającego nie jedno grilla szkolnego, starej budy (tym razem to słowo ma inny sens niż to w poprzednim akapicie), zwanej przez niektórych KUŹNIĄ oraz kilku nieużywanych garaży wprost na skraj wielkiej polany. Tam właśnie znajdowały się dwie przyczepy: profesora i jego asystentki… Jak i także, a może przede wszystkim, można było tam odnaleźć pospolite źdźbła trawy, zwyczajowe odmiany kwiatów oraz policyjne radiowozy (dziwnie chętnie się tam kotłujące – może ktoś by chciał to zjawisko wyjaśnić od strony naukowej?).
Z cichym piskiem wyhamowałem przed końcem asfaltu.
- KOM, ja tam teraz wchodzę… - zacząłem trochę dramatycznie.
- To jakby co, twój testament schowany jest pod podłogą w kuchni, na strychu obok starego komina lub na moim dysku w folderze GOODBYE. – rzeczowo wyłożył komputer.
- KOM. Dopiero co wstałem i twoje wyszukane żarty wcale mnie nie bawią. – postawiłem sprawę jasno – Dobra, wychodzę. – i już chciałem otworzyć drzwi, gdy nagle przyszło mi coś do głowy. Związane było to z tym, że mój kumpel zapuścił teraz jakiś hip-hopowy kawałek, z masą przekleństw w jednej zwrotce.
- I żeby nie wydawało się ci, że w tym tandemie ja coś robię, a ty tylko błyszczysz. – karcącym, niemalże rodzicielskim głosem wyraziłem swoje zdanie – Jak wrócę… A na pewno… to masz mi przygotować wszystko o tej kobiecie… Jasne? – w tym momencie poczułem się zupełnie (a nie prawie)jak rodzic.
- Tak jest. – smętnie odpowiedział KOM, przerwał piosenkę na którymś: „k_ _ _ _a mać” i zaczął grzecznie penetrować Internet.
- Dobry chłopiec. – skwitowałem to ironicznym komentarzem, poklepałem charakterystycznie kierownicę, poczym (uwziąłem się z tym „poczym”, co?) opuściłem pojazd na dobre i ruszyłem w kierunku przyczepy asystentki.
***
- Witam. – powiedziałem cicho do młodego funkcjonariusza, kiedy wszedłem do środka przyczepy. Stał on przy drzwiach i pełnił rolę ochroniarza (jaki ja jestem inteligentny, że na to wpadłem)
- O, Adam… Pan komendant dzwonił przed chwilą. – szybko wyjaśnił chłopaczek, jednocześnie ściskając mi dłoń.
- To fajnie… - powiedziałem odruchowo, w międzyczasie lustrując wnętrze przyczepy: 4 krzesła (na jednym siedziała zapłakana blondynka), mały stolik, szafki, jakieś kartony, kilka wykopalisk, teczki z IPN-u, TW. „Delegat” w koncie Rozrachunki z PRL-em po stronie Ma, zaś po Wn TW. „Beata”… No i zapach… Mocny zapach kadzidełek… Bardzo mocny… Ale… Ale jakbym wyczuwał jakiś inny, nieprzyjemny… Taki śmierdzący… A może to tylko przywyczucie?…
- To ja wyjdę na pole. – z procesu lustracji wyrwał mnie policjant - Od tego całego zaduchu rozbolała mnie głowa… I muszę się dotlenić… - popatrzył na mnie błagalnie.
- Dobra. – odpowiedziałem szybko, jednocześnie zwracając całą swą uwagę®™ na blondynkę. Byłem tak tym pochłonięty, że nie zdołałem nawet zauważyć, jak dwanaście sekund później, z wyraźnym niecelowym szturchnięciem mojej skromniej osoby w łokieć, funkcjonariusz wyskoczył na pole…
Pomału, bez pośpiechu podszedłem do kobiety, położyłem swoją dłoń na jej barku i tak przemówiłem:
- Witam. Nazywam się Adam Skupień i będę pani ochroniarzem. – takiego sposobu wypowiedzenia tego tekstu to by się nawet Linda nie powstydził.
Asystentka podniosła wypłakane, zielone oczy na mnie. Wyglądała na strasznie wystraszoną i przerażoną sytuacją: trzęsła się, usta jej drgały, w prawej dłoni trzymała przemoczoną chusteczkę… Normalnie tragiczny obr… Wróć. Zapomniałem o głębszej analizie jej gałek ocznych (wiecie, to przecież zwierciadło duszy)… Chwila… Zaraz… A więc: za spokojne… Zupełnie jakby nie pasujące od tej osoby… A raczej jej sta…
- Małgorzata Kowak. – zupełnie bez ostrzeżenia kobieta przedstawiła się. A zrobiła to dokładnie w momencie, kiedy dochodziłem do odkrywczego wniosku o jej gałkach.
- Jak się pani czuje? – ignorując fakty®™, zadałem następujące pytanie.
- Profesor… Najpierw Ania (Pierwsza asystentka – wtrącenie Adama)… A teraz on… To straszne… - i znowu zagłębiła się w chusteczkę.
Po psycholożemu objąłem ją, lekko przytuliłem i czekałem… Czekałem… I dalej czekałem… Nie będę oryginalny: czekałem… Aż się doczekałem:
- To straszne… - jęknęła Małgorzata i wróciła do chusteczki… A ja czekałem… Ej, kobito… Łopamiętaj si nieco… Śwarny gazda ci to godo… O… Juz ta ci kasik lipiej… O… Mozes godać… No, to godoj matko chrzestna:
- Bardzo pana przepraszam… Strasznie pan się musiał przy mnie wyczekać… - co racja, to racja – Ale ta sytuacja…
- Tak, tak. Rozumiem. – nieodkryty jeszcze przez wścibskie media „Tajny podręcznik odzywek policyjnych”; tom 45; str.751; wyd. „CIŚKIEWICZ I S-KA”.
Zapanowała pomiędzy nami cisza, którą Małgorzata spożytkowała na wstanie i dotarcie do okna, a ja na nicnierobieniu.
- Bardzo przystojnego dali mi ochroniarza. – próbując rozluźnić sytuację, Małgorzata wydała tę pochlebną i nieco łechtającą moją próżność opinie. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt®™, że KOM chyba już zdołał zrobić to, co mu kazałem i teraz, w ramach relaksu, podsłuchiwał naszą rozmowę i jak na złość, w momencie wypowiadanie słów przez kobietę, uraczył mnie małym impulsikiem elektrycznym. Zareagowałem na to nieznacznym skrzywieniem twarzy oraz przysięgą, że jeszcze z nim o tym pogadam (solidnie). Ale wracając do kobiety:
- Ano tak już wyszło. – powiedziałem krótko. Następnie wydałem z siebie charakterystyczne: „ehuuu” i przemówiłem tak: – No to co… Dopóki pani nie skończy tu prac, będziemy skazani na siebie. – zaś ten tekst to był mój sposób na rozluźnienie atmosfery.
- Na to wygląda. – byłem tak zajęty swoimi Porachunkami z KOM-em (konto numer 000), że zupełnie nie zauważyłem, jak Małgorzata zmieniła się od czasu: „Bardzo przystojnego…” – teraz uważnie wpatrywała się we mnie (małe pytanie do Czytelnika: pobrać od niej tantiemę za patrzenie na mój obraz własny?). Ba, powiem więcej – ona mnie lustrowała (ha, na szczęście urodziłem się w 1989, więc raczej problem teczek mnie nie dotyczy… Co?).
- Widzę, że jest pan inteligentny. – kontynuowała dalej mój obiekt ochrony, coraz bardziej odchodząc od swego roztrzęsionego tonu.
- Chyba tak… Kilka pasków się miało. – coś zaczynało mi tu śmierdzieć. Ale to nie był nawet ten tajemniczy zapaszek w przyczepie oraz swąd moich przypalonych włosów na ręce (KOM miał ubaw tak co chwilę częstując mnie impulsami). „W co ona ze mną, kruca, pogrywa?” – pomyślałem.
- To dobrze… To bardzo dobrze… - Małgorzata wypowiedziała słowa zupełnie dla mnie bez sensu. Jednocześnie odwróciła się twarzą w kierunku okna – Chce pan wiedzieć, co tutaj robił profesor? – obróciła się tak nagle w moją stronę, że nawet nie zdążyłem zdziwić się jej szybkością.
- Przecież wiem… - czułem się przy niej jak uczniak: taka emanowała z jej osoby „moc” – Badania archeologiczne…
Małgorzata cicho prychnęła.
- Jest w tym trochę racji… - powiedziała cicho – Ale tylko trochę… - nagle z pobliskiego stolika porwała jakieś ksero - Niech pan to przeczyta. – rozkazała krótko i rzuciła mi kartkę.
Sprawnym ruchem uchwyciłem świstek i zacząłem czytać tekst napisany pochyłym, kaligraficznym pismem:
Moc przedawna ukryta w kamieniu,
Daje władzę wszelaką, przyjacielu.
Moc przedawna ukryta została,
Aby się w złym nie pałała.
Moc przedawną wskazać może
Jedynie trzy części – prestorzę.
Prestorz jeden ukryty został,
Tam, gdzie Pan ducha oddał.
Prestorz drugi tam przebywa,
Gdzie się wielbi Syna.
Prestorz ostatni, najwłaściwszy pewnie –
Króluje tam, gdzie słońce wstaje dzienne.
Kiedy skończyłem, wymownie popatrzyłem na Małgorzatę.
- Jeszcze pan nie rozumie? – wyglądała na zaskoczoną moim otępieniem.
Ja tylko pokiwałem przecząco głową.
- Skarb Chrobaczego? – Małgorzata rzuciła hasło.
- Zastawa ukryta pod pewną lipą przez dawnego właściciela dworku w czasie ucieczki przed wojskami niemieckimi… - szybko wyrzuciłem z siebie mit chrobaczański, znany mi od lat najmłodszych - Ale dalej nie rozumie…
- Zastawa to podpucha… Zbycie dla wszędobylskich poszukiwaczy przygód… - cicho i spokojnie Małgorzata zaczęła wyjaśniać ten fakt dla mnie mało znany – Tu naprawdę chodzi o moce nie z tej ziemi. - eeee…, ona chyba doznała wielkiego szoku po tym zabójstwie.
- Magiczne moce? Tu? W Jordanowie?… To już bym się bardziej spodziewał tutaj Sejmu… Lub gadającego samochodu… - i KOM znów uraczył mnie miłym wstrząsem. Ja, nie zważając na to, kontynuowałem – Pani chyba żartu…
- Ja kawałów nie lubię. – jakby znając ten jakże popularny w naszym społeczeństwie zwrot, asystentka przewidziała to, co chciałem powiedzieć – Tylko konkrety. – i………… AUUUU… JAK ONA NA MNIE SPOJRZAŁA!!!!… To już wolę impulsy od KOM-a… AUUUU……
- No… to… załóż…my… że… no …pani… to…znaczy… wierzę… - będąc jeszcze w szoku wyjąkałem te kwestię – A jakie są na to dowody? – na szczęście w ułamku sekundy odwaga mi powróciła.
Małgorzata jakby się nad czymś głęboko zastanowiła, po czym powoli zaczęła mówić:
- Pół roku temu profesor Zgrzybski wpadł na trop legendy tzw. skarbu Chrobaczego… Że niby przedwojenny właściciel dworku, dr Jan Poratyński, był posiadaczem kamienia o wielkiej mocy… I on ten kamień kazał przed wojną schować, zabezpieczając go w taki sposób, żeby jego odnalezienie było niemożliwe łamane przez wyjątkowo trudne… Oczywiście profesor Zgrzybski traktował to jako bajeczkę… Na wielkich resorach… Ale trzy miesiące temu, od nowego właściciela dworku, otrzymał propozycję badań archeologicznych w otoczeniu budowali. A jako że jeszcze gaża była odpowiednia, profesor zaczął te nie ukrywajmy, nudne prace… Przez miesiąc nic specjalnego nie znalazł… I w którąś niedzielę wyjechał do takiej pobliskiej wsi na Ł… Łetawni… - zmarszczyła czoło, co znaczyło tylko tyle, próbuje wydobyć z mózgu żądane informacje.
- Łętowni… – chcąc szybciej poznać fakty, dopomogłem Małgorzacie w przypomnieniu.
- Ano tak… Łętwoni… I on tam wyjechał, aby trochę wypocząć… - kontynuowała kobieta - Ale jak to bywa z… Przepraszam… Bywało z nim… - siarczyście siąknęła w chustkę – Profesor nie umiał oddzielić pracy od czasu wolnego… Gdziekolwiek by się nie znalazł, zawsze musiał grzebać w ziemi… No i tak się zdarzyło, że zwiedzając tę Łetwanie…
- Łętownię. – cicho ją poprawiłem.
- Tak… Przepraszam… - ha, cóż za uroczy uśmiech dziękczynny - Trafił w takie miejsce, gdzie znajduje się tablica pamiątkowa…
- Miejsce, w którym niespodziewanie zmarł właściciel Łętwoni? – jestem strasznie niewychowany!
- Jakby pan zgadł… - kobieta coraz bardziej się utwierdzała się w przekonaniu, że ze mnie erudyta na sto fajerek – I on tam zaczął o tak sobie grzebać… Długo nic specjalnego nie znajdował, ale w końcu natrafił na małą szkatułkę… Niestety, nie mogę panu jej pokazać, bo znajduje się w przyczepie profesora, a tam teraz pełno policji…
- To nie problem. Proszę dalej. – i znowu „Tajny podręcznik odzywek policyjnych”; tom 23; str.212; wyd. „CIŚKIEWICZ I S-KA”.
- Okazało się, że w tej szkatułce jest mały diament oraz poważnie zniszczona kartka papieru. Jednak można było z niej coś jeszcze odczytać. Profesor to odszyfrował i z pomocą Ani… - kolejne, dziwnie mało szczere, chlipnięcie – Przepraszam… przepisał na komputerze. – i podała mi kolejny świstek papieru. Szybko go powziąłem. Tym razem przywitała mnie nowoczesna czcionka Nowy Minister Roman, rozmiar 15, bez pogrubienia, służąca do zapisania następującego, mało składnego tekstu:
Oto przed tobą człeku jest prestorz pierwszy, otwierający drogę do pozostałych dwóch oraz tego najwłaściwszego – skarbu Chrobaczego. Skarbu będącego boskim kamieniem, o nie poznanej dotąd mocy. Mocy mogącej zdziałać wszystko, ale tylko w dłoniach wybranego. Wybranego, który w wybranym czasie 19 dnia ósmego miesiąca każdego roku n[NIECZYTELNE]dokona stworzenia mocy na nowo.
Przez chwilę analizowałem niecodzienną treść tekstu… Tak… 18… Ósmy… Totek… Fajne liczby… Adam!!! Skup się… Poczym przemówiłem tak:
- Nie chcę nic mówić, ale czuję się jak w MATRIXIE®™ albo jak w innej bajeczce typu Harry`ego Moppera… - nie ma co: wyczuciem to ja nie grzeszę.
- Czyli pan mi nie wierzy? – Małgorzata popatrzyła na mnie jak na kogoś… hm… jak to nazwać…
- No ten… tego… - zacząłem coś tam mruczeć pod nosem.
- Nie wierzy mi pan? – kobieta powtórzyła pyt… AAAAA… co do choleryy… KOM… co to za im… ale zegarek nie ma takiego zakr… co się dziej…
- Nie, nie wierzę… - może mi wierzyć, albo nie, ale to coś dziwnego, co przeszło przeze mnie, wywołało u mnie pełną… prawdomówność - Ale za to uważam, że z punktu widzenia archeologicznego i przygodowego odnalezienie pozostałych prestorzy to bardzo interesujące wyzwanie. – i się uśmiechnąłem… Cholera, tak, jakbym nad sobą w zupełności nie panował…
- To dobrze… - z pewnego rodzaju satysfakcją stwierdziła Małgorzata - Ale wracają do profesora. Odkąd odnalazł szkatułkę, zaczął coraz bardziej wierzyć legendzie… „Prestorz jeden ukryty został, Tam, gdzie Pan ducha oddał.”, rzecz jasna… Część czasu wyznaczonego na wykopaliska przeznaczył na zagłębieniu tajemnicy skarbu… Niestety. Do tej pory zdołał zlokalizować tylko jeden z pozostałych dwóch prestorzy.
- Który? – co prawda wyglądałem na uspokojonego, ale w środku jeszcze wszystko trzęsło mi się po tym czyś…
- „Prestorz drugi tam przebywa, gdzie się wielbi Syna.”… Kościół w Jordanowie. – cicho wyjaśniła Małgorzata.
- A trzeci? – i znów moje rozespanie (wiecie, jak jestem na chodzie, to inaczej myślę).
- „Króluje tam, gdzie słońce wstaje dzienne.”… Zbyt ogólnie… Za dużo prawdopodobnych miejsc ukrycia.
- Właśnie, cały wschód sprawdzić… - i jak zawsze musiałem wtrącić swoje dwa lub trzy grosze.
Przez chwilę staliśmy w ciszy.
- Jutro jestem umówiona z księdzem proboszczem na przeszukanie świątyni. – w końcu kobieta zabrała głos.
- Czyli wygląda na to, że mamy pracowity dzień. – skwitowałem – A jeszcze jedno pytanie: nie podejrzewa pani, kto stoi za tym morderstwem?
Na te słowa Małgorzata znowu zaczęła się rozklejać:
- Proszę… Nie dziś… Kiedyś… Nie mam już siły… - a na skarb Chrobaczego to się miało! – Proszę…
- Dobrze… Jutro o tym pogadamy. – jak nie ma siły, to nie ma siły - i wszystko jasne.
I już, kiedy moja górna kończyna zwaną ręką dochodziła do kawałku żelaza zwanego klamką, Małgorzata przemówiła do mnie po raz ostatni (tej nocy):
- Tylko proszę o jedno: niech pan o tym nie rozpowiada innym, czego się tutaj dowiedział… Dobrze? – i popatrzyła na mnie błagalnie (ale nie tak na 100%).
- Dobrze. – odpowiedziałem w końcu z szczerą radością – Dobranoc. – poczym, nieco stłumionym krokiem, opuściłem przyczepę.
***
- KOM, dawaj co masz. – zwróciłem się do swego pojazdu, kiedy w końcu znalazłem się w jego wnętrzu. I znowu nie upłynęło wiele wody w naszej rzeczułce, gdy na jednym z ekranów pojawiła się kartoteka Małgorzaty.
- Jak ci dobrze wiadomo… - zaczął komputer - …ta asystentka nazywa się Małgorzata Kowak. Ma 29 lat. Urodziła się w Krakowie. Wymiary: wzrost 170 cm, waga…
- KOM… – przerwałem mu warknięciem.
- Dobra, dobra… - komputer wydał zawiedzony głos – Ukończyła Uniwersytet Jagielloński. Do tej pory nie notowana.
- Tylko tyle znalazłeś? – trochę zdziwiłem się wynikiem poszukiwań mojego partnera.
- Adaś, nie znasz mnie. Oczywiście, że znalazłem tyle, co by niezła biografia z tego powstała… Ale ja ,znając ciebie, zrobiłem wybór informacji, które najpełniej cię zadowolą. – i gdyby KOM miałby twarz, na pewno uśmiechnąłby się szelmowsko.
- Taa… Jasne… A w szczególności te wymiary są mi do czegoś koniecznie potrzebne… - powiedziałem z ironią - Nic. Jedziemy szybko do domu, biorę kilka rzeczy i tu wracamy na straż. – zakończyłem spokojnie. Następnie odpaliłem silnik i już po chwili gnałem drogą do domu.
C.D.N... |