Fan Fictions
Poprzednia część
ART. 239. §1. KK: TRYLOGIA – CZĘŚĆ 3b – SPRAWIEDLIWI WYDZIAŁ KRYMINALNY: ODCINEK 500
Wielki finał trylogii „Art. 239. §1. KK”. Po przygodach Policjantek i policjantów, a równocześnie także Adama i KOMa, pora na spotkanie z Wydziałem Kryminalnym.

Część 3b.
UWAGA! Jest to część 3b opowiadania „ART. 239. §1. KK: TRYLOGIA – SPRAWIEDLIWI WYDZIAŁ KRYMINALNY: ODCINEK 500”, utworzona ze względów technicznych.
Część 3a do przeczytania TUTAJ

Jednocześnie wersja PDF jest wspólna dla obu części.




***



I w końcu, po tym całym czasie, chyba… mi uwierzyli.
Trafiłem już nie do sali przesłuchań, ale pokoju operacyjnego. I nawet kawę dostałem… Włącznie ze zwrotem portfela i zegarka. Telefon, niestety, dalej leżał w depozycie Agnieszki…
Oj, czeka mnie dużo wyjaśniania… I kombinowania, priorytetem jest teraz KOMa znaleźć, ale też czym prędzej ją wyciągnąć z tego aresztu!
Ale po kolei wszystko…
Do tej pory jeszcze raz opowiedziałem im o KOMie i o tym, co zaszło wczoraj rano. Trzeba było widzieć ich miny…
- To dlaczego nic wcześniej nie mówił pan? – zapytała Wach.
- A kto by mi uwierzył? Pani? – mruknąłem. Ona tylko zacisnęła wargi, ale nic nie powiedziała.
Walczak siedział przy drugim biurku i świdrował mnie spojrzeniem.
- Na moje oko te wszystkie sprawy jakoś się ze sobą krzyżują… I zaginięcie KOMa, i ten dzieciak, i te wybuchy – powiedziałem.
- Aleś spostrzegawczy, Sherlocku… – zakpiła Paulina.
- No wiem… – mruknąłem. – W tym momencie naszą szansą jest to, byśmy znaleźli KOMa – stwierdziłem. – I to jak najszybciej… Mogę zadzwonić? – wskazałem na telefon – Mam znajomego w WTO i…
- To wiemy, cyber kryminalni go zwinęli i maglują – powiedziała Wach.
- Ale… – zacząłem.
- No co, kontaktowałeś się z nim, to musieliśmy sprawdzić… A nuż to też kret? – rzucił Walczak.
Po tej sprawie KILKA osób chyba będzie na mnie baaaardzo złych…
- Ale zawsze możemy pogadać z Bolkiem – Walczak wstał. – Chodź, idziemy – klepnął w moje ramię.
Zostawiliśmy Paulinę samą, zaś Walczak zaprowadził mnie do kanciapy przylegającej do pokoju przesłuchań. Pełna była papierów, odczynników chemicznych, a pod oknem stał ludzki szkielet, ustawiony w zabawnej pozie.
W kanciapie urzędował jegomość… ubrany w koszulę w kolorowe kwiaty. W myślach cieszyłem się, że nie ma tu KOMa… bo chyba by jeszcze swoim gadulstwem pogorszył sytuację. I swoim narzekaniem… Tak, on by na pewno skomentował tę koszulę tak, że by nas znowu zamknęli, oj tak…
- Czego? – zapytał technik. Ślęczał nad mikroskopem.
- Słuchaj, trzeba zadzwonić do WTO, żeby namierzyli jeden numer… – rzucił Walczak.
- A ten tu? Przecież widziałem, jak prowadzili zakutego… – kiwnął na mnie głową.
- Bo widzisz, panu samochód uciekł. I go szuka…
- Kuba, do ku*wy nędzy, nie mam czasu na twoje żarty… – Kowalski oburzył się.
- To nie żart, to pilna sprawa. Mam iść pogadać z Kubisem? – poważnie rzucił Walczak.

Bolesław Kowalski Technik kryminalistyki
KWP WROCŁAW

Cóż, argument Kubisa przeważył. Zadzwoniłem do WTO, przy okazji słuchając kosmicznej opowieści Kuby o gadającym, zielonym polonezie… Gdyby nie to, że Kubis był w to zamieszany, pewnie bym Walczakowi kazał zrobić test na narkotyki…

Kowalski zadzwonił do WTO, jednak karta SIM KOMa znów nie działała. Ale mieli dać znać, jak tylko coś się pojawi.
- Gadający… samochód? – zapytał Kowalski, odkładając telefon.
- Też nie wierzyłem, ale sam go dziś widziałem – Kuba kiwnął głową.
Kowalski spojrzał na mnie bardzo, bardzo… bardzo dziwnie.
- Tak jakoś wyszło – wzruszyłem ramionami, za bardzo nie wiedząc, co mam powiedzieć.
- Co prawda kiedyś czytałem o takich eksperymentach, w Stanach, ale to była bardziej miejska legenda, a nawet fantastyka – mruknął Kowalski.
- Cóż, jak widać, legenda dzieje się tu – Walczak klepnął mnie w plecy. Aż mi powietrza brakło.
Pożegnaliśmy, na ten moment, Kowalskiego. Akurat wyszliśmy z jego gabinetu, kiedy dwie rzeczy wydarzyły się jednocześnie.
Najpierw z pokoju biurowego wyskoczyła Paulina. Miała przy uchu telefon.
- To Karolina, z Białachem śledzą tego poloneza! – powiedziała, wskazując na telefon.
A potem, z jeszcze większym hukiem, ze swego gabinetu wyskoczył Kubis. Był… bardziej niż wkurzony.
- Słuchajcie, Stasiak i Przybylska są ranni, wiozą ich do szpitala!
- Ale co się stało? – zapytał Walczak.
- Znaleźli samochód tego Michałka. I kiedy go przeszukiwali, wyleciał w powietrze…
- Co z nimi? – zapytała Paulina.
- Nie wiem, czekam na linii! – wskazał na telefon. – Rzucamy wszystko i łapiemy tych sku*wieli, jasne?! – krzyknął i wrócił do swojego gabinetu.
Od razu atmosfera zgęstniała.
- Ej, to co robimy? – zapytał Walczak.
Paulina przyłożyła aparat do ucha.
- Jadą gdzieś na obrzeża miasta – powiedziała. – Jeśli ten twój polonez jest tak wytrzymały, jak widzieliśmy, to się przyda żeby dopaść tych drani… Jedziemy tam! – wydała polecenie.
I jak staliśmy, tak popędziliśmy w stronę ich samochodu, który stał przed budynkiem…

***


KOM i Kamil zajechali na plac przed opuszczoną fabryką. W trakcie jazdy o mało co KOM nie zjechał i nie zderzył się z latarnią – jego system znów zaliczył zwiechę. Na szczęście Kamil przejął dowodzenie i jakoś dotarli we wskazane miejsce.
- KOM, wszystko dobrze? - zapytał chłopak.
- Nie wiem… Nie rozumiem… tych odczytów – jęknął komputer.
- Wykrywasz kogoś tutaj? – zapytał.
- Zaraz… spróbuję – zaczął. Na jednym z ekranów pojawiło się obraz… przedstawiający jakiegoś dziwnego faceta, całego w bitej śmietanie.
- Eeee… KOM? – zdziwił się Kamil.
Tymczasem na scenie zdarzeń pojawili się nowi gracze. Dwie czarne BWM wjechały gwałtownie, zza załomu budynku .
- Ok, pora na przedstawienie – zaczął Kamil. – KOM, osłaniaj…
- Kurczak – odpowiedział pojazd.
- Co?
Jednak polonez znów milczał.
- Ech, nie takiś doskonały, oj nie – Kamil pokręcił głową.
Po czym wysiadł z poloneza…


***


Patrol 005 zatrzymał się niedaleko od zabudowań. Karolina Rachwał i Mikołaj Białach wysiedli z pojazdu i cicho zakradli się w pobliże placu. Kobieta cały czas była na łączach z Pauliną.
- Polonez stoi – Białach obserwował plac przez lornetkę. Karolina zdawała relację.

st. asp. Mikołaj Białach
KMP Wrocław

Będąc na patrolu zauważaliśmy poloneza, którego zaginięcie zgłoszono wczoraj. Co prawda jego numery rejestracyjne się nie zgadzały, jednak zauważyliśmy charakterystyczne, przednie oświetlenie. Po konsultacji z dyżurnym postanowiliśmy go śledzić. A poza tym miałem więcej niż przeczucie, że to właśnie on nad nami wczoraj przeleciał.

asp. szt. Karolina Rachwał
KMP Wrocław

Zadzwoniłam do Pauliny. Ona i Walczak prowadzili sprawę, do której ściągnęli domniemanego właściciela wozu.

- Mamy towarzystwo! – syknął Białach. Na plac zajechały dwa czarne wozy.
Zaraz wysiadła w sumie szóstka mężczyzn. Pięciu było bardziej postawnych i przypakowanych, a tylko jeden szczupły. Otoczyli chłopaka, a ten chudy podszedł do niego… po czym zaczął machać w języku migowym.
- Nie może być! – szepnął Białach. – Cichy!

st. asp. Mikołaj Białach
KMP Wrocław

Cichy był gangsterem, który dopiero próbował zaistnieć w półświatku. Mówiło się już o jego dokonaniach, jednak, jak do tej pory, nikt mu tego nie umiał udowodnić. A swój przydomek wziął od tego, że był głuchoniemy.

- Rozumiesz coś z tego? – zapytał Białach.
- Nie miałam nigdy do czynienia z językiem migowym… – szepnęła Karolina.
Naraz wśród gangsterów wybuchło zamieszanie, bowiem jeden z nich dopatrzył radiowóz zespołu 005. Cichy gwałtownie zaczął migać do chłopaka, on do niego. Inni wycelowali w niego pistolety.
- Szlag! – zaklął Mikołaj. Spojrzał na Karolinę.
- Wchodzimy! – syknęła, jednocześnie zwracając się do krótkofalówki. – 005 dla 00, potrzebujemy wsparcia, stara fabryka przy Fabrycznej!!! Szóstka uzbrojonych gości, mają zakładnika…
- Przyjąłem! – odezwał się z Jacek.
Karolina z Białachem wyskoczyli zza krzaków, z pistoletami.
- Policja, ręce do góry!!! – krzyknęli.
Gangsterzy na ten widok zaczęli strzelać.
Policjanci wskoczyli za porzucony traktor. Stamtąd zaczęli odpowiadać ogniem. Mikołaj w pierwszej kolejności uziemił ich samochody, a także trafił jednego ochroniarza.
Tymczasem Cichy i pozostali, trzymając na muszce Kamila, weszli do zabudowań. Białach wskazał po cichu, żeby otoczyli budynek. Karolina kiwnęła głową.
Rozdzielili się, każde biegnąc w inną stronę…
W tej samej chwili na drodze dojazdowej pojawił się samochód Wach i Walczaka…
Wyskoczyliśmy zza zakrętu. W odległości mniej więcej 500 metrów dostrzegłem plac… a na nim stał KOM!
- To on! – wskazałem.
Wpadliśmy na plac. Z budynków dochodził odgłos strzelaniny. Wyskoczyliśmy z samochodu.
- Kuba, wchodzimy! – krzyknęła Paulina i ruszyła na budynek, z odbezpieczonym pistoletem. Walczak podążył za nią.
Ja zaś dopadłem KOMa.
- KOM! – udarłem się. Jego skaner… jakoś dziwne pracował. – KOM!!! – szarpnąłem za klamkę od strony kierowcy. Nie chciał otworzyć.
- Kim… jesteś… – jęknął pojazd.
Z budynku dochodziły odgłosy coraz poważniejszej strzelaniny.
- KOM, to ja Adam! – krzyknąłem.
Naraz polonez ruszył, gwałtownie, acz niepewnie. Nakręcił na środku i stanął naprzeciwko mnie.
- A… dam? – jęknął. – Co to za strzały?
- Policja łapie przestępców…
- A Ka… mil…?
- Chyba go mają i…
KOM podjechał w moją stronę, aż skoczyłem w tył.
- A ty… z nimi… przestępca… – jęknął.
- KOM, co ty gadasz?! To, ja Adam!!! Nie jestem z bandytami!!!
KOM znów najechał na mnie, odskoczyłem.
- KOM, co ty robisz?!
I polonez znów przygazował… ale tym razem nie odskoczyłem. Wyhamował przed moimi nogami…
Czyli polecenie numer pięć dalej działa… To dobrze.
- KOM, jak ci mam to wytłumaczyć?! To, ja Adam, nie pamiętasz mnie?!
- A… – KOM zawiesił się na pierwszej sylabie,.
- Adam, Adaś… – próbowałem mu siebie przypomnieć. Te strzały… były coraz gorsze.
- Pier… do… ła? – z trudem wysylabizował KOM.
Tak, to jest myśl!
- Tak, KOM, to ja, pierdoła… Adam pierdoła!!! – pochwyciłem.
- Adam… pierdoła? – jęknął KOM. – Jor… danów…
- Tak!!! – czyli coś tam pamięta…
A tymczasem KOM odbierał dziwne sekwencje…
…- A potem… to myślę, że znajdzie się w tym kraju dosyć zajęcia dla faceta z jego wiernym, gadającym samochodem.
- Mówisz?
- Jest tak…
…Przód KOM-a uniósł się w powietrze. Wybiliśmy się tuż przed łukiem zakrętu. Z głośnym „wziuuuu” przelecieliśmy kilka metrów nad śnieżną równiną…
…Jak mówiłem, to jest idealny pojazd do misji. Lepiej przysłuży się światu działając, niż mrugając światłami z celebryckich gazet i rautów. A poza tym, to mój najlepszy przyjaciel. I niech tak pozostanie…
…Reszta wypowiedzi KOMa utonęła w potężnym huku, kiedy spadliśmy, wraz z tumanami śniegu, prosto w przepaść…
…Ostrzał trwał tak z jednej, jak i z drugiej strony. Ale kolejne strzały nie dawały nic, oprócz spustoszenia ulicy.
- Adaś, musimy coś zrobić, bo zaraz nie będzie Jordanowa! – udarł się KOM, kiedy mijaliśmy
wielką wyrwę w asfalcie… …- Dobra KOM. Skanery pełna moc. I jak co… – rozkazałem mojemu partnerowi, jednocześnie otwierając drzwi.
- …220 przez zegarek i „Sergiej i Dorsz” jako dzwonek.
- KOM, nie rób mi OBCIACHU. – warknąłem, wychodząc na mroźny dwór. Byłem dokładnie 4 metry od dziury po laserze… Paskudnie to wygląda…
- Tak, tak… „O-Hel” na zamówienie. – znów głupio rzucił KOM.
Wykonałem tylko gest „kiedyś cię uduszę”…
…Nie pozostało nic innego, jak frontalny atak. Odpaliłem silnik. Na skoczku przebiłem się przez ramę starego okna…
…- Stary, zrozum, to nie chodzi tylko o gadanie! Mi brakowało tego, co ta nasza relacja niosła… Mi brakowało naszej przyjaźni. Bałem się… że się skończyła!
Modulator był ciemny.
- KOM, może moje słowa wtedy były za mocne… Przepraszam… Ale chciałem… to dla dobra. Nas obu… Ale chyba przegiąłem – dodałem cicho.
KOM milczał.
- KOM, proszę, przemów, daj znać, nie wiem, chociaż tylko bąknij, nawet puść z syntezatora pierdnięcie… Ale daj znać!
Modulator nadal był ciemny. Aż…
- Adam, to ja przepraszam za moje postępowanie. Chyba mnie ostatnio ponosiło za bardzo… I mi też było żal tej naszej przyjaźni – dodał.
- Czyli… zgoda?
Ciemny modulator.
- Zgoda. – błysnął.
- Witaj znów, partnerze. – uśmiechnąłem się.
- Witaj znów…

- A… daś? – w końcu wydał z siebie KOM.
- Pamiętasz mnie? – zrobiłem pewny krok w przód.
- Ni…e – to słowo mnie zatrzymało. – Ale… wiem… coś mi mówi… że mogę… ci ufać…
Po czym drzwi od strony kierowcy… same się otworzyły.
- KOM, jesteś wielki! – wykorzystałem okazję i wskoczyłem. Wnętrze niewiele się zmieniło, no, może był większy nieład, chociażby papiery z wczoraj walały na wycieraczce od strony pasażera.
- Ka… mil? – wyjąknął pojazd.
- Jest w środku… – mruknąłem, zaglądając do skrzynki bezpieczników koło kierownicy.
Coś w hali głośno huknęło. Naprawdę głośno.
- KOM, jak stan systemu?! Dasz radę ze mną działać? – zapytałem. Jednocześnie włączyłem automatyczną diagnostykę.
- Nie… wiem… Nic nie wiem… Adaś? A… daś? – głos KOMa to słabł, to robił się głośniejszy.
- KOM, rozwiążę to, tylko musimy im pomóc… – przełączyłem system całkiem pod moje dowodzenie. – Wybacz, teraz ja będę kierował! – wyciągnąłem klawiaturę, zapodałem komendę analizy budynku… I po sekundzie miałem obraz z kamery nad podczerwień, oraz szybki schemat obiektu i gdzie są jakieś osoby. – Ci tutaj to pewnie gangsterzy… – wskazałem na duże skupisko pod zachodnią ścianą – …a te punkty to pewnie policja – wskazałem obszar po drugiej stronie, gdzie wykrywało mi tylko 4 osoby. – Wchodzimy!
Odpaliłem silnik. Zamruczał ładnie.
- Kamil… – jęknął KOM. Zaraz jednak wyskoczył komunikat, że na czas analizy systemu jego główny program zostanie wyłączony.
- Czyli sam na placu boju – westchnąłem
Wcisnąłem gaz do dechy, natarliśmy na ścianę. Jednocześnie włączyłem przycisk TARCZY. Ta zaczęła się ładować.
Tuż przed ceglaną ścianą odpaliłem SKOCZKA. W locie przebiliśmy się przez mur, po czym popisowo wpadliśmy do hali, lądując przed zbirami, jednocześnie robiąc za tarczę dla policjantów.
Na ręcznym zakręciłem, przy okazji przywalając w gangsterów tyłem KOMa. Ten chudy gościu, który szarpał się z Kamilem, padł na ziemię. Chłopak poleciał w drugą stronę. Osłoniłem go od pozostałych i wciągnąłem przez uchylone drzwi od strony pasażera. A potem docisnąłem gaz i ruszyłem przed siebie, w kierunku pozycji policjantów. Tam wykręciłem w poprzek, tym razem im robiąc za tarczę.
I to bez udziału wspomagania KOMa w obliczeniach. Dobry jestem!
Albo miałem więcej szczęścia niż rozumu…
Gangsterzy otworzyli ogień w stronę KOMa. Na szczęście tarcza zrobiła swoje.
- Jesteś cały?! – zapytałem Kamila. Ten cały drżał, kurczowo trzymając swój plecak.
Uchyliłem szybę. Najbliżej mnie była Wach:
- Jesteście cali?! – zapytałem.
- Białach dostał! – krzyknęła. – Szlag, magazynek mi się skończył.
Wyszarpałem spod siedzenia swój pistolet i rzuciłem jej.
- Do oddania! – zaznaczyłem. Zaraz zrobiła z niego użytek.
Wtem na halę zaczął się szturm AT. Poleciał gaz łzawiący, granaty hukowe. Dla większego komfortu tylko zamknąłem okno… i czekałem, co się stanie dalej.
AT bardzo sprawnie poradziło sobie z gangsterami. Widząc znacząco przeważające siły, ci już nawet nie stawiali oporu… Grzecznie się poddali.
Wysiadłem z KOMa i podbiegłem do Białacha. Karolina i Paulina nad nim klęczały. On zaś leżał na ziemi, trzymając się za ramię. Między palcami widziałem stróżkę krwi.
- Mikołaj… – jęknęła Karolina.
- Dam… radę – Białach uśmiechnął się przyjaźnie. – Dzięki, Skupień – zwrócił się do mnie. – Tym razem nie przeszkadzałeś.
Tylko skinąłem głową.
Nadjechało pogotowie; sanitariusze wpadli do hali. Odsunąłem się, robiąc im miejsce. Zajrzałem do KOMa - system diagnostyczny nadal go sprawdzał…
Oby to nie było nic poważnego, oby to nie było nic poważnego!

***


Na komendę wróciliśmy godzinę później. Szturm AT był sprawny i szybki. W jego trakcie dostał jeden z gangsterów, niestety, lekarz przybyły na miejsce mógł tylko stwierdzić zgon.
Rana Białacha okazała się na szczęście mało poważna, ale i tak zabrało go pogotowie. Za nim, radiowozem, pojechała Rachwał.
Kiedy zajechaliśmy pod komendę, dostałem raport diagnostyczny… I jeśli tylko był akuratny, to awaria nie była duża – dosłownie przepalił się jeden obwód, i przez to system KOMa zaczął zapisywać wszystkie dane na nowej partycji, tracąc, a ściślej mając bardzo utrudniony dostęp do starych danych… Takiego błędu się nie spodziewałem, jednak był on naprawdę łatwy do naprawy.
A na przyszłość do znacznej naprawy.
Cóż, człowiek uczy się przez całe życie.
Od Kowalskiego pożyczyłem lutownicę akumulatorową (skąd ją miał i po co mu była – tego nie wiem…) oraz parę drucików. Wyszedłem na zewnątrz, KOM stał na parkingu komendy, niedaleko brzegu rzeki.
Wyłączyłem system, otworzyłem klapę. Ściągnąłem obudowę prowadzącą do elektroniki i zabrałem się do roboty…

***


Tymczasem Wach i Walczak zabrali się za przesłuchanie gości…
- Dobra koleś, głuchy, nie głuchy, ale wpadłeś po uszy w gówno – Walczak zwrócił się do Cichego.
- Oj bardzo po uszy – dodała Wach.
Cichy uśmiechnął się do nich ironicznie. Przysunął kartkę i zapisał na niej dwa słowa: TŁUMACZ. ADWOKAT.
- Skoro tak mówisz… Maciek, zabierz pana na dołek – Walczak wskazał na Cichego. Mundurowy wziął herszta bandy ze sobą. – I przyprowadź jego goryla… Może być tego najmniej owłosionego – zażartował.
Mundurowy zgarnął Cichego i wyszedł.
Wach głośno wypuściła powietrze.
- Ale jazda… – stwierdziła.
- No… A ten polonez, tak normalnie wleciał… – Walczak pokazał ruchem dłoni. – A widziałaś, jak ci ochroniarze na ten widok się zes*ali ze strachu?
- Szkoda, że nie widziałeś swojej miny wtedy – rzuciła Paulina.
- Ej, co, ja się martwiłem, że coś może tobie się stać!
Wyszli z pokoju przesłuchań, żeby złapać trochę oddechu. Kamil siedział przy jednym z biurek, popijając herbatę.
- Wszystko dobrze? – zagadnęła go Paulina.
- Tak, tak…
- Pogadamy z jednym gościem, a potem z tobą, jak twoja matka dojedzie, bo jeszcze nie jesteś pełnoletni, dobra? – zapytał Walczak.
Chłopak kiwnął głową.
- A mogę na dwór wyjść… trochę powietrza? – zapytał.
- Jasne – Paulina przyjaźnie się uśmiechnęła.
Jacek odłożył kubek, wstał i ruszył do wyjścia.

podkom. Paulina Wach
KWP WROCŁAW

Żal mi się młodego zrobiło. Jak na takiego nastolatka przeszedł za dużo jak na jeden dzień. Nawet dla doświadczonego policjanta to byłoby za dużo…

***


Zlutowałem ostatnie połączenie.
- No jeśli to nie to, to już nie wiem co – mruknąłem, wysuwając się spod KOMa.
Zamknąłem kalpę i wytarłem ręce w szmatę. Wsiadłem do niego. Włączyłem główny program.
Zaczął się ładować… I po minucie.
- Apap, potrzebuję apapu… – jęknął KOM.
- Kim jestem? – zapytałem.
- Martwą pierdołą, jeśli nie podasz mi APAPu – warknął KOM.
- KOM… pamiętasz wszystko? – zapytałem. Jednocześnie przywróciłem łączność przez nadajnik w zegarku.
- Pamiętam, pamiętam… – mruknął pojazd. Włączyłem mu ponownie diagnostykę. – Nie pamiętać to straszna rzecz. A jak po tym procesor boli!
- Witaj znów! – radośnie poklepałem go po kierownicy.
- Auu… – jęknął pojazd. – Adaś, no weź… O nieeeee…! – jęknął.
- Co się stało? – zapytałem zaniepokojony.
- Adaś, bo właśnie się skapnąłem, że wczoraj nie wiedziałem… co to są internety… Co za porażka, co za masarka, ja nie mogę, no jak ja się teraz w towarzystwie pokażę…
Ufff… Był sobą.
W tym momencie… to nawet mnie cieszyło.
Ale jutro?
Co tam jutro – już za godzinę będę miał go dość, znając życie.
Ale wrócił. I to… najważniejsze!
- Dobra, to rób dalej skan, a ja idę zobaczyć, jak im idą przesłuchania… – otworzyłem drzwi.
- APAP Adaś, APAP dobrodzieju! – jęknął pojazd,
- Niestety, na ciebie to nie działa. Ale mogę ci obiecać, że przez najbliższy czas nie będziemy skakać – wysiadłem.
- Ech… – westchnął KOM.
Wysiadłem i pogwizdując „Pędzą konie po betonie” ruszyłem do komendy. Wchodząc po schodach minąłem Kamila. Posłałem mu przyjazny uśmiech, a sam wszedłem na piętro wydziału kryminalnego. Akurat do pokoju przesłuchań wprowadzano kolejnego gangusa. Wach i Walczak wchodzili za nim.
- Panie Skupień – to Kubis wyjrzał z gabinetu. Podszedłem do niego. – Wach mi już opowiadała, co tam się stało…
- No było ostro – mruknąłem
- Skąd ma pan taki samochód, ja się pytam? – zaczął Kubis,… gdy wtem z zegarka udarł się KOM:
- Adaś, jak gadasz z Zawadą to zapytaj go o Marka i Basię, co z nimi! – skrzywiłem się na te słowa, zaś Kubis popatrzył na mnie dziwnie. – No co, myślisz że jak mnie odzyskałeś, to już nie będę cię śledził, co? A właśnie, że będę, o, fajne kamery mają, to idzie się podpiąć…
- To KOM właśnie… Jest trochę… – chciałem wytłumaczyć Kubisowi jaki jest… ale tylko wypuściłem powietrze.
- A ja właśnie aktualizowałem i analizowałem dane o to, co mi się wgrało, jak nie pamiętałem, jaki świetny ja jestem i… – nagle urwał. – OŻ TY, TO KAMIL ZA WSZYSTKIM STOI! – udarł się tak, że pobliski mundurowy podskoczył ze strachu.
- KOM, co ty?
- Adaś, bo jak on zajechał pod tą halę, to gadał z tym Cichym językiem migowym, wtedy nie kontaktowałem, ale teraz sobie przetłumaczyłem… ADAŚ, ONI RAZEM TĄ KRADZIEŻ UKARTOWALI, A POTEM KAMIL ZAGROZIŁ CICHEMU, ŻE JAK PIŚNIE POLICJI, TO GO ZABIJE. A JA DAŁEM TEŻ DUPY ZA PRZEPROSZENIEM, BO ON CAŁY CZAS WOZIŁ ZE SOBĄ TE ŁADUNKI W PLECAKCU, JA ICH NIE WYKRYŁEM, A TERAZ ZOSTAWIŁ JE KOŁO WAS I… – spojrzałem koło biurka. Plecak chłopaka…
…faktycznie tam leżał!
- KOM, pod drzwi! – udarłem się, porywając „kostkę” i pędząc do wyjścia z nią…
Żeby tylko ten gnojek nie chciał ich zdetonować!
Wybiegłem na zewnątrz, tam KOM już odcinał drogę Kamilowi, który… Z DETONATOREM W RĘCE CHCIAŁ UCIECKAĆ!
- Puść go, to razem zginiemy! – warknąłem, dopadając chłopaka i unosząc plecak. Ujrzałem, że przycisk detonacji ma już do połowy wciśnięty. – Nawet o tym nie myśl! – warknąłem – KOM, drzwi! – polonez uchylił drzwi, ja wepchnąłem Kamila do środka, a na kolana wrzuciłem mu plecak.
- A ja ci ufałem! – oburzył się KOM.
Obiegłem poloneza.
- KOM, jakie jest potencjalne pole rażenia? – zapytałem. Kamil siłował się z klamką. Ta nie chciała puścić. Jednocześnie ze schowka bocznych drzwi porwałem taśmę izolacyjną i owinąłem mu dłoń razem z detonatorem. – To tak jakbyś jednak chciał puścić – mruknąłem, zabierają plecak z jego kolan.
- No żebym to ja był uczciwy, to tak rozniesie nas do tych drzewek, tam w oddali – mruknął i za pomocą projektora holograficznego wskazał je.
Szlag, bardzo daleko…
Zacząłem się rozglądać za opcjami, co z zrobić… i wtedy zalśniła mi Odra.
- A jakbyśmy to wrzucili do rzeki… i tam zdetonowali? – zasugerowałem
- Ale tylko na jej środku, ale wiesz, że pływać nie umiem i…
- Ale latać tak! – wrzuciłem wsteczny, cofnąłem się jak najdalej mogłem.
- O wypraszam sobie, miałem już nie skakać! – oburzył się KOM.
- Wybacz, dziś na mnie nie działa, że boli cię głowa, wyższa konieczność – odciąłem się.
Kamil popatrzył na nas… bardziej niż dziwnie.
- I tak oto Adaś zapodałeś suchar milenium… – westchnął KOM. – Jak ja to przebiję?
Zignorowałem go.
- Ale na serio, ty chcesz przeskoczyć nad rzeką? Adaś, to więcej niż nasz poprzedni rekord, nie mówiąc o rekordzie Średniej Krokwi… A pragnę ci przypomnieć, że z nami nie skacze teraz Kamil Bachleda, tylko Kamil zdrajca, a pfu, ty jeden gówniarzu, idioto bez szkoły, człowieku z excela…
- KOM, spokojnie… Rekordy są po to, by je bić! – wcisnąłem gaz… i ruszyliśmy z impetem. KOM gwałtownie nabierał prędkości. Ja wystawiłem rękę z plecakiem przez okno.
- Tylko dlaczego ja je muszę bić, to już nie wiem… Wiesz, wkurzyłeś mnie Kamiś, oj wkurzyłeś – ironicznie skomentował KOM.
Byliśmy jakiś metr od krawędzi. Skoczek odpalił się automatycznie. KOM wzniósł się w powietrze – naprawdę wysoko!
Oby tylko nam starczyło tej wysokości!
Kiedy przelatywaliśmy nad środkiem Odry, cisnąłem ładunki przez prosto do rzeki.
- Adam, nie podoba mi się to… – jęknął KOM.
Opadaliśmy, ale do brzegu było jeszcze daleko.
- Damy radę! – krzyknąłem, mocno zapierając się za kierownicę. Kamil zbladł i wyglądał jak trup.
Praktycznie rzutem na taśmę wylądowaliśmy na drugim brzegu. Uderzenie o ziemię nie należało do przyjemnych rzeczy, a ze dwie iskry poleciały KOMowi spod deski.
- Auuuuuuu…! – jęknął.
Z chrzęstem zatrzymaliśmy się. Zerwałem taśmę z ręki Kamila, wyrwałem detonator… Jak pieprzło na środku rzeki, to aż nas zdrowo ochlapało!
Z ulgą wypuściłem powietrze z siebie… Ale zaraz musiałem zareagować, gdyż Kamil z kieszeni wyciągnął nóż i próbował z nim na mnie skoczyć. Jeden trafny cios prosto w nos sprawił, że sflaczały padł na fotel.
- I dobrze ci tak, ja bym ci nie tylko nos rozkwasił! – odezwał się KOM. Zaśmiałem się. – Adaś?
- Tak KOM?
- Proszę… już nigdy więcej, oki? – jęknął.
- Będę pamiętał – poklepałem go po kierownicy.
- Patrzcie się, no jaki, już zyza, no już…
Pokręciłem głową, odpaliłem silnik i ruszyłem w stronę najbliższej drogi, a potem mostu, by się znów znaleźć koło komendy…

CZTERY MINUTY WCZEŚNIEJ


Kubis słysząc słowa o bombie cały zamarł. Już chciał krzyknąć „ewakuacja”, gdy wtem Adam rzucił się, porwał plecak i wybiegł z nim z pomieszczenia.
Z pokoju przesłuchań wyjrzał Walczak.
- Co się tutaj tak ktoś darł? – zapytał.
- Bombę mieliśmy! – odpowiedział przełożony.
Wszyscy, z Kubisem na czele, dobiegli okna. Tam zobaczyli, jak Adam wybiega z komendy… a jego polonez sam zajeżdża drogę temu Kamilowi. Potem zaczęli się szamotać, Adam wepchnął tego młodego do auta, wrzucił plecak na jego nogi, obiegł poloneza i już w nim siedział, już cofał się…
- Co on ku*wa robi?! – krzyknął Kubis.
Tymczasem polonez stanął, ale zaraz ruszył z kopyta. Rozpędził się w stronę rzeki…
- Utopią się! – udarł się komendant.

insp. Edward Kubis
KWP WROCŁAW

Jak długo robię w tym zawodzie, takiej akcji jeszcze nie widziałem.

Jednak tak się nie stało. Polonez wzniósł się w powietrze, bardzo wysoko. Szybował nad Odrą. W połowie lotu przez okno od strony Adama wypadł plecak. Poleciał w dół, uderzyło taflę i poszedł na dno.
Tymczasem polonez zbliżał się do lądowania. Z trudem usiadł, a chwilę potem…
Na środku rzeki pojawił się wielki wodotrysk. Potężna fala uderzeniowa poniosła wodę daleko, a wraz z nią uderzył też dźwięk. Wszystkie okna komendy, skierowane nad rzekę, w tym momencie straciły swoje szyby. Zaś w kilku samochodach na parkingu odpaliły się alarmy…
- Ku*wa mać! – zaklął Kubis. Gdyby to walnęło tutaj, na komendzie…
- Ku*wa, sylwester to czy ch*j? – skomentował Kuba. – Ku*wa, Paulina! – udarł się, spoglądają do pokoju przesłuchań.
Kubis zaraz tam wbiegł. Paulina leżała na podłodze, podobnie jak przesłuchiwany zbir. Oboje mieli pokaleczone twarze odłamkami szkła z szyby.
- Żyjesz? – Kuba nachylił się nad nią.
Jego partnerka tylko pokiwała głową.

podkom. Paulina Wach
KWP WROCŁAW

Miałam już serdecznie dość tego dnia. Ale prędko nie miał skończyć.

asp. Jakub Walczak
KWP WROCŁAW

Teraz przyszła pora, by to wszystko wyjaśnić…

***


Pogotowie przyjechało, opatrzyło rannych. Na szczęście były to tylko powierzchowne skaleczenia.
Włącznie z rozwalonym nosem Kamila.
W końcu, a było to koło 16, można było go przesłuchać. Zgodnie z literą prawa, skoro był nieletni, musiała towarzyszyć mu matka. Jednak tylko siedziała obok i cały czas chlipała…
Za przesłuchanie zabrali się Wach (z opatrunkiem na twarzy) i Walczak. Ja i Kubis staliśmy za lustrem weneckim. Razem z nami zjawił się też i prokurator Kornel Jagiełło – taki typ pod 50 lat, o wyglądzie bardziej niż przepisowym, który ciągle nie wierzył w niektóre aspekty sprawy. Zwłaszcza, jak te aspekty skrytykowały jego samochód. Że zasłania mu widok.
I to bardzo, bardzo głośno…
- Dobry młody, to jak to było? – zapytał Walczak.
- Oni wrobili mnie, ten facet z polonezem… – zaczął biadolić chłopak.
- Nie kłam… – Paulina podsunęła mu laptop przed oczy. Było tam nagranie z jego rozmowy na migi z Cichym. Wcześniej rzucił na nie okiem tłumacz języka migowego.
I potwierdził wersję KOMa.
- A jak nie chcesz mówić, to nie mów… Tutaj mamy wszystko – dodał Walczak. – Oj, kumple spod celi ucieszą się na nowe ciałko, ucieszą… – zakpił.
- Bo to był pieprzony Nobel, rozumiecie, pieprzony Nobel! – warknął Kamil. Naraz w jego posturze coś się zmieniło: przestał zgrywać zastraszonego nastolatka, a pojawiła się mina… wyrachowanego psychopaty.
- Szkoda że nie Darwin – westchnął KOM. Jagiełło wzdrygnął się na dźwięk jego głosu.
- Cicho, bo zaraz zrobię ci wielki konflikt – mruknąłem do zegarka.
- Chcesz powiedzieć, że Alfred Nobel wstał z grobu i podpieprzył te materiały wybuchowe? – zasugerowała Wach.
- Wiesz co, nie zdziwiłbym się, rano w tej sali nie wierzyliśmy gościowi, który mówił, że jego polonez gada, a wieczorem on uratował nam dupy dwa razy – rzucił Walczak.
- Mój ojciec, chodzi mi o mojego ojca… pfu – splunął Kamil. – A raczej gościa, który mnie wychował, bo kto inny zbrzuchacił moją matkę, a ten się zgodził hajtnąć z nią, kiedy tamten zwiał – warknął.
Pani Nowaczykowa na te słowa przestała płakać.
- Ale skąd wiesz… – zapytała cicho.
Kamil spojrzał na nią chłodnym wzrokiem.
- Nigdy mnie nie docenialiście – powiedział do niej. Ona znów się rozpłakała.
- Ale dalej nie rozumiemy – westchnęła Paulina.
- Ja z tym moim „ojczulkiem” się nie dogadywałem, nic a nic – Kamil kpiąco spojrzał na nią. - Ostatnio dowiedziałem się, że ten nowy materiał wybuchowy zrobili, jak się chwalił, że przełom, itepe. Ale wojsku nie chciał tego sprzedać, a miał oferty. Mówił, że pieniędzy na ludzkiej krzywdzie nie chce… Pieprzony Nobel… A ja sobie zdawałem sprawę, ile to jest warte.
- I stąd Cichy? – zapytał Walczak.
- Tak, stąd Cichy. Znaliśmy się, nie jakoś dobrze, ale przelotnie. I on mi wtedy zaczął opowiadać, że miałby kupca na te materiały… Od słowa do słowa się zgadaliśmy. Ja znałem system ochrony firmy ojca, więc im doradzałem. Ale nie tak szczegółowo, żeby mnie nie ocwanili, bo chodziło o grubą kasę. Dlatego z nimi wczoraj pojechałem, żeby podać kody do sejfów, i tepe… Ojcu je podprowadziłem…
- …9… 2… 1… – Kamil, który został w jeepie złodziei, podawał kod do zamka. Jednocześnie całą akcje obserwował na ekranie laptopa, którego miał na kolanach.
Michałek wpisał kod. Sejf otworzył się.
Porwali z niego paczkę i od razu rzucili się do ucieczki. Kamil cały czas ich prowadził.
Wybiegli na zewnątrz, wskoczyli do jeepa. Michałek podał paczkę Kamilowi, drugi złodziej ruszył samochodem. Chłopak zaczął przekładać zawartość paczki do swojego plecaka.
- E, co ty! – odezwał się Michałek widząc, co robi Kamil.
- Spokojna twoja głowa, przecież nigdzie nie pryskam – warknął chłopak.

- Dlaczego stacja wyleciała w powietrze? – zapytała Wach.
- A to była moja mała zemsta. Robiła tam taka jedna Ania, ostatnio mnie rzuciła, bo mówiła, że mam nie po kolei w głowie. No to ją chciałem nauczyć, że mnie się nie opuszcza…
- I miała rację, bo ty masz naprawdę nierówno pod sufitem… – ocenił Walczak.
Kamil zaśmiał się paskudnie.
- Geniusze już tak mają…
- Kamil, proszę, proszę, powiedz że to nie prawda… – jęknęła pani Nowaczykowa.
- Milcz – warknął chłopak, nawet na nią nie patrząc.
- A ja mu wierzyłem, psia jego mać! – skomentował KOM.
- Wiele osób oszukał – mruknąłem.
- A potem, co się działo? – zapytała Wach.
- Chcieli mnie po wszystkim oc*ujać, w lesie odstrzelić i zabrać materiały, które miałem w plecaku. Ale wtedy pojawił się ten cały KOM… uratował mnie, a potem jak zobaczyłem, na jakie auto trafiłem… tak, już wiedziałem, jak się odegram – delektował się każdym swoim słowem. – Próbowałem sam znaleźć Cichego, dlatego pojechałem do naszej dziupli… No ale wtedy wpakował się tam mój „ojciec”, chyba ćwoki chciały od niego zdobyć plany tych ładunków, a potem ten Michałek go za*ebał… W sumie nie było mi go szkoda, ale zwiałem…
- Agnieszka Turek jest wolna, jak dobrze rozumiem? – rzuciłem półgębkiem.
- Tak, za chwilę ja zwolnimy – Kubis pokiwał głową.
- A na drugi dzień się widzieliśmy pod blokiem dziewczyny Michałka?
- Tak, chciałem ją porwać i mieć jako kartę przetargową… Tak dla pewności. Ale się nie udało, trochę namieszaliście. Ale nie aż tak źle, bo i tak mi się udało dopaść Michałka. Co prawda martwego, ale to wystarczyło. Mając jego telefon umówiłem się z Cichym na spotkanie.
- To nie miałeś telefonu do kumpla? – zakpił Walczak.
- Cichy numer, który znałem, wyłączył zaraz po akcji. I potem nie szło się do niego dodzwonić – wyjaśnił Kamil. Jego matka bladła z każdym słowem swojego „syna”…
- Ty podłożyłeś bombę w samochodzie Michałka? – spytała Wach.
- Tak, już wcześniej tą furą z nim jeździłem, pełno tam było moich odcisków. Chciałem się pozbyć dowodów. A jednocześnie zwalić na gang…
Kropka oznaczająca samochód Michałka zatrzymała się gdzieś w na skraju parku, przy większych zaroślach. Nikt z niego nie wysiadał.
- Dobra KOM, idę podejrzeć, co się dzieje… Jak będę wołał, przyjeżdżaj – powiedział Kamil.
Komputer milczał.
- KOM? – zaczął.
- Wy… bacz… Mam… krótką… zwiechę… – zaczął KOM i urwał. Jego deska znów zgasła.
Kamil zaklął w myślach… Cóż, będzie musiał to zrobić sam.
Dyskretnie wyślizgnął się z poloneza i krzakami zaszedł wóz Michałka. Od strony pasażera było uchylone okno, więc słyszał kłótnię, jaka trwała w jego wnętrzu:
- …klamkę, po ch*j ją tam zostawiałeś, namierzyli cię! – krzyczał gangus siedzący na miejscu kierowcy.
- A może to ciebie, cw*lu, na… – zaczął Michałek, ale nie skończył… Strzał z pistoletu oderwał mu pół głowy.
- Sam jesteś cw*l – warknął kierowca i wysiadł z samochodu. Rozejrzał się nerwowo, po czym uciekł w las.
Kamil postanowił wykorzystać okazję. Podszedł do samochodu. Z obrzydzeniem, obejrzał go. Potem, starając się nie patrzyć na trupa, sięgnął do jego kieszeni.
Telefon w niej był.
Wziął go. A potem do drzwi od kierowcy założył nowy ładunek i podpiął zapalnik. Musiał zatrzeć swoją obecność tutaj…
A poza tym liczył, że eksplozja zgubi pościg.

- Przez ciebie dwójka dobrych policjantów leży w szpitalu… – warknęła Paulina.
- Jakoś mi nie żal – Kamil powiedział spokojnie.
- Ty, a wiesz czego mi nie będzie żal? Jak ci roz*ebię ten ryj – zagroził mu Kuba.
- Proszę, to ja się wtedy mamie poskarżę – Kamil uśmiechnął się ironicznie. – No a potem to przyjechałem na to spotkanie z Cichym, chciałem się rozliczyć… Ale wtedy musieliście wy wparować. I nas zgarnąć. Trochę się przestraszyłem, zwłaszcza, że przecież Cichy mógł wam mnie wydać… Ale miałem plan, że po prostu was wysadzę w powietrze… Przynajmniej nie będzie świadków…
- Ale nie pomyślałeś, że jeden polonez cię rozgryzie?
- Tak, ten przeklęty, zielony polonez – westchnął Kamil. – A tak niewiele brakło, bym z nim uciekł. Pewnie bym go potem sprzedał komuś do badań…
- O ty, a ja ci dobranoc mówiłem! – obruszył się KOM.
- Chyba usłyszeliśmy wystarczająco – stwierdził Kubis. Wyłączył głośnik.
- Oburzające… W tak młodym wieku… tak perfidny? – Jagiełło nie krył frustracji.
- Myślę, że sędzia nie będzie miał problemu, by sądzić go jak dorosłego? – mruknąłem.
- Inaczej odejdę ze stanowiska! – huknął prokurator.
Tymczasem Kamil był wyprowadzany z pokoju przesłuchań.
Cały czas… uśmiechał się bardzo, bardzo szaleńczo.
Zaś jego matka… serce krajało się na jej widok.
„Bydlak!”
Jednocześnie taka myśl przeleciała przez myśli Adama, Kubisa, Jagiełły, Wach, Walczaka… No i rzecz jasna przez procesor KOMa.


***


Była już prawie 17, kiedy wspólnie z Agnieszką wyszliśmy z komendy. Została oczyszczona ze wszystkich zarzutów.
Podobnie zresztą jak i ja. No i z tego, co mi przekazano, Tadek też miał lada chwila być wolny…
Uff, uff, uff…
Ale chyba i tak potrzebuje wakacji, oj tak…
W drodze do KOMa towarzyszyli nam Kubis oraz Wach i Walczak.
- Szalone dwa dni – westchnąłem.
- Szefie, możemy liczyć tak na tydzień urlopu? – przymilnie zapytał Walczak.
- Kuba, oszalałeś? Dwójkę policjantów mam w szpitalu, nie mogę sobie pozwolić na stratę kolejnego duetu!
- Tak tylko się pytałem… – Kuba się wycofał.

asp. Jakub Walczak
KWP WROCŁAW

Ale warto było spróbować.

Kubis spojrzał na mnie.
- Panie Adamie, w imieniu swoim, oraz całej komendy…
- …i nas tu Wach Pauliny… – wtrąciła Paulina, jednocześnie szturchając Walczaka w plecy.
- …i tego no, Kuby Walczaka…
- …dziękujemy za całą pomoc, a zwłaszcza… Wie pan za co… – Kubis skinął głową.
- Robiłem swoje po prostu – mruknąłem.
- No i przepraszamy za te przesłuchania… I brak wiary w KOMa – to dodała Paulina.

podkom. Paulina Wach
KWP WROCŁAW

Cóż, czasem trzeba umieć przyznać się do błędu.

- Spokojnie, mało kto w niego potrafi uwierzyć… Sam czasem tracę wiarę w niego, ale to bardziej wynika z jego charakterku… – stwierdziłem.
- A właśnie, gdzie on jest? – zapytała Agnieszka
- Ten technik, Kowalski, chciał sobie z nim pogadać – rozejrzałem się…
I wtedy usłyszałem TO. Czyjeś pomstowanie. Bardzo głośne.
Zza rogu budynku wyszedł Kowalski. Był bardziej niż wkurzony.
- Ale że moje koszulki badziewne? Że badziewne i tandetne? Sam jesteś tandetny, panie polonez! – udarł się na KOMa, który jechał za nim.
- No co, własnego zdania mieć nie można?! – odciął się pojazd.
- Ale trochę kultury i tolerancji dla innych – oburzył się Kowalski i wszedł na komendę, trzaskając drzwiami.
- No co? – rzucił po swojemu KOM. – Przecież te koszulki faktycznie takie są?!
Agnieszka głośno się roześmiała, Kubis pokręcił głową, a Wach i Walczak tłumili w sobie śmiech.
Ja zaś zaliczyłem wszystko mówiącego facepalma.

Bolesław Kowalski Technik kryminalistyki
KWP WROCŁAW

Od dziś nienawidzę polonezów. Wszystkich!

- Gdyby potrzebował pan jakiejś pomocy, tu, we Wrocławiu… – zaczął Kubis.
- Tak, wiem, wiem – kiwnąłem głową. – A ja proszę o informację, jak będziecie wiedzieć, jak się Białach czuje. No i Stasiak i Przybylska.
Nastąpiła chwila pożegnania, nie za długo. Najpierw my z Agą, a potem jeszcze osobno z KOMem.
- Hej KOM, trzymaj się! – Paulina mu pomachała.
- Pamiętaj o wymianie olejów! – to rzucił Walczak.
- I nie mów tak głośno i znienacka, bo można zawału dostać – a to był Kubis. – A Marek i Basia są szczęśliwi – dodał.
Wszyscy dziwnie na niego spojrzeli, ale już nie rozwinął swojej myśli. Za to KOM…:
- A Ula, niech pan zdradzi co u Uli, ciągle taka ładna?!

insp. Edward Kubis
KWP WROCŁAW

O nie panie polonez, tego już panu nie powiem.

Kubis tylko uśmiechnął, po czym machnął ręką na swoją ekipę. Sprawiedliwi Wydział Kryminalny wrócili na komendę, a my z Agą wsiedliśmy do KOMa.
- Ale nie powiem, momentami takie W11 było czuć, jeszcze tylko Seba Wątroba by się pojawił, i byłby czad – KOM musiał skomentować. Aga zachichotała. – Ale Adaś, po tym wszystkim to mi pamięć poprawiasz, kapiszi? I jeszcze mam pomysła, o mam, takie robotyczne ręce w bagażniku, że jak znów będzie jakaś bomba, to ją złapię i sru wyrzucę. Albo przynajmniej będę miał sposobność ci gatki ściągnąć, o, to nawet nie jest głupi pomysł, heh!
Aga bardzo głośno zachichotała, ja jeszcze głośniej westchnąłem.
- Dzwoniłaś już do Krzyśka, że cię wypuścili? – zapytałem jej.
- Tak, tak, w idealnym momencie, bo już chciał zastawiać swoje pamiątki rodzinne, by opłacić prawnika, który miał mnie wyciągnąć – odpowiedziała z uśmiechem.
- Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zła? – mruknąłem.
- Ale za co?
- No… za całą akcję. Że cię wkręciłem w to…
- E, fajnie było – machnęła dłonią. – W sumie to się trochę zawiodłam pracą w policji. Myślałam, że cały czas będzie fajnie, a to papierkowa robota…
- Wiesz co, daj sobie jeszcze trochę czasu… Chyba że wracasz do księgowości?
- A daj pan spokój! – ofuknęła mnie Agnieszka.
- No wiesz, już wtedy ci mówiłem, żebyś założyła to biuro rachunkowe tropiące przestępców… To by było coś!
- Zaraz, jaką wtedy wymyśliłeś nazwę dla niego, KOM? – zapytała Aga.
- Turek Tropi. Nie że jestem genialny w te klocki? – modulator KOMa błysnął.
- Ta… – odpaliłem silnik. – Gdzie cię zawieść?
- Na mieszkanie… Muszę wziąć prysznic – przeciągnęła się. – I wyspać. Te więziennie prycze są bardzo niewygodne.

post. Agnieszka Turek
KMP Wrocław

A poza tym bardzo chciałam się zobaczyć z Krzyśkiem. Stęskniłam się za nim!

Ruszyliśmy.
- A wiecie, co jest jeszcze bardzo niewygodne, wiecie? – zapytał KOM.
- Co? – trochę bałem się odpowiedzi.
- Zadek Adama na moim fotelu, to jest niewygodne.
Westchnąłem. Aga chichotała w najlepsze.
- Ale nie tak niewygodne, jak to, gdy się nie pamięta, kim się jest… Dzięki Adaś, dzięki Agnieszko, dzięki, że pomogliście przypomnieć mi, kim jestem – a to KOM powiedział całkiem, całkiem serio

Adam Skupień
NASZ RIDER

Że aż nawet tak sentymentalnie się zrobiło, jak jechaliśmy w stronę zachodzącego słońca. Ale to KOM i…

- Z innej beczki, chcesz zobaczyć Agnieszko, jak ostatnio Adasia wytarzałem całego w bitej pianie, chcesz zobaczyć? – i KOM wyświetlił odpowiednie zdjęcie na ekranie.
Agnieszka mało co nie zaczęła dusić ze śmiechu. A ja tylko westchnąłem.
I tak właśnie podniosłą atmosferę szlag trafił…

KOM 5000
NASZ RIDER

Ale że moja setka na koniec, no jak to tak, no JAK SIĘ PYTAM?!




W ROLACH GŁÓWNYCH

Policjantki i policjanci
Sprawiedliwi: Wydział Kryminalny


A TAKŻE

Adam Skupień
KOM 5000


ZE SPECJALNYM UDZIAŁEM

post. Agnieszki Turek

SCENARIUSZ I REŻYSERIA

Niejaki Skryba

NA PODSTAWIE POSTACI I POMYSŁÓW

Z seriali „Policjantki i policjanci”
oraz „Sprawiedliwi: Wydział Kryminalny”
Odcinka „Lost Knight” serialu „Knight Rider”
I innych


GRAFIKI

Astrotrain
Rider
NR Entertainment


SPECJALNE PODZIĘKOWANIA

Agnieszce Turek za konsultacje
Riderowi za korektę
Pikowi za udostępnienie miejsca na serwerze


TYLKO W SERWISIE



>>> OPOWIADANIE DO POBRANIA W FORMACIE PDF <<<
UWAGA! OPOWIADANIE W FORMACIE PDF JEST WSPÓLNE DLA OBU CZĘŚCI

Nasz Rider | Wypromuj również swoją stronę





PS.

„Grzybiarz”


Grzyby od zawsze były pasją pana Sławka. Już od najmłodszych lat, początkowo z dziadkiem oraz tatą, a potem już sam, oddawał się temu jesiennemu rytuałowi. Potrafił rano zerwać się o czwartej, jechać do lasu oddalonego o 20 kilometrów (gdzie miał sprawdzone miejsca) i dwie godziny przed pracą szukać maślaków, rydzów.
No i podgrzybków…
Jak się miało potem okazać, na jednej z takich wypraw… poznał prawdziwego przyjaciela!
Było to gdzieś na przełomie lat 70. i 80., jeszcze w czasach cudów gospodarczych Gierka, ale w momencie, gdzie co bardziej kumaci rozumieli, że to nie wytrzyma. Wtedy pan Sławek odkrył lasy w okolicach Olsena – miejscowości, wtedy jeszcze, w województwie częstochowskim. Jak się okazało, był to rok pokaźnego wysypu grzybów. A w tych lasach nad wyraz dobrze sobie radziły.
Pewnego dnia, w trakcie zbierania, pan Sławek dotarł do drutu kolczastego. Zaraz zdał sobie sprawę, dokąd doszedł – w okolicach Olesna była pewna baza wojskowa. I to właśnie najprawomocniej do niej dotarł.
Postanowił się wycofać, nie uśmiechało mu się dostać w ręce żołnierzy. Zwłaszcza że ponoć mieli też tu siedzieć ruscy… Jednak okazało się, że było za późno. Zza drzewa, zapinając rozporek spodni, wyszedł w pełni umundurowany, i co grosza uzbrojony, strażnik.
Zmierzyli się wzrokiem. Strażnik mógł być w wieku pana Sławka, może trochę młodszy.
Pan Sławek oczyma wyobraźni zobaczył naprawdę wiele strasznych scen, ale tego, co nastąpiło, nie przewidział. Strażnik faktycznie, zaciekawił się, co tutaj pan Sławek robi. Jednak rozmowa szybko zeszła na temat grzybów. I nie tylko.
Po 20 minutach rozmawiali już naprawdę swobodnie, na różne tematy. Strażnik nawyzywał się Damian i pochodził spod Wrocławia.
Po godzinie wiedzieli, że jeszcze kiedyś musza się spotkać, pogadać.
I tak było kilka dni później, kiedy pan Sławek znów był na grzybach. Doszedł do płotu jednostki. Damian miał tam znów dyżur.
I znów ucięli sobie pogawędkę.
A potem kolejną. I kolejną. A na koniec jesieni… byli już naprawdę dobrze zakumplowani, nawet zaczęli się z rodzinami odwiedzać.
Kiedyś pan Sławek zapytał Damiana, co tam w tej bazie robią. Ten nie umiał odpowiedzieć – nigdy mu nikt nie wyjaśnił, zasłaniając się tajemnicą państwową. Ale jedno wiedział na pewno – zamieszani w to byli sowieci.
Potem przyszyły kiepskie czasy stanu wojennego. Damiana przeniesiono gdzieś na Pomorze, potem krążyły plotki, że obawiano się ataku amerykanów z Bałtyku… A potem to był rok 1989. Damian skończył ze służbą wojskową, wrócił w okolice Wrocławia. Dzięki temu jego znajomość z panem Sławka znów mogła się rozwinąć.
Damian został ojcem chrzestnym jednej z córek pana Sławka. Dwa lata później, nie bez „manipulacji” żony Sławka, stanął na ślubnym kobiercu z jej dalsza kuzynką. No i Fafik – to właśnie Damian kiedyś przyniósł Sławkowi małą, puchata kulkę, która wyrosła na wierną, choć trochę ciapowatą, czworonożną maskotę rodziny.
Można powiedzieć – grzyby ich połączyły.
Od tego czasu co roku robili wypad na nie, właśnie w okolice Olesna. I co roku odwiedzali miejsce, gdzie się zakumplowali. Dzięki temu byli świadkami, jak z czasem jednostka upadała. I jak ten płot, który słyszał niejedną ich rozmowę, padał…
Aż do ostatniego roku. Bo wtedy…
Ale po kolei. Znów przyjechali w lasy, obaj już mocno posunięci w latach (panu Sławkowi niedawno urodził się pierwszy wnuk). Tradycyjnie, tylko sobie znanymi ścieżkami, co chwilę zbierając jakiś dorodny okaz, dotarli do płotu. I jakie było ich zdziwienie, kiedy okazało się, że od ostatniego roku… ktoś go naprawił. Słupy już nie zwisały nad ziemią, w siatce nie ziały dziury.
Płot został solidnie odnowiony.
Włącznie z tym, że jego okolice, z drugiej strony, patrolował żołnierz, który cicho pogwizdywał sobie muzykę z Parku Jurajskiego. Kiedy zobaczył pana Sławka i Damiana, przystanął.
- A panowie tutaj czego? – zapytał konkretnie, ale uprzejmie.
- Grzyby – pan Sławek uniósł koszyk.
- A tak, tak, jest ich tutaj trochę… – mruknął strażnik. – Ale niestety, będę musiał panów prosić, by oddali się z tego miejsca. Nie wolno tutaj przebywać osobom postronnym.
- To baza znów działa? – zaciekawił się pan Damian.
- Tak, ale nic więcej nie mogę powiedzieć… - strażnik bezradnie rozłożył ręce. – Bo i sam nie wiem – dodał.
Mężczyźni zaśmiali się. Pogadali jeszcze przez chwilę, pan Damian opowiedział, że sam tu kiedyś pilnował.
W końcu, po 10 minutach, rozeszli się.
Żołnierz dalej patrolował płot, cicho gwiżdżąc.
Grzybiarze ruszyli na wschód, w stronę młodnika, gdzie zawsze rosło dużo kurek.
Zaś gdzieś z oddali rozległ się całkiem potężny huk…
Jeden… Drugi…
Trzeci.


NADCHODZI…




2017

 
Dodana opublikowania: 05-09-2017 20:00
Dodał: TS89 Komentarze (0) Brak ocen


. . Copyright (C) 2004 - 2017 by Pik
Regulamin   Kontakt