|
|
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
AUTO... KOMPUTER... ON... NASZ RIDER - ODCINEK 9
KWIKS jest znakiem zastrzeżonym Raby Wyżnej :-)
IX Trzeci prestorz Na zegarku była 23:32. Powoli, bez większego pośpiechu, opuszczaliśmy z Małgorzatą budynek komendy, gdzie musieliśmy zdać obszerną relację z naszej akcji w hotelu. Jednak trochę zmodyfikowaliśmy historię przez zmianę głównego celu eskapady z "odbicie prestorza" na "sprawdzenie kilku faktów w ramach prywatnego śledztwa". Na szczęście przesłuchiwał nas Janusz, który bez problemu łyknął ten bajer (tak szczerze to on mi zawsze wierzył). I po kilku godzinach rozmów byliśmy w końcu wolni… Jeszcze na chwilę wracając do Frycyka i jego bandy: na szczęście nie doznali w wypadku cięższych obrażeń… No, może za jednym: coś się podziało w ich głowach, gdyż jak zobaczyli KOM-a zaczęli od razu przyznawać się do win, prosząc tylko (cytuję) "o jak najodleglejsze umieszczenie od tego czegoś"… Przyznam się uczciwie: pierwszy raz się z czymś takim spotkałem. Nigdy wcześniej nie widziałem gangsterów, którzy na widok starego… auuu… KOM, nie podsłuchuj moich myśli… starego Poloneza tak się zachowywali…… ;-) Ale wracajmy już do nocnego Jordanowa. - No to już raczej nie będę ci potrzebny. - zwróciłem się do Małgorzaty - Zabójcy zapuszkowani… - Ale trzeci prestorz… - przerwała mi kobieta. - Przyznam ci się uczciwie: nie wierzę, że zdołamy go odnaleŹć w jeden dzień. - przedstawiłem jej swoje zdanie. Zatrzymała się. - Ta…k… Chyba… masz… rację… - stęknęła z strasznie ponurą miną. - Ale mamy kolejny rok na jego odnalezienie. - pocieszyłem Małgorzatę, jednocześnie przytulając się do niej - Jak ucichnie ta cała wrzawa, ty wrócisz tutaj i będziemy dalej, z pomocą KOM-a, szukać ostatniego prestorza… Ale na razie jedźmy do mnie. - zaproponowałem poprzez ewidentny nacisk - Mam w domu taką specjalną herbatę, co każdemu poprawi nastrój… Nawet takiemu smutasowi jak ty… Małgorzata tylko kiwnęła potwierdzająco głową. - No, to świetnie. - powiedziałem z dosyć dziwnym, ale na szczęście nie wywołanym żadną siłą obcą, uśmiechem. I, wedle wszystkich praw o dochodzeniu do KOM-a, ruszyliśmy w kierunku mojego Poloneza (który stał na parkingu obok Banku Spółdzielczego). *** - Co tam? -rzuciłem w stronę modulatora głosu, kiedy w końcu znaleźliśmy się w środku Pojazdu (taka mała dygresja: Małgorzata od kiwnięcia głową, aż do usadowienia się na fotelu nie odezwała się do mnie ani słowem). - End_18 twierdzi, że zbudowanie karoserii, która przez kilka minut wytrzyma ostrzał kałasza jest niemożliwe. - zielony prostokąt zapulsował nad kierownicą. - I znowu gadasz przez Gadu-Gadu™… - westchnąłem cicho - A ile razy ci powtarzałem, że nie należy zbytnio spoufalać się z tym, z kim rozmawiasz… Przecież nigdy nie wiadomo, kto jest pod drugiej stronie… A nuż to jakiś zły geniusz informatyczny, który jak odkryje, że pisze z inteligentnym samochodem, zaraz spróbuje wpuścić ci jakiegoś wirusa? - wyraziłem przypuszczenie łamane przez ostrzeżenie. - Oj, Adaś, Adaś… - przymilnie zaczął KOM - Wyluzuj. End_18 to urodziwa brunetka z północy kraju… Zaś karoserię rozważamy tylko w sferze czysto teoretycznej… - Ta… Brunetka z wąsem… Dobra, kończ te pogaduszki i jedziemy do domu. - rozkazałem, jednocześnie przekręcając kluczyk w stacyjce. - On tak często? - w końcu, kiedy przejeżdżaliśmy obok JORDANOWIANINA, odezwała się Małgorzata. - Z GG? On już od tego uzależniony… - odpowiedziałem z uśmiechem - Prawda KOM? - Adam, jako komputer nie mogę wpaść w nałóg. To nie możliwe. - z właściwym sobie w takich momentach stoicyzmem, pojazd zabrał głos w dyskusji przetaczającej się po jego wnętrzu. - Tak… Ale co ciebie zostawię samego, to albo słuchasz hip-hopu… - zacząłem wymieniać słabostki KOM-a. - Piszę pracę o tej muzyce. - szybko usprawiedliwił się KOM. - …albo zasuwasz na GG…- kontynuowałem nie zważając na jego argumenty. - Przepraszam, ale wiesz, że jednym z moich priorytetów jest poszerzanie wiedzy o świecie i o innych ludziach… A dzięki temu komunikatorowi mogę w sposób jak najbardziej ukryty spokojnie zbierać dodatkowe informacje. - KOM na wszystko miał jakieś argumenty. - …albo oglądasz sobie te zdjęcia innych samochodów, których nazwy są żeńskie i na dodatek stoją koło nich jakieś urodziwe modelki. - zakończyłem wyliczenie mocnym przykładem. KOM zamilkł, ale po chwili powrócił, ze zmienionym tematem: - Tak więc End_18 twierdzi, że nie można zbudować takiej karoserii… - Ej KOM, KOM… Ta technika może wkurzyć, co? - zwróciłem się do Małgorzaty - Ale na ogół jest przydatna. Kobieta znowu tylko kiwnęła głową. Czułem, że coś ją gryzie. - O co… - chciałem zapytać ją "O co chodzi?", ale nie zdążyłem, gdyż nagle samochód sam zahamował tuż obok tak zwanej Zielonej Willi. Mną i Małgorzatą mocno szarpnęło do przodu. Ale na szczęście byliśmy zapięci (przed prawie każdym wyjazdem zapinaliśmy się), więc nie zaryliśmy twarzami w tapicerkę, tylko zatrzymaliśmy się na pasach. - KOM!!! Co się stało? - krzyknąłem w stronę modulatora. Ale odpowiedź przyszła szybciej, niż pierwsze słowa komputera: tuż przed maską, w mocnym świetle lamp, przebiegł jakiś… przerażony kurczak!!!! - Aha… System antykolizyjny… - stwierdziłem cicho - Ale dlaczego przed tak małym obiektem? - i KOM znów nie zdołał nawet lekko zapulsować prostokątem. Otóż tym samym szlakiem co kurczak, przeszkwałował jakiś wielki, ciemny stwór, głośno krzycząc: KWIKS!!!! - Co to było???? - krzyknąłem, widząc jak "to coś" niknie w krzakach koło Zielonej Willi. - Kwiks… - zamiast KOM-a (którego chyba już wkurzyło, że wszystko go wyprzedza) odpowiedziała Małgorzata. Odwróciłem głowę w jej stronę… Ajjj… Nigdy nie widziałem tak wystraszonej osoby. - Gośka, co z tobą! - powiedziałem głośno - A w ogóle skąd wiesz, że to jakiś kwiks? - Co… Eee… Przecież on tak krzyknął… Kwiks… - Ale nie odpowiedziałaś mi, dlaczego jesteś taka wystraszona? - byłem nieugięty. - Nic… Tylko coś mi się… przypomniało… Nic ważnego… Muszę odetchnąć… - wyrzuciła z siebie nieskładnie. Szybko wypięła pas, otworzyła drzwi i wyskoczyła z pojazdu. Ja zrobiłem to samo. Na polu panowała mroczna i zimna noc. Jedynymi jasnymi punktami o tej porze były światła przydrożnych lamp oraz smuga, którą rzucał KOM. - Dobrze? - zwróciłem się do Małgorzaty, która siedziała na masce i brała głębokie oddechy. - Jeszcze chwilkę… - pisnęła cicho. Odwróciłem się od niej i spojrzałem na willę. Wyglądała bardzo spokojnie w tej nocne… - GDOOOOOKKKKK!!!! - ciszę przerwał głośny, paniczny krzyk kurczaka. Ale nie trwał długo. Ucichł tak szybko, jak się rozpoczął. - Wygląda na to, że ten kwiks dopadł do… - mruknąłem… I nagle jakiś ciąg myśli zakołatała mi w głowie… "Króluje tam, gdzie słońce wstaje dzienne"… Słońce… Góruje… - KOM. - powiedziałem szybko do pojazdu - światło na szczyt budynku! Spod drzwi kierowcy wysunął na wysięgniku masywny reflektor. Emitował ostre światło. KOM obrócił go mocno w lewo, poczym zaczął wznosić do góry, oświetlając coraz to wyższe partie opuszczonego budynku. - Wiedziałem! - krzyknąłem, gdy światło doszło do samego szczytu. - Adam, co… - Małgorzata nie rozumiała, o co chodzi. - Popatrz na szczyt. - rozkazałem jej cicho - Co tam widzisz? Kobieta zmrużyła oczy. - Jakby… Jakby wschodzące słońce… Zaraz… - nagle jakby zrozumiała moją myśl przewodnią - Czy ty myślisz, że tam… - A co nam szkodzi sprawdzić. - powiedziałem entuzjastycznie, poczym wskoczyłem do środka pojazdu. Małgorzata zerwała się z maski i też wpadła do wnętrza. Wyłączyłem reflektor, odpaliłem silnik, podjechałem dwa metry do przodu i skręciłem w drugorzędną drogę, prowadzącą do SKR-eru. Następnie wcisnąłem dobrze znany guzik SONDA. Po chwili przed szybą lewitowało urządzenie (z lampami zapalonymi z przodu), a ja w ręku dzierżyłem dżojstik. - Leć maleńka. - mruknąłem w kierunku sondy i mocno pchnąłem drążek. Pojazd zaczął szybko wznosić się w kierunku szczytu Zielonej Willi. - Jeszcze chwila…- spróbowałem uspokoić Małgorzatę, która strasznie dygotała… Chyba z przejęcia… I rzeczywiście. Pojazd w pół minuty osiągnął swój cel - słonko na szczycie Zielonej Willi. - Tylko jak się tam teraz dostać… - mruknąłem, patrząc na ekran - KOM, jakieś dziury? - Z drugiej strony jest taka duża w dachówce. W sam raz na sondę. - uczciwie odpowiedział KOM. Kilka manewrów drążkiem i już sonda monitorowała dużą dziurę w dachu, spowodowaną prawdopodobnie ostatnimi ulewami. - KOM, teraz ty. - poczym przełączyłem sondę w tryb AUTO. Mój partner trochę opuścił pojazd i z niemalże chirurgiczną precyzją wprowadził go przez wyrwę do środka. Na ekranie pojawiło się małe poddasze, zasłane kurzem. KOM zatrzymał sondę w miejscu. - 360 pomalutku. - rozkazałem. Komputer zaczął powoli obracać "poszukiwacza" wokół własnej osi. Wnętrze było całkiem puste… Wróć. Była tam jedna rzecz: średnich rozmiarów szkatułka. Z bocznego fotela dobiegł mnie radosny pisk Małgorzaty. - KOM, przynieś to nam. - wydałem polecenie. Sonda podfrunęła do pudełka, wzbudzając tuman kurzu. Następnie z "podwozia" wsunęły się jej metalowe łapki, które sprawnie pochwyciły szkatułkę. I po chwili… - Ale to zakurzone… - powiedziała Małgorzata, trzymając pudełko w dłoniach. Sonda co dopiero przybyła i wyszliśmy na zewnątrz KOM-a, aby odebrać "transport". - Otwieraj. - ponagliłem ją. Kobieta zdmuchnęła grubą warstwę kurzu z wieka. Następnie delikatnie je podniosła. - Adam… - pisnęła z przejęcia - Adam… Mamy go… - i wyciągnęła z pudełka trzeci z prestorzy. - A jest tam coś jeszcze? - pytanie rutynowe. - Tak… Jakaś misa… - wyciągnęła naczynie ze szkatułki. Było duże i masywne, z trzema rowkami na obrzeżach (dziwne, ale one kształtem przypominały prestorze). W słabym świetle lampy ulicznej wyglądało jak wykonane z piaskowca. - Tu jest coś chyba napisane… - nagle dopatrzyłem jakiś napis na spodzie naczynia. Małgorzata szybko obróciła misę. Rzeczywiście, na drugiej stronie widniał tekst: ANIHC NI EDAM. - Zaklęcie… Zaklęcie skarbu Chrobaczego… - pisnęła z przejęcia - Która godzina? - zapytała się z przejęciem. - Za 2 dwunasta. - odpowiedział KOM. - Szybko… Ty jeszcze pamiętasz, gdzie była ta lipa, pod którą rzekomo miał być skarb? - nerwowo wyrzuciła z siebie Małgorzata. - Tak… KOM, POŚCIG! - od razu zrozumiałem aluzję. *** W minutę później znaleźliśmy się koło miejsca, w którym stała kiedyś stara lipa. - To co robimy? - zapytałem Małgorzatę, kiedy wyszliśmy z samochodu. - Musimy w te rowki powkładać prestorze.- wskazała na dziury w misie - A później, kiedy minie północ, wypowiemy zaklęcie. - w sposób nieco bajkowy wyjaśniła kobieta. - No to wkładajmy… - stwierdziłem. Małgorzata wyciągnęła z różnych kieszeni trzy prestorze. Następnie każdy umieściła z jednej dziurce. Gdzieś od rynku dobiegł nas dźwięk dzwonów kościelnych. - To już… - powiedziała Małgorzata, patrząc na misę jak na największy skarb - ANIHC NI EDAM!!!! - ryknęła nagle. Nic się nie stało. - ANIHC NI EDAM!!!! - powtórzyła jeszcze głośniej. Dalej nic. - ANIHC NI EDAM!!!!! - teraz krzyknęliśmy razem. Ale dalej nic się nie działo. - To… to… to… niemożliwe… - pisnęła Małgorzata, upadając na kolana. Misa cicho łupnęła o ziemię - To nie mogło być fikcją… Zniżyłem się do jej poziomu. - Ale jednak było. Skarb Chrobaczego to tylko legenda. - w mało trafny sposób ją pocieszyłem - Ale przyznasz, że odnalezienie tych prestorzy było niezłą przygodą, co? Jednak ona popatrzyła na mnie z wyrzutem. - Ofiara profesora… Na nic… - schowała twarz w dłonie - Pierdolony świat…- zaczęła płakać - Co pierdolony i pojebany świat… - zaczęła coraz głośniej krzyczeć - Do dupy z tą rzeczywistością!!! - ryknęła na całe gardło. Ja ją tylko objąłem. - Spokojnie. Nie ma co się denerwować. To tylko błahostka… - pocieszyłem ją - Nic nie warta rzecz… - Ale profesor przez to zginął… Zginął nadaremno… - krzyknęła Małgorzata, ukazując zapłakaną twarz. - Może i tak… - odpowiedziałem - A może i nie… Dzięki jego ofierze mogliśmy złapać groźnego przestępcę… Bardzo groźnego… - pogłaskałem go po głowie - A teraz chodź. Odwiozę cię do przyczepy… Po prostu masz za dużo przeżyć jak na 48 godzin.- poczym podniosłem ją z ziemi. C.D.N...
|
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
. . Copyright (C) 2004 - 2012 by Pik Regulamin Kontakt |