|
V
Kiedy zmarli powracają z zaświatów…
Z założonymi rękami siedziałem na korytarzu komendy w Jordanowie. Od dramatycznego pościgu minęło ładnych kilka godzin, w czasie których zdołałem złożyć wyjaśnienia funkcjonariuszom, przybyłym na miejsce wypadku, wrócić pod kościół (na szczęście księdzu i kościelnemu nie stało się nic groźnego) i zabrać Małgorzatę na wcześniej umówione przesłuchanie na policji.
- …i jakby coś się pani przypomniało, to proszę się nie krępować. – usłyszałem zza otwartych drzwi głos jednej z jordanowskich policjantek.
- Tak, tak… - po chwili dosłyszałem odpowiedź Małgorzaty, jednocześnie pojawiającej się w futrynie – To do widzenia.
- Do widzenia… I proszę pozdrowić Adama. – po czym Małgorzata zamknęła drzwi.
- I co? – zapytałem, wstając i podchodząc do kobiety.
Ona zbliżyła swoją twarz do mojego barku, wtuliła się w niego i zaczęła cicho łkać (czyżbym cierpiał na devo vjou, czy cuś w tym stylu).
- Dobrze… Już dobrze… - delikatni pogłaskałem ją po głowie – Chodźmy… Janusz na nas czeka…
I tak ze sobą złączeni wyszliśmy z komendy i ruszyliśmy w kierunku kościoła. Co prawda była 6 popołudniu i wakacje, ale w wyniku tego, że niebo zasnuwały ciemne chmury, radosny zwykle rynek zalewały, z lekkim ociąganiem się, mroczne czeluście nocy.
***
Bez pośpiechu doszliśmy do parkingu przed świątynią. Stało tam mnóstwo radiowozów oraz samochodów służby technicznej. Zaś wejścia na plac przedkościelny broniła żółta, policyjna taśma.
Stanęliśmy przed nią, czekając aż pojawi się Janusz (któremu uprzednio wysłałem sygnał o naszym przybyciu za pomocą sygnału komórki). W międzyczasie dopatrzyłem mojego partnera (którego „wypożyczyłem” technikom do pomocy), stojącego koło płotu i rozmawiającego z jednym ze specjalistów. Jednak po tonie faceta wywnioskowałem, że nie był szczęśliwy z obcowania z najnowszą technologią:
- Ja ci mówię: tu na pewno jest odcisk buta tego bandziora!!!
- A ja ci znów powtórzę: to nie jest jego odcisk. – KOM jak zawsze był spokojny – Ten ślad pozostawił jeden z wiernych podczas niedawnej procesji. Zaufaj moim saknerom.
- Gryyyy… - warknął technik i zrobił taki gest, jakby chciał udusić mój pojazd.
Lekko uśmiechnąłem się na widok tej sceny… Tak, KOM potrafił wyprowadzić z równowagi… A w szczególności jak był, niestety, mądrzejszy od człowieka…
- Adam. – z tych moich rozmyślań wyrwał mnie Janusz, który przed momentem przybył pod taśmę.
- Ooo… Cześć… - odpowiedziałem mu, dalej głaszcząc Małgorzatę, która dalej tuliła się do mnie – Macie coś?
- Tak… - Janusz jakoś podejrzliwie patrzył się na te nasze czułości – Ten denat nazywał się Marcin Ulgurski.
- A auto? – kolejne moje rutynowe pytanko.
- Skradzione… Dwa miesiące temu nad morzem… - wyjaśnił komendant.
- A ten łysoł?
- Jeszcze nic… A czy KO… - zaczął komendant, ale przerwał na widok moje ostrzegającej miny – Aha… - powiedział, zrozumawczo- A czy pani nie chciałaby się napić kawy? W tamtym radiowozie jak termos.
Małgorzata oderwała się od mojego ramienia.
- Idź… Dobrze ci zrobi. – zachęciłem ją.
Przez chwilę jakby walczyła ze sobą, ale w końcu uległa jednemu z możliwych wariantów zachowania i odeszła do wskazanego pojazdu.
- Nie chcę jej wtajemniczać w KOM-a. – cicho mruknąłem do Janusza, przechodząc pod taśmą – Coś mi w niej nie pasuje… - wyjaśniłem.
- Aha. – jednak Janusz jakoś mi chyba nie chciał uwierzyć – Tak więc: nie wiesz, czy KOM ma jakiegoś zdjęcia tego faceta?
- Na pewno. – odpowiedziałem – Ostatnio dodałem nową kamerkę z przodu… O lepszej rozdzielczości. - wyjaśniłem, poczym ruszyliśmy w kierunku pojazdu.
- Co tam, stary. – rzuciłem, kiedy stanąłem przy Polonezie.
- Nic. Tylko niektórzy tutaj są wyjątkowymi maszynofobami. – z mściwością odpowiedział KOM, mając najprawdopodobniej na myśli technika pracującego obok.
- Dobrze, dobrze. – spróbowałem uspokoić pojazd – Teraz zapomnij o tych maszynofobach i spróbuj wyłowić z filmu zdjęcie tego łysego. – rozkazałem, opierając ręce na krawędzi drzwi w miejscu schowanej szyby.
- Już się robi. – odpowiedział KOM. I nie przewaliło się dużo samochodów przez jordanowskie skrzyżowanie, a na ekranie było gotowe ładne, portretowe zdjęcie łysola.
- Janusz. – krzyknąłem w kierunku komendanta, który w czasie kreowania zdjęcia rozmawiał z maszynofobicznym technikiem.
- Dobrze… Pogadam z szefem o przeniesienie gdzieś do Wielkopolski… - szybko zakończył rozmowę wysoko postawiony funkcjonariusz, poczym raźnym krokiem podszedł do nas - I co?
Ja tylko wskazałem dłonią na jeden z monitorów. Janusz tylko gwizdnął z podziwu.
- No, no… Uszanowanie… - z podziwem wyraził się możliwościach KOM-a -A czy mógłbym prosić o wydruk? Zaniosę to do chłopaków, oni to faksem…
- KOM, personalia. – znowu chamsko przerwałem Januszowi (ale w dobrej wierze…)…
I po chwili…
- Andrzej Wedyka, ps. „Skoczek”. Lat 34. Kaskader, obecnie mafijny goryl… Wiecie, drobne wymuszenia, haracze… Taki gangsterski plankton. - wyjaśnił KOM.
- No, no, no… A skąd ty masz dostęp do takich informacji? - z trochę urzędową miną zapytał Janusz.
- Nie pytaj. – odpowiedziałem krótko – A jakiej mafii służy?
- Teraz żadnej. – odpowiedział KOM – Ale dwa miesiące temu należał do grupy Frycka…
- Grupy Frycka?… - przerwał mu Janusz – Tamten denat też do niej należał.
- No to mamy starych kumpli. –stwierdziłem cicho - A ta grupa to co?
- Grupa Frycka… - rozpoczął KOM -…została 4 lata temu założona przez Przemysława Mordonia, ps. „Frycyk”. – na ekranie pojawiła się twarz opalonego gościa, gdzieś po 40-stce - Była tzw. zespołem najemny do zadań wszelakich… Czyli każdy mógł ją wynająć. I do wszystkiego. Jednak trzy miesiące temu Frycyk zginął w wypadku samochodowym. No i grupa się rozpadła… A tak po za tym to Małgorzata na horyzoncie, więc milknę. – i jak powiedział, tak zrobił.
- Nie no, ten sprzęt mnie cały czas zadziwia. – Janusz skomentował wykład KOM-a - Gdyby jeszcze milczał, to policja chętnie by go zatrudniła… Nic Adaś… Obowiązki wzywają… I jak będziesz miał czas, wydrukuj mi to zdjęcie… Patrole będą miały łatwiej w poszukiwaniach… Na razie. – i odszedł. Ale zaraz na jego miejscu pojawiła się Małgorzata.
- I jak? – zapytałem.
- Już się trochę uspokoiłam. – odpowiedziała – Ta kawa mi pomogła.
- To co. Wracamy do przyczepy? – zaproponowałem.
- Chyba tak. - tak brzmiała odpowiedź kobiety.
Małgorzata otworzyła drzwi i wsiadła do środka. Zaś ja szybkim krokiem obszedłem przód samochodu i wskoczyłem na miejsce kierowcy.
Już chciałem odpalić silnik, gdy dostrzegłem, że z Małgorzatą jest coś nie tak-tępo wpatrywała się w ekran ze zdjęciem Frycyka.
- Co jest? – zapytałem, z kluczykiem zawieszonym w powietrzu.
- Ja go znam. – powoli wyartykułowała kobieta.
- Jak to: znasz? – coś mi znowu zaczynało śmierdzieć.
- No nie tak osobiście… Dwa dni temu przyszedł do profesora… Przedstawił się jako Krzysztof Holda… I rozmawiał z nim o skarbie Chrobaczego… Że niby chce go do niego odkupić… Ale profesor nie zgodził się… I ten gość powiedział, że jakby profesor zmienił zdanie, to go może zastać w hotelu BRATEK… - po jej policzkach potoczyła się kilka łez – Ale profesor powiedział, że nie zmieni zdania… I tamten powiedział, że jeszcze się spotkają… Co się stało? – przerwała, widząc mój wyraz twarzy.
- Ale jesteś pewna, że to on? – zapytałem szorstko.
- Tak…
- I że widziałaś go dwa dni temu?
- Tak… - Małgorzata nie jarzyła zbytnio, o co mi się rozchodzi.
- No to wygląda, że mamy atak żywych trupów.
- To znaczy? – Małgorzata chyba coś już załapała, ale wolała się upewnić.
- A to, że trzy miesiące temu ten facet zginął w wypadku drogowym. A dwa dni temu odwiedził profesora. – odpowiedziałem, krzyżując ręce na piersi.
|