Fan Fictions
Poprzednia część
Następna część
AUTO... KOMPUTER... ON... NASZ RIDER - ODCINEK 6
…I po chwili, tuż przed przednią szybą lewitowała mała, podręczna sonda…

VI



I wtedy robię rozpierduchę.




- No to fajnie. – powiedziałem, patrząc się na zdjęcie Frycyka – Musimy powiadomić Janusza. – stwierdziłem i już chciałem otworzyć drzwi, kiedy Małgorzata ostro zaprotestowała:
- Nie. Nie możesz!
Spojrzałem na nią ze zdziwieniem.
- Ale to jest groźny bandyta, którego wszyscy uważają za zmarłego. I wierz mi, ale takie nagłe powroty zza światów nie wróżą nic dobrego. – wyrwałem się jej i otworzyłem drzwi – A po za tym coś czuję, że to właśnie on stoi za zabójstwem profesora!
- I za odebrany prestorzem! – ryknęła kobieta tak, że maszynofobiczny technik odwrócił się w naszą stronę.
- Jak to: za odebranym prestorzem? – zapytałem cicho.
- No bo wczoraj wszystkiego ci nie powiedziałam… - Małgorzata jednak nie zmieniała tonu – Profesor, odkąd odnalazł pierwszy z prestorzy, nigdy się z nim nie rozstawał… I wczoraj, gdy zapytałam policjantów, czy nie znaleźli przy nim czegoś specjalnego, odpowiedzieli mi, że został doszczętni ograbiony.
Przez chwilę milczałem.
- Ale i tak nie widzę związku. – nadal byłem nie przekonany.
- Ale ty jesteś tępy… - Małgorzata chwyciła mocno moją kurtkę – Nie rozumiesz, że jak policja zabierze się za tego gościa, to on będzie miał na tyle czasu aby zwiać z prestorzem!!!! – ryknęła.
- USPOKÓJ SIĘ KOBIETO!!!! – ryknąłem, odrywając odnóża (????) górne tak pięknie nazwanej przeze mnie istoty – Czyli co zamierzasz? – to już powiedziałem spokojnie.
- Wykraść mu ten prestorz. – przez zaciśnięte zęby, z ewidentną próbą tłumienia w sobie gniewu, wyrzuciła Małgorzata.
- Hola, hola. – lekko ją ostudziłem – Najpierw sprawdzimy, czy on rzeczywiście stoi za zabójstwem i kradzieżą.
- A potem wykradniemy mu presotrz. – kobieta była nieugięta.
- A potem zastanowię się, co robić dalej. – poprawiłem ją – Czyli on mieszka w BRATKU? – już spokojniejszym tonem zwróciłem się do ciężko dyszącej kobiety. Jednocześnie zamknąłem otwarte drzwi.
- Tak. – odpowiedziała ledwie słyszalnie.
- Jak tak, to tak. – i odpaliłem silnik.

***
- To w którym domku on mieszka. – zapytałem Małgorzatę. Właśnie staliśmy na bocznej drodze, skąd roztaczał się dobry widok na zespół domków BRATKA.
- Chyba… Chyba… Cztery… Tak, na pewno cztery! – z lekkimi problemami odpowiedziała asystentka – Masz zamiar iść do niego? - Małgorzata popatrzyła na mnie pytająco.
- Coś ty. Od czego mam ten samochód. – i z pewną celebracją wcisnąłem guzik SONDA.
Gdzieś z zewnątrz dobiegł nas dźwięk pracy niewielkiego silniczka. I po chwili, tuż przed przednią szybą lewitowała mała, podręczna sonda.
Małgorzatę zatkało.
- Co… to? – wystękała.
- Sonda. – wyjaśniłem najprościej – A to dżojstik do niej. – i wskazałem na drążek z małą paletą przycisków, który wysunął się spod lewarka skrzyni biegów.
- Skąd ty to wszystko masz? – zapytała Małgorzata z szeroko otwartymi oczami, patrząc, jak zbliżam „urządzonko kierujące” do siebie.
- Powiedzmy, że zamiast ogródka wolałem poświecić się nauce. – odpowiedziałem z uśmiechem – A teraz patrz na ekran. – i wskazałem dłonią na jeden z trzech monitorów. Widać na nim było… nas samych siedzących w KOM-ie.
- No to lecimy. – mruknąłem i pchnąłem drążek lekko w bok a potem do przodu. Sonda od razu zareagowała. Wykonała zgrabny piruet w powietrzu i ruszyła w kierunku jakże obecnie pożądanego Domku Numer 4 (w skrócie DN IV… przepraszam… 4… bez skojarzeń).
Pojaździk czule reagował na każdy mój ruch. Jednak dzięki podobnemu antykolizyjnemu programowi co KOM, nie wpadał na nic i po dwóch minutach lotu przybył pod okno saloniku DN 4.
- Trochę niżej. – doradziła cicho Małgorzata.
Lekko pchnąłem drążek. Sonda obniżyła się tak, że widzieliśmy wszystko, co się działo w środku (ale jeszcze trochę to było rozmazane). Następnie wcisnąłem czerwony guzik na konsoli. Spowodowało to włączenie się super czułego mikrofonu wbudowanego w „szpiega”.
- Zapraszam na seans. – powiedziałem ironicznie. Wcisnąłem guzik żółty. Obraz się wyklarował.
W saloniku było czterech mężczyzn: trzech łysoli (wszyscy wyglądali jak ten, którego ścigałem) oraz Frycyk. I nie był on raczej zadowolony z życia:
- Debilu… - ryczał w kierunku jednego z pakerów, w którym miałem przyjemność poznać mojego uciekiniera (trzymał przy wyglancowanej czaszce jakiś woreczek) - Debilu, debilu, debilu i jeszcze raz debilu!!!! Kto ci kazał bić tego proboszcza!!!! Kto ci kazał kraść te pieniądze z ofiary!!!! I kto ci kazał wyskakiwać z tego auta!!!! Przecież mogłeś zginąć!!!!
- Taaa… - odezwał się łysol obolałym głosem – A jakbym kurwa z Marcinem pojechał, to byłbym cały… A w sumie to on mi kazał wyskoczyć… Że niby ja się schowam, a on zgubi pościg… – erudytom ani poliglotom to on nie był. Ani tym bardziej człowiekiem kulteralnm… przepraszam… kulterlnem… kurde… Jak to trzeba powiedzieć… KUL-TU-RAL-NYM… O… I gitez…– No i wyskoczyłem… A ile to razy w filmach robiłem… Auuuu… Ale po nich tak, kurwa, nie bolało…- i docisnął woreczek do głowy.
- A nie wiesz, kto was ścigał? – w Frycyku nadal kipiała złość.
- Jakiś okularnik zasrany… Pieprzonym zielonym Polonezem… - no, ten „zasrany” to mnie trochę ubódł. A KOM-a na bank ten „pieprzony” – Tylko nie wiem co miał, kurwa, tam pod maską, bo jak mnie minął jak leżałem w rowie, to myślałem, że to jakaś rakieta czy inny pieron. – cha, jednak miękniesz przed moim pojazdem – I jeszcze kurwa to, jak ten grat na mnie szarżował przed kościołem, to mnie się zdawało, że nikt go… auuu… nie prowadzi… - i mocniej docisnął woreczek do głowy.
Frycyk wstał i zaczął chodzić po pokoju.
- Ciekawe kim jest ten zasraniec? – powiedział w końcu (i jak tu nie wierzyć powiedzeniu: z jakim przestajesz, takim się stajesz) – I dlaczego się nas czepia…
Nagle jakby łysolowi-kaskaderowi coś się przypomniało:
- Zaraz, szefie… Jak tym księżulkiem rzuciłem na te schody to zadawało mi się…
- Tobie zawsze się coś zdaje. – ironicznie mruknął jeden z pozostałych łysych.
- …zdawało mi się… - ciągnął kaskader, z miną: „Jeszcze się policzymy!” - …że w środku kościoła widzę tego okularnika z jakąś babką… No wie szef: ona strasznie do tej asystentki podobna była… I że coś tam w podłodze dłubali…
Frycyk zatrzymał się.
- I dopiero teraz to sobie przypominałeś? – i widać i czuć i słyszeć się dało, że w kryminaliście wzbiera złość – Teraz! Kilka godzin po wszystkim!!!! A jak oni mieli już odnaleziony drugi prestorz!!!! A TY, DEBILU, TO ZBAGATELIZOWAŁEŚ!!!!! UCIEKŁEŚ ZAMIAST WEJŚĆ TAM, PIERDOLNĄĆ KAŻDEGO W ŁEB I ZABRAĆ TO MAŁE GÓWNO!!!!! – „denat”, jak na swój mało ruchliwy stan tryskał wyjątkowo energią. Ba, miał jej nawet na tyle, aby wyciągnąć broń i wycelować ją w łysego. Przez chwilę znajdowali się w takiej pozie, aż w końcu Frycyk opuścił broń i tak rozkazał swemu podwładnemu:
- Spieprzaj dziadu!!! I to migiem!!!
Łysy, rozumiejąc wyjątkowo powagę sytuacji, zerwał się na równe nogi, przebiegł pokój i zniknął w jednej z sypialń. Zaś Frycyk popatrzył za nim z ironicznym uśmieszkiem.
- Z jakimi pojebami muszę pracować. – powiedział cicho to jakże mało kulturalne (ómiem pisaci już te slowfo,) zdanie, które automatycznie wywołało paskudny śmiech u pozostałych goryli.
- Dobra… To musimy teraz je… - Frycyk odwrócił się do swych „służących” i już nawet zaczął wydawać jakieś rozporządzenia, gdy nagle w pokoju rozbrzmiał dźwięk dzwoniącego telefonu komórkowego (dzwonek Knokia Time®™).
- Pewnie to Klunczycki…- z niemiłym wyrazem twarzy stęknął „umarły”, poczym odszedł trochę na bok i wyciągnął z kieszeni telefon – Aaa… Dzień dobry panie Klunczycki…-zaczął z kimś rozmawiać wyjątkowo słodkim tonem – I jak tam lot z USA?… Dobrze… No to się cieszę… A u nas?… Stara bieda… A co ze skarbem?… Eeee. Mamy już jeden z elementów… Ale niech się pan uspokoi!… Ja wiem, że mamy czas do jutra!!!!… I potem trzeba będzie czekać znów cały rok!!!!… Ale… Ale… Proszę się uspokoić!!!! Jesteśmy już na tropie pozostałych dwóch części… Tak… Naprawdę… Najpóźniej pojutrze będzie miał pan skarb w swoich rękach… No… Tak… Aaa, słyszał już pan. Te media wszędzie nosy wścibią… Tak, kwiczał jak zarzynane prosię, kiedy strzelałem mu w twarz… No… Nie miał szans… Ale jakby pan widział, jak tego profesora wcześniej torturowaliśmy!… Tak, użyliśmy KR-3000… Film?… Polityczny, a jakże. „Przewodniczący OSS – od warchoła do prezydenta.”… Dobre, nie?… No, to ja już będę kończył… Tak, dam znać jak już go będziemy mieli… Tak, na pewno… Do widzenia. – i ewidentnie wcisnął czerwony guzki w swym aparacie – Bogaty snob. – teraz ton Frycyka przypominał raczej: „nie lubię cię gościu, wiesz. Najchętniej to bym ci nogi [CENZURA]. A potem [CENZURA]. I na końcu też [CENZURA]” -Ale płaci, więc go ciut szanuję. – goryle znów parsknęli żenującym śmiechem – A więc chłopaki. Jak się ściemni na fest jedziemy do tej całej asystentki, robimy jej przesłuchanie, rewizję a potem uciszamy na dobre. – czysto policyjnym żargonem Frcyck przedstawił swe mroczne plany.
- Tak jest szefie! – raźnym i nieco przedszkolnym chórkiem odpowiedzieli łysole, poczym zabrali się do zajęcia, które było jedną z ich ulubionych rozrywek-czyszczenia swoich giwer (wiem, bo w policji się o tym dobrze przekonałem).
- No to wiemy wszystko. – zabrałem głos, patrząc na zatopionych w pracy wykonawców palu dwóspluwowego (Frycyk był „dyrektorem czytającym, żadnej prasy się nie bojący” w tym nakazawo-rodzielczym przedsiębiorstwie czyszcącym).
- Czyli co. Wchodzimy? – z czymś w oczach (czego wstydzę się nazwać, gdyż byłoby to przekleństwo) Małgorzata spojrzała na mnie wyczekująco.
I już jej chciałem odpowiedzieć, że nie, gdy nagle stało się to, co wtedy w przyczepie… Tylko… teraz… co to do diaska jest… zmusiło… mnie… do… kłamst… wa…:
- Tak…
- Świetnie! – krzyknęła uradowana Małgorzata i rzuciła mi się na szyję – Wiedziałam, że tak powiesz!
- Ano… tak… - stęknąłem przybity, jednocześnie wciskając guzik POWRÓT. Sonda zaczęła sama wracać do KOM-a.
- Wiesz jak ja to widzę. – Małgorzata zaczęła trajkotać tak szybko, że nawet nie zdążyłem zadać planowego: „Co widzisz?” – Musimy ich jakoś wyciągnąć z środka… Jakaś demolka czy co… Tym byś się zajął ty… Zaś ja zakradłabym się od tyłu i w czasie, kiedy ich nie będzie, wzięłabym presotrz z tej szkatułki, co jest na stole…
- Jakiej szkatułki? – przerwałem jej głupio.
- No tej na stole… Nie widziałeś jej?… Ja od razu ją rozpoznałam… W niej był pierwszy prestorz ukry…
- Hola, hola… - przerwałem jej. Coś mi tu znów śmierdziało – Kiedyś powiedziałaś, że szkatułka została z przyczepie profesora. A teraz twierdzisz, że ona jest w tamtym domku?
Małgorzatę zatkało.
- A… Pewnie profesor zabrał ją wtedy na obchód… - i rozpoczął się dobrze mi znany cyrk na temat świętej pamięci Pana Zgrzybskiego: wilgotne oczy, płacz, chusteczka, smarkanie – Nie wiem… Nie widziałam się z nim tamtego wieczoru… Bo byłam za obozem… Na spotkaniu z przyjacielem… - mocno smarknęła w szmatę – Proszę, nie mówmy o tym… Jeszcze nie teraz…
Tak, coś mi tu naprawdę śmierdzi… Normalnie jak szambo, które wybi… AUUUU… ZNOWU!!!!… AJ…… KOM, mam nadzieję, że coś zaobserwujesz…
- Dobrze. – powiedziałem wbrew swojej woli.
- No to świetnie. – jeszcze jedno pokazowe siąknięcie i koniec szopki – To co, bierzemy się do dzieła.
- Na to wygląda. – lekko warknąłem – Jak się umawiamy…
- Jak ci dam sygnał… - dalej zaczęła trajkotać Małgorzata - …ty tam wjedziesz i zrobisz jakieś zamieszanie na polu. Ale takie masowe. Żeby wszyscy wyszli… Ja to wykorzystam i wejdę przez tylne okno… Nie martw się. Od taty nauczyłam się takich sztuczek, że żaden mechanizm prosty nie jest mi obcy…
- Dobra. Tylko pasowałoby ci z pięć minut, nie? Trochę pewnie zejdzie z tym „mechanizmem prostym”? – Adam, ty to masz ironię.
- No… Tak… - Małgorzata pojęła, że nie ze mną te numery – Co więc proponujesz?
- Tutaj niedaleko mieszka mój kolega. – zacząłem przedstawiać swoją wersję akcji – Ma u mnie dług wdzięczności. Poproszę go, aby wziął mój samochód, pojechał na tamten parking i trochę „pobawił” się z tymi czarnymi BMW. Później bym tam ja wkroczył do akcji, trochę gości pomaglował i dałbym ci nieco czasu. – ha, umysł stratega.
- Dobra… A ten kolega zaufany? – Małgorzatę trochę oszołomiła moja wizja (misja i cel).
- Traktuję go niemal jak brata. – uśmiechnąłem się nieco po szelmowsku. Następnie wcisnąłem znany już guzik pod kierownicą. Szufladka z zegarkami cicho wysunęła się. Wziąłem jeden ze sprawnych i podałem go kobiecie – Dzięki temu będziemy w kontakcie… Wystarczy tylko zbliżyć do ust i mówić… - wyjaśniłem widząc zdziwioną minę kobiety.
- Ty rzeczywiście ogródka nie uprawiałeś. – cicho powiedziała Małgorzata, patrząc się na to małe cacko – A ten przy…
- Spokojnie. Pięć minut i jestem z powrotem. – wyjaśniłem – To jak chcesz, to możesz już iść.
- No… to idę. – mało oryginalnie zakończyła konwersację Małgorzata, poczym bez większych oporów opuściła pojazd.
- KOM… - przez zęby mruknąłem do komputera, jednocześnie odpalając silnik.
- Yes… - równie cicho odpowiedział pojazd.
- Przekalibruj jej zegarek tak, abym mógł się z nią kontaktować przez swój i żeby nie mogła usłyszeć naszych rozmów. – rozkazałem.
- Sie robi… - i jak powiedział, tak zrobił.
Ruszyłem z miejsca. Jednak nie zajechałem daleko. Zatrzymałem się dwadzieścia metrów dalej, tak aby mnie Małgorzata nie mogła mnie zauważyć.
- Myślę, że uważnie nas słuchałeś. – ponownie zwróciłem się do pojazdu.
- A cóż mi pozostało… Telewizję mi zablokowałeś… I radio też… - zaczął biadolić pojazd.
- I nie muszę ci tłumaczyć, co masz, jako ten przyjaciel robić. – kontynuowałem spokojnie.
- Jechać tam i zrobić rozpierduchę. – strasznie mu słownictwo schamiało od tego hip-hopu.
- No tak… Ale najpierw muszę tam iść…
- I wtedy robię rozpierduchę… - KOM, niczym mantrę, powtarzał ten wulgaryzm.
- Nie. Najpierw muszę dać ci znak… - KOM, dzisiaj mnie nie wkurzysz.
- I wtedy robię rozpierduchę? – niemalże błagalnie zapytał KOM.
- Tak. I wtedy robisz rozpierduchę. – wypowiedziałem te słowa, przy głośnym „Yes, yes, yes!!!!” pojazdu. – Tylko z procesorem, jasne? – dopowiedziałem kiedy KOM skończył się „cieszyć”.
- Jasne szefuniu.
- I taki mi się podobasz. – wyraziłem swoją opinię. Następnie okręciłem się do tyłu, porwałem czapkę z daszkiem, która leżała na siedzeniu i wysiadłem z pojazdu. Potem podszedłem do krzaków zasłaniających KOM-a. Delikatnie odsunąłem zielone gałązki, tak, że dokładnie widziałem całego BRATKA. Włącznie z Małgorzatą koło DN 4.
- Kobieto… Ty mi się wcale nie podobasz… – mruknąłem.
- Adam… Ty jesteś homo czy co? – z tyłu odezwał się KOM – Taką laskę masz koło siebie, a ty, że ci się nie podoba Wyluzuj… Bo jeśli chodzi o mnie, to jak ona siada na moim fotelu, mało co kondensato…
- KOM. – przerwałem mu.
- Co?
- Zamknij się. – rozkazałem, wracając do pojazdu – Albo nie… Powiedz mi taką rzecz. Czy nie wykryłeś czegoś nietypowego wokół mnie? – i oparłem się o drzwi.
- Aaaa… Dobrze, że mi o tym przypomniałeś. – KOM, ja nie wierzę w twoją sklerozę – Jak w kościele ona rozwalała podłogę i jak rozmawialiście we mnie, wykryłem jakąś nieznaną siłę… Nigdy się z czymś takim nie spotkałem. – szybko wyjaśnił KOM.
- Dobra stary… Jak ty nie wiesz, to nikt nie będzie wiedział… - klepnąłem go po karoserii – Idę. Misja wzywa… I miej skanery na fulla…
- Tak jest. I powodzenia. – poczym KOM zaciemnił swoje szyby.

C.D.N...



 
Dodana opublikowania: 20-11-2006 14:20
Dodał: TS89 Komentarze (0) Ocena: 6/10


. . Copyright (C) 2004 - 2012 by Pik
Regulamin   Kontakt