|
IV
…Into the dangerous world…
- Adam…
- Co… Daj…
- Adam!…
- Śpię…
- ADAM!!!!
- Łoj!!!!… Auuuu… KOM!!!!… Bo ci zredukuję moc głośników… - stęknąłem, rozcierając głowę. Ale po kolei: w nocy szybko spakowałem się i wróciłem pod przyczepę Małgorzaty. Tam przyciemniłem szyby KOM-a, kazałem mu włączyć skaner na 100% mocy, po czym rozłożyłem fotel kierowcy i skorzystałem z zasłużonego snu. Niestety, mój partner często w najmniej odpowiedniej chwili stawał się formalistą i teraz, zgodnie z wartością wprowadzoną do BUDZIKA, czyli 7:00, głośnym okrzykiem wyrwał mnie ze snu. Dodatkowo jeszcze tak to mną wstrząsnęło, że cały podskoczyłem na fotelu i zaliczyłem czubkiem głowy o górny panel przycisków.
- KOM, od czego jest zegarek. – stęknąłem, jednocześnie wciskając podświetlony, niebieski przycisk z napisem PRZYCIEMNIANIE. Światełko zgasło, a szyby znowu stały się przeźroczyste. Na polu wstawał nowy dzień.
- Wybacz. Ale bateria do wstrząsów wyczerpała się w nim. – głosem niewiniątka powiedział KOM.
- Taaa… Ciekawe czyja to robota… Pewnie jakiegoś układu, co? – ironicznie rzuciłem w stronę pojazdu. Następnie wcisnąłem guzik znajdujący się pod kierownicą. – No to wymieniamy. – i z malutkiej szufladki, w której były równo poukładane 3 nowe zegarki, wyciągnąłem jeden, a na jego miejsce schowałem stary. Zaś na końcu lekko popchnąłem podajnik, który automatycznie wsunął się pod kierownicę.
- Spokojnie było w nocy? – rzuciłem pytanie, ubierając zegarek na przegub.
- Tak. Tylko kilka leonidów spadło… - nagle KOM zmienił ton - Adam, jakieś samochody tu jadą..
- Ile? – zapytałem się.
- Dwa. Będą tu za pół minuty. – szybko wyjaśnił KOM.
I rzeczywiście: po chwili, w bramie wjazdowej ZSPD pojawiły się dwie duże terenówki. Ale kiedy dopatrzyłem, jaką naklejkę mają na drzwiach, uspokoiłem się:
- Spoko. To policja. – wyjaśniłem wyjaśnione KOM-owi. Następnie wysiadłem z pojazdu.
I znowu nie upłynęło za wiele wody w rzeczułce, kiedy terenówki zatrzymały się przede mną. Z każdej wyszło po dwóch funkcjonariuszy – trzech mi nieznanych oraz Janusz.
- Widzę, że ranny z ciebie ptaszek. – z uśmiechem zwróciłem się do komendanta.
Janusz popatrzył na mnie zmęczonymi oczami.
- Adam, ja się w ogóle nie kładłem. – cicho powiedział do mnie - Spokój był w nocy? – niemalże plagiatując moją niedawną wypowiedź, Janusz spytał się.
- A jakże by mogło być inaczej. –odpowiedziałem – A te samochody to co? – dłonią wskazałem za plecy Janusza.
- Przyjechaliśmy po przyczepę profesora. – wyjaśnił krótko.
- A drugi? – sprawny dialog, niema co.
- Po moją przyczepę. – to w drzwiach swojej przyczepy pojawiła się Małgorzata – Witam panów. – eeeee… sorki… Ale czy tak wygląda i zachowuje się kobieta, która zeszłej nocy brała udział w makabrycznych wydarzeniach?
- Witam, witam. – odpowiedziałem grzecznie, acz podejrzliwie – Myślałem, że chce pani tutaj pozostać i kontynuować dzieło profesora?
- Adam, jaka pani… - zaraz, nie przypominam sobie, żebyśmy przechodzili na ty – Nie pamiętasz jak wczoraj przeszliśmy na ty?… Wtedy, jak po raz drugi wpadłeś do mojej przyczepy? I wtedy też ci powiedziałam, że przenoszę się pod jordanowski rynek. Tutaj już zostało przecież wszystko znalezione… Chyba nie ukryjesz, że tam też coś można znaleźć ciekawego… A dlatego panów poprosiłam, gdyż jeden samochód nam skradziono, a drugi jest u mechanika w naprawie.
- A…, tak… pamiętam… - holender, co się dzieje???… Chciałem powiedzieć „O czym pani mówi?”, a zamiast tego inne słowa wyrwały mi się z ust… Co do diaska… I co to za spotkanie…
- Ej, Adaś. Musisz coś kupić sobie na pamięć. – z uśmiechem (!!!) na twarzy powiedziała Małgorzata.
- Tak. Masz rację, Gośka. – te słowa wypowiedziałem już świadomie, kładąc szczególnie ironiczny akcent na „Gośkę”.
Ona jakby nie zajarzyła, o co mi kuma (zapożyczenia od KOM-a) i tak zwróciła się do Janusza i reszty:
- Może byt tak panowie kawy się napili przed odjazdem? Właśnie zaparzyłam. A jeszcze jakaś kanapeczka też się znajdzie. – i uśmiechnęła się.
- Jakby pani była taka miła. – jakoś anormalnie normalnym chórkiem mruknęli policjanci i bez zaproszenia zaczęli pakować się do przyczepy. Ja zaś wróciłem do KOM-a.
- Adam, a ty nie idziesz? – krzyknęła Małgorzata ze schodków.
- Momencik. – odpowiedziałem i zniknąłem we wnętrzu pojazdu.
- KOM. – powiedziałem cicho. Głośna muzyka na chwile ściszyła się.
- Tak? – zielony kwadracik mrugnął.
- Skup 30% procent skanera na mnie. Proszę. – powiedziałem.
- Ale o co chodzi? – czasami mój komputer jest tak upierdliwy, że szkoda gadać.
- O nic. Tylko zrób, jak cię proszę. I o wszelkich anomaliach informuj mnie. – zakończyłem poważnie i opuściłem pojazd przy jakimś hip-hopowym hicie.
***
- Wow… Co za wnętrze… Z zewnątrz wygląda na jakiegoś starego grata… - powiedziała Małgorzata, kiedy w końcu po zjedzonym śniadaniu znaleźliśmy się w KOM-ie. Wcześniej pomogłem doczepić przyczepy do terenówek i teraz właśnie mieliśmy ruszać w kierunku rynku. Małgorzata zgodziła się jechać ze mną i teraz podziwiała wnętrze pojazdu – Ile za niego dałeś? – spytała, kiedy w końcu ruszyliśmy.
- Wiesz… W sumie to ja go sam zbudowałem… Ale nie ukrywam, trochę kosztował. – odpowiedziałem, skręcając w dół. We wstecznym lusterku dopatrzyłem terenówkę Janusza.
Przez całą drogę ulicą Maczka do rynku Małgorzata rozpływała się nad wnętrzem KOM-a. Szczególnie intrygowały ją przyciski, ale wyjaśniałam, że są bardziej na ozdobę niż do czegoś konkretnego (to było oczywiście kłamstwo, ale wolałem jej tak od razu nie wprowadzać w tajniki KOM-a – po prostu coś mi tu śmierdziało). Pewnie Czytelnik zapyta, czy komputer nie buntował się przeciw moim tekstom. Ależ oczywiście, że tak. Tylko na szczęście wyłączyłem mu zdolność mowy i mógł się tylko wyżywać mocniejszymi szarpnięciami kierownicy.
Po tym, jak ustawiliśmy przyczepę Małgorzaty koło hali jordanowskiego ogólniaka i kiedy Janusz zabrał „mieszkania” profesora do analizy do Suchej, udaliśmy się w kierunku kościoła parafialnego w Jordanowie. Sprawnie zaparkowałem KOM-a na parkingu, po czym cicho zwróciłem się do Małgorzaty:
- A teraz patrz do tyłu. Tylko nikomu ani-mru-mru. – i wcisnąłem guzik na panelu umieszczonym na suficie. Tylna kanapa cicho się podniosła, ukazując średniej rozmiarów metalowe pudełeczko z mnóstwem guziczków i małym ekranem.
- Co…co to? – wyjąkała Małgorzata.
- Przenośnie laboratorium. – wyjaśniłem cicho, biorąc pudełko do ręki – Fajna rzecz… - mruknąłem i wcisnąłem czerwony guzik. Monitor rozbłysnął różnymi kolorami, zaś na jednej ze ścian zabłysnęły diody identyczne, jak u KOM-a z przodu.
- Skąd to masz? – zapytał się cicho Małgorzata.
- Powiedzmy, że lubię wymyślać… - odpowiedziałem tajemniczo. Jak ona się może ze mną w coś bawić, ta ja jej nie pozostanę dłużny. – O, ksiądz już jest. – i wskazałem dłonią na ciemną bramę główną kościoła, w której pojawił się sędziwy proboszcz parafii w Jordanowie, ksiądz Maciej Tylczyski – Wiesz co, idź się przywitaj, a ja coś jeszcze sprawdzę w urządzeniu. OK?
- OK. – odpowiedziała Małgorzata i opuściła Poloneza.
Kiedy wyszła, szybko się schyliłem i wcisnąłem guzki: MOWA. Na ekranie pojawił się komunikat: WSZYSTKIE SŁOWNIKI AKTYWNE, po czym z głośników dobiegł mnie pełen oburzenia głos KOM-a:
- Adam, co to miało znaczyć???? TO wyłączenie!!!
- Wybacz, ale to dla dobra sprawy. Coś mi się w tej kobiecie nie podoba i nie chcę w nią grać w otwarte karty. – wyjaśniłem cicho, udając, że grzebię w pudełku.
- A przenośny skaner? – KOM nadal drążył temat.
- Ułatwienie w sprawie prestorzy. Bądź w pogotowiu. – cicho rozkazałem pojazdowi i opuściłem jego przytulne wnętrze.
Szybkim krokiem podszedłem do rozmówców. Zaś w dłoni dyndał mi skaner.
- Szczęść Boże. – zwróciłem się do księdza.
- Witaj Adam. – odpowiedział duchowny. Już nieraz pomagałem mu w różnych tajemniczych sprawach i trzeba przyznać, że znaliśmy się dobrze – Jak zawsze na miejscu.
- Ano. Już taka moja dola. – uśmiechnąłem się przyjaźnie – To co, idziemy? – zaproponowałem.
Pomału ruszyliśmy w kierunku wielkich, brązowych drzwi głównych.
- Piękny… - mruknęła Małgorzata, patrząc na wieżę zegarową – Widać rękę Jana Sasa Zubrzyckiego.
- Pani coś wie o naszym kościele? – zainteresował się proboszcz.
- Tyle, co przeczytałam w ramach poszukiwań informacji o tej szkatułce… Ksiądz naprawdę nie wie, gdzie ona może być? – błagalnie zapytała się Małgorzata.
- Pani mi wybaczy… - zaczął ksiądz, zatrzymując się przed schodami - …ale niestety nic. Co prawda szukałem jakiś zapisków w księgach parafialnych, jak mnie prosił świętej pamięci profesor Zgrzybski, ale nie natrafiłem na nic specjalnego… A właśnie. Wiadomo coś więcej w tej makabrycznej sprawie?
- Jeszcze nic. Ale po poszukiwaniach jadę na policję złożyć zeznania. Wczoraj byłam w takim szoku, że mogłam myśleć logicznie… - przez twarz Małgorzaty przeleciał wyraz z poprzedniego dnia. Następnie wyciągnęła z torebki chusteczkę i zaczęła wypłakiwać oczy… Ja jednak wyczułem, że ona coś kręci… Tylko co?
Przez chwilę pozwoliliśmy jej wypłakać się, poczym głos zabrał ksiądz:
- Wchodzimy?
- Ta……k… - wyjąkała kobieta, schowała chustkę do kieszeni i jednym susem przekroczyła próg. Tuż za nią wszedł ksiądz, a na końcu, według jakże oczywistych dla wszystkich zasad kolejności, ja. Kiedy przechodziłem obok naczynia z wodą święconą, tak od niechcenia rzuciłem tam swym brązowym okiem. I nie zgadniecie, co zobaczyłem… Coś chyba niespotykanego w kościołach… Coś chyba nieprawdopodobnego… Coś chyba jak wrzenie wody święconej w naczyniu… Dziwne, nie?… A może to tylko system podgrzewania się zepsuł… Ale ja nigdy nie słyszałem, aby wodę świeconą podgrzewać w czasie wakacji… Ani także o podgrzewaczu zainstalowanym w naszym kościele…
***
- Piękny… - cicho mruknęła Małgorzata, rozglądając się po wnętrzu kościoła. I miała rację. Olbrzymi ołtarz główny z przedstawieniem Trójcy Przenajświętszej… Cudowny obraz Matki Boskiej Jordanowskiej pochodzący z XVII wieku… Polichromia z końca dwudziestego wieku… To musiało zrobić wrażenie na każdym, kto po raz pierwszy odwiedził tę neogotycką świątynię.
Szybkim krokiem przeszliśmy przez nawę boczną budowli, poczym zatrzymaliśmy się obok odnowionej ambony.
- No to do dzieła. – powiedziałem – Najpierw zaczniemy od okolicy ołtarza świętego Wawrzyńca. Później pójdziemy w głąb.
- Dobrze. – zgodził się ksiądz.
Wolnym krokiem ruszyliśmy w kierunku małego, brązowego ołtarza.
- Działaj mniejszy bracie KOM-a. – pomyślałem i zbliżyłem skaner do posadzki. Po dwóch sekundach miałem dokładny obraz tego, co znajdowało się 5 metrów pod podłogą. Nic jednak nie wskazało.
- Nic. – mruknąłem, czując niecierpliwy oddech Małgorzaty na plecach.
Delikatnie przesunąłem się w prawo… Dwie sekundy… I nic… I znowu w prawo… I znowu nic…
5 minut później doszliśmy do stopni ołtarza głównego. Dalej z mizernym efektem.
- Ile to jeszcze może potrwać… - zaczęła się niecierpliwić Małgorzata.
- To do… - chciałem powiedzieć: „To dopiero początek”, gdy nagle z zakrystii wypadł zdyszany kościelny.
- Księże proboszczu. – wysapał, kiedy podbiegł do barierek – Tam… jakiś… mężczyzna… Chce się widzieć… - widać było, że chociaż mało przebiegł, to jednak bardzo się zmęczył LUB bardzo przejął się przenoszoną informacją (do wyboru, do koloru)…
- Jaki mężczyzna? – zapytał się zdziwiony duchowny.
- Nie wiem… - kościelny już trochę ochłonął – Mówi, że to pilne…
Proboszcz popatrzył na nas.
- Raczej ksiądz nam nie będzie już potrzebny. – stwierdziłem cicho.
- No to idę. – odpowiedział duchowny i szybko nas opuścił.
Nie czekając na nic, pochyliłem się nad skanerem i dalej sprawdzałem zawartość tkanki podpodłogowej. I jak na złość, wynik był nadal negatywny.
- Idź, usiądź. – powiedziałem po dwóch minutach do Małgorzaty – Jak coś znajdę, to cię zawołam. Nie ma sensu, abyśmy się tak tu kotłowali.
Ona jednak nic nie odpowiedziała.
- Jak chcesz. – skwitowałem, nie przerywając pracy.
PIĘĆ MINUT PÓŹNIEJ
Małgorzata od dwóch minut odpoczywała sobie na pobliskiej ławce. Zaś ja, z okropnie bolącymi, pochylonymi plecami dochodziłem do ołtarza Matki Boskiej Jordanowskiej… Ile można szukać????… Ale z drugiej strony… To dopiero początek kościoła… Fragment… Obrzeża… Cholercia (nie wersja mocniejsza, bo to kościół)… A mogłem dzisiaj spokojnie iść do pracy… I robić z kompu… JESSSSSSTTTTTTT!!!!! MAM COŚŚŚŚŚ!!!!
- Znalazłem coś. – cicho, zupełnie inaczej niż w mojej głowie, szepnąłem do Małgorzaty.
Kobieta zerwała się i jak na anielskich skrzydłach pobiegła do mnie. Łapczywie spojrzała na ekran, na którym widać było ukryty dziesięć centymetrów pod podłogą prostokątny przedmiot.
- To może być to… - szepnęła z przejęciem.
- Może tak. Tylko jak tam się dostać… Na wiercenie raczej nam nie poz… - zacząłem zastanawiać się nad legalnymi sposobami dostania się pod podłogę – Zaraz, co ty robisz? – zmieniłem ton, gdy ujrzałem, że Małgorzata wyciąga z torebki… dłuto i młot!!!… I jak tu nie mówić, że kobiety mają tam wszystko!
- Ale… ale… - zacząłem jąkać się, widząc, jak Małgorzata zbliża sprzęt do podłogi – nie… dasz… rady… - wyartykułowałem jakoś nieskładnie chyba tak.
- Nie znasz mnie, chłoptasiu. – odpowiedziała spokojnie, zamachnęła się i… JASNA CHOLERA… to znaczy… CHOLERCIA… SKĄD ONA MA TYLE SIŁY!!!!!
Te jakże burzliwe słowa wykrzyczane w myślach, połączone z tępym wyrazem twarzy, zastosowałem widząc, jak po uderzeniu młotkiem w dłuto pięć centymetrów kamienia wzbija się w powietrze… Drugie uderzenie… I już skrzynka jest nasza… To znaczy jej… To znaczy… Przepraszam, ale jestem w szoku… Jak ona to zrobiła?…
- Yes, yes. – wydała Małgorzata z siebie, wyciągając ze szkatułki drugi prestorz. Rozbłysnął rozszczepionym światłem.
- Ale, ale… - nadal byłem w szoku – Jak… ty…
- Siłownia co wieczór. – krótko wyjaśniła Małgorzata – Tobie też by się to przydało. - uśmiechnęła się (nawet ładna jest… no i silna… „Silna kobieta, podłoga w pył” – chciałoby się rzec) i schowała prestorz do kieszeni.
I już chciałem odpowiedzieć jej, że na ten burżuazyjny luksus raczej sobie pozwolić nie mogę, gdy wtem…
BUUUUMMMMMMMMMMMMMMMMM!!!!!!!
Głuchy odgłos bumnięcia rozniósł się po świątyni. Jak jedno ciało prawie małżeńskie, ja i Małgorzata, spojrzeliśmy w kierunku, skąd odgłos dobiegł. I ujrzeliśmy to, że… ksiądz proboszcz leży nieprzytomny obok schodków ołtarza, zaś drzwi do zakrystii powoli przymykają się. Odruchowo podniosłem się z ziemi, wyciągnąłem pistolet ukryty pod kurtką i biegiem ruszyłem w kierunku duchownego. To samo, tylko bez broni, zrobiła Małgorzata.
- Proszę księdza! – ryknęła kobieta, kiedy w końcu dobiegliśmy do proboszcza. Sprawnym ruchem przyłożyła mu palce do szyi – Żyje… - wydała werdykt po szybkim sprawdzeniu pulsu.
Ja zaś delikatnie zbliżyłem się do uchylonych drzwi zakrystii. Lekko je pchnąłem. I ujrzałem jakiegoś łysego gościa wybiegającego przez tylne drzwi z małą kasetką w ręce.
- Wezwij pogotowie! – ryknąłem do Małgorzaty, sam ruszając w pościg.
Sprawnym ruchem wpadłem do zakrystii i przeskoczyłem nad nieprzytomnym kościelnym.
- Cholera… - syknąłem na ten widok – KOM! – powiedziałem do zegarka, jednocześnie dopadając drzwi wyjściowych – W twoją stronę ucieka gościu. Bierz go!
- Sie robi. – odpowiedział mój partner i zamilkł.
Szybko wyskoczyłem na schodki prowadzące do zakrystii, pokonałem je jednym susem i ruszyłem w kierunku bramy głównej. Tam właśnie podążał łysy. Ale musiał zboczyć ze swego kursu, gdyż z zacięciem bojowym nacierał na niego KOM.
- Brawo stary. – mruknąłem, widząc jak pojazd jest tuż-tuż faceta. Ale łysoł okazał się szybszy. Zupełnie niewiarygodnie jak na swoją posturę przeskoczył ogrodzenie kościoła wychodzące na ulicę Kolejową i zniknął za nim. Zaś sekundę za późno wyhamował tuż przed płotem KOM.
- A niech to…! – ryknąłem, dwie sekundy za późno dobiegając do płotu. Spojrzałem za niego i ujrzałem czarną BMW stojące na ulicy i łysola pakującego się do środka. Facet nie zdążył zamknąć drzwi, a samochód z piskiem opon ruszył w stronę Toporzyska – KOM, falami go! – ryknąłem w stronę samochodu.
- Adam, ja go stąd już nie dosięgnę. – odpowiedział pojazd.
- Ale jeszcze nie wszystko stracone… POŚCIG! – rozkazałem KOM-owi, poczym prześlizgnąłem się po masce i wskoczyłem do środka przez otwarte drzwi. Na jednym z ekranów widniał napis: TRYB PRACY: POŚCIG.
- Czekajcie no. – syknąłem cicho, wrzuciłem wsteczny i docisnąłem gaz do dechy. Koła obróciły się szybko, wyrywając nieco darni z trawnika. Mną wcisnęło w fotel. Samochód wydostał się terenu zieleni i wjechał na beton. Jednym ruchem ręki przestawiłem drążek zmiany biegów na jedynkę.
- Złapmy ich! - docisnąłem pedał gazu. Na elektronicznym liczniku pojawiło się z kopyta 80 km/h, koła zapiszczały na kostce i już po chwili, ze znaczenie większą prędkością, gnałem w kierunku Toporzyska.
- Jak są daleko? – zapytałem KOM-a w okolicy cmentarza.
- Dwadzieścia metrów przed nami. – odpowiedział KOM. Jeszcze bardziej docisnąłem pedał gazu. Licznik skoczył do 210.
I po dziesięciu sekundach, w okolicy stadionu, dopędziłem gości. Zasuwali, ile mogli. Ale w porównaniu z KOM-em nie mięli po prostu szans… A w szczególności na pobliskim zakręcie.
Dojeżdżaliśmy właśnie do przejazdu kolejowego. Goście chyba mnie dopatrzyli, bo jeszcze bardziej docisnęli na pedał gazu. Ale niestety - dobre siły od- i do- środkowe zrobiły swoje – na ostatnim zakręcie przed przejazdem wyrzuciło ich z drogi. Zdołałem dopatrzyć tylko jak BWM taranuje krzaki i znika za krawędzią.
Depnąłem na hamulec jak tylko mogłem najsilniej. KOM zatrzymał się w miejscu, z głośnym piskiem opon. Następnie wyskoczyłem z pojazdu i podbiegłem do krawędzi jezdni. Na dole, podwoziem do góry, obmywana przez wody rzeki Skawy, smętnie leżała skasowana beemka. Od strony kierowcy widać było wyciekającą krew.
- Niestety, kierowca nie żyje. – moje smętne przypuszczenia potwierdził KOM.
- A pasażer?
- Adam, w środku nie ma żadnego pasażera. Jest tylko trup kierowcy. – powtórzył samochód.
- Ale… jak… To… To przecież… - byłem w zdziwiony - …niemożliwe! Przecież widzieliśmy jak łysy wskoczył do środka! - ryknąłem w stronę pojazdu.
- Ale Adam: naprawdę go tam nie ma… Naprawdę.
Smętnie popatrzyłem się w kierunku wraku. „O co tu chodzi?” – pomyślałem, a głośno powiedziałem:
- KOM, wezwij kogo trzeba.
C.D.N...
|