|
|
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
AUTO... KOMPUTER... ON... NASZ RIDER - ODCINEK 10
Polonez, z zadartym przodem do góry, uniósł się w powietrze…
…Coś w środku strasznie śmierdzi… Jakby rozkładające się ludzkie ciało… X To tylko wygląda jak koniec… - … jakby co, to zadzwoń… Przyjadę zaraz… - powiedziałem do Małgorzaty, żegnając się z nią na progu przyczepy. - Tak… Dobrze… - odpowiedział kobieta, mocno tuląc do siebie misę z prestorzami. Trochę ochłonęła już z emocji…I już nawet zaczynała się uśmiechać… Trochę za szybko jak dla mnie… - No to nic… Ja się będę już zbierał. - powiedziałem z małą nutką podejrzliwości w głosie. - To… dobrej nocy… - odpowiedziała Małgorzata w taki sposób, jakby, na serio, chciała mi powiedzieć: "spieprzaj dziadu, bo mam ważniejsze sprawy na głowie". - No… To dobrej nocy… I uważaj na prestorze. - "poinstruowałem" ją z lekkim uśmiechem na twarzy. - Dobrze… I nie zapomnij pozdrowić KOM-a. - Jak sobie życzysz. - poczym, machając w jej kierunku na pożegnanie, ruszyłem w stronę mojego samochodu. - Ale chce mi się spać… - rzuciłem w kierunku modulatora, kiedy w końcu znalazłem się w środku pojazdu - KOM, poprowadzisz do domu? - No ba stary. - ucieszył się pojazd. Sprawnym ruchem wcisnąłem guzik z napisem AUTO PILOT. Na ekranie pojawił się dobrze już znany tekst: TRYB PRACY: STEROWANIE AUTOMATYCZNE. Po raz ostatni pomachałem Małgorzacie, KOM zatrąbił dla niej dwa razy, poczym niczym nie niepokojeni ruszyliśmy w kierunku Chrobaczego. - Adam, mógłbym coś zauważyć? - zabrał głos KOM, gdy czekaliśmy na zmianę świateł. - Wal śmiało. - mruknąłem, zakładając ręce za głowę. - Pierwsza rzecz to to, że od dwudziestu dwóch minut masz urodziny. - powiedział KOM, jednocześnie ruszając, gdyż właśnie dostał zielone światło - Tak więc życzę ci wszystkiego najlepszego, zdrowia, szczęścia oraz dalszej, owocnej współpracy z tą skromną karoserią, jaką jestem ja. - Dzięki stary - odpowiedziałem. - Tak więc w ramach prezentu chciałbym ci coś zaśpiewać. - wypalił KOM. Ja zerwałem się jak rażony piorunem. - Eeeee… KOM… Wiem, że masz dobre chęci i w ogóle… ale… ten tego… - zacząłem coś tam mówić pokrętnie. - Nie potrafię śpiewać? No cóż, masz rację… To nie był najlepszy pomysł… A co byś powiedział na przykład na przeskok nad jordanowskimi Plantami lub Wisłą w Krakowie? - z wyczuwalnym entuzjazmem powiedział KOM. - KOM. Ja nie jestem jakiś Ciśkiewicz, aby przeskakiwać nad Wisłą. - szybko ostudziłem zamiary samochodu - Ale wiesz, co sprawiłoby mi największą radość: dzień bez głupich kawałów? KOM na chwilę milczał. - Dawać jest naprawdę ciężko. - powiedział w końcu. - Ale lepiej niż brać… A ta druga sprawa? - uciąłem pierwszą głupią dyskusję, a wpadłem w drugą. - To dotyczy tego zaklęcia na skarb Chrobaczego… Jak ty byłeś u Małgorzaty, to mi się nudziło… - zaczął KOM. - Jak zwykle… - mruknąłem, odwracając głowę, aby sprawdzić, czy kiwks nie wrócił pod Zieloną Willę. - … i to zaklęcie… - kontynuował dalej komputer - …puściłem od tyłu. I wiesz co mi wyszło? - Nie wiem: Bylcerenek musi odejść? - zapytałem ironicznie. - Ha, ha, ha. Długo nad tym myślałeś?… - kto ironią wojuje, temu KOM ironicznie odpowiada - Tak więc wyszło mi: MADE IN CHINA. - No… To by wiele tłumaczyło. - skwitowałem odkrycie KOM-a. - Łłłłahhhh… - wydałem z siebie długie ziewnięcie - Marzy mi się tylko kimnąć na łóżko… - powiedziałem, przymykając oczy. - Jeszcze tylko dwadzieścia metrów. - pocieszył mnie KOM - Dziewiętnaście… Osiemnaście… Siedemnaście… - KOM… - przerwałem mu. - Tak, wiem: mam się zamknąć. - No… I to się nazywa respect … - stwierdziłem. Z cichym chrzęstem kół na żwirku zatrzymaliśmy się przed moim domem. - Ale mi się nie chce wychodzić… - mruknąłem, zakrywając twarz dłońmi. - A widzisz jakiś problem? Rozłóż fotel i się zdrzemnij we mnie… A wjazdem do garażu to się zajmę sam. - zaproponował KOM. - Tak… A pamiętasz, co było ostatnim razem, jak ci na to pozwoliłem?… Co?… Rano obudziłem się gdzieś w okolicach Tarnowa z policjantem nad głową, który wręczał mi mandat za 5-krotne przekroczenie prędkości w terenie zabudowanym. - przypomniałem KOM-owi błędy młodości. - Ale Adam… Ta Panda… Była taka ponętna… - KOM zaczął przytaczać stare argumenty. - KOM, już to słyszałem. - pochyliłem się do przodu, aby wcisnąć guzik STEROWANIE RĘCZNE - Zaraz… Co to… - palec zawisł mi tuż przed przyciskiem, gdyż pod fotelem pasażera zamajaczył mi jakiś kształt. - Lampy. - rozkazałem. Kabinę wypełniło światło lamp wewnętrznych. I dzięki nim rozpoznałem obiekt: była to torebka Małgorzaty. - Ty… Zapomniała jej. - powiedziałem, wyciągając rzecz spod fotela - KOM, wracamy. Muszę jej to zwrócić… A nuż ma tam coś ważnego. - wcisnąłem wcześniej wypatrzony przycisk, następnie wrzuciłem ręczny i z piskiem opon wycofałem nad drogę główną. ----------------------------------------------------------------------------------------------------------------- GDZIEŚ W JORDANOWIE - Wraca… To dobrze. - Mes… To znaczy: Panie. Nie ma innego wyjścia? - Niestety, musimy się go pozbyć. Za dużo wie. - Ale, ale… - Milcz. Czuję, że coś się między wami pojawiło. Ale to tylko zwykły śmiertelnik, który zadarł z potężniejszymi od siebie. - A jak on zginie? - Już wysłałem kogo trzeba. On na pewno nie dożyje jutra… - Ale ten samochód… - Nie z takimi rzeczami dawałem sobie rady… A ty idź… Masz mało czasu… - Tak, Panie… Tylko… Tylko… Czy on może mało cierpieć? - To jedno ci mogę obiecać. Pan Skupień zginie szybką śmiercią. ----------------------------------------------------------------------------------------------------------------- - Ale jak ona mogła o niej zapomnieć? - zapytałem KOM-a, jednocześnie zmieniając bieg. - No wiesz. Jak się tyle w jeden dzień przeżyło, to każdy człowiek, oczywiście poza tobą, straciłby głowę do wszystkiego. - wyjaśnił KOM - Adam. - Tak? - Może przesadzam, ale od strony SKR-u w kierunku krzyżówki jedzie jakiś Star. I z moich obliczeń wynika, że na drogę główną wyjedzie w tym samym momencie, kiedy my się tak pojawimy. - powiedział szybko KOM. - Pewnie to nic szczególnego. - zbagatelizowałem sprawę, ale dla pewności przyspieszyłem nieco. KOM nie pomylił się. W okolicy Zielonej Willi dopatrzyłem wielkiego Stara, jadącego kamienistą drogą wprost na skrzyżowanie z główną. - Trochę to dziwne. - mruknąłem i jeszcze bardziej dodałem gazu. Licznik skoczył do 90 km/h. Dzięki temu minąłem skrzyżowanie na trzy sekundy przed pojawieniem się ciężarówki. - Adam. Ona cały czas przyspiesza. - lekko dramatycznie oznajmił KOM, kiedy ciężarówka jechała za nami główną drogą. - Czy możesz sprawdzić, kto kieruje? - powiedziałem, patrząc w tylne lusterko. Star był coraz bliżej. - Adam… Nie wiem, co się dzieje… Moje skanery nie mogą dojść do szoferki… Jakby jakaś dziwna siła blokowała mi to… - krzyknął lekko przerażony KOM. - I tego się obawiałem. - mruknąłem, dociskając gaz w ostatnim momencie - jeszcze chwila i ciężarówka walnęłaby nas w tył. Licznik powędrował do 120 km/h. - Co sugerujesz? - zapytał szybko KOM. - Musimy go zgubić… - spostrzegłem, że dojeżdżamy do skrętu w ulicę Słowackiego - Już mam! - i dopchnąłem pedał gazu do oporu. Licznik skoczył do 180 km/h. Odskoczyliśmy od Stara. Na pięć metrów od złączenia się ulic zwolniłem nieco. - Przygotuj się. Będziemy ostro skręcać. - powiedziałem do partnera. Ciężarówka wykorzystała nasze zwolnienie i zaczęła nas doganiać. - Trzy, dwa… Teraz! - ryknąłem, wciskając mocno na hamulec i jednocześnie kręcąc kierownicą w lewo. KOM-em obróciło o 90O. Następnie znów docisnąłem pedał gazu i tuż przed przodem Stara "wystrzeliłem" w ulicę Słowackiego. - Hehehe… - zaśmiałem się paskudnie, widząc w lusterku jak Star przejeżdża skręt. Z ciągle wzrastającą prędkością ruszyłem ulicą Słowackiego w górę. - Adam, nie chcę cię martwić… - powiedział KOM, kiedy dojeżdżaliśmy do biblioteki miejskiej - …ale od strony Szpitalika jedzie drugi Star. I też zasuwa. - Czy to zlot nienawidzących mnie osób odbywa się w Jordanowie, czy co? - krzyknąłem, wyjeżdżając na ulicę Piłsudzkiego i kierując się w stronę rynku. W lusterku pojawiło się odbicie zasuwającego Stara. Wrzuciłem kolejny bieg. Licznik skoczył do 100 km/h. W 2 sekundy przejechałem dystans dzielący mnie od płyty rynku. - To się znów tak samo zabawimy. - mruknąłem i z piskiem wpadłem na rynek obok restauracji RYBA. Myślałem, że to już koniec, ale… - Uwzięli się czy co? - ryknąłem na widok pierwszej ciężarówki nacierającej wprost na mnie z końca rynku - Wyminiemy ją? - Nie mamy miejsca… A z tyłu jedzie druga… - pesymistycznie odpowiedział KOM. - No to mamy tylko jedno wyjście. - krzyknąłem i zbliżyłem palec do przycisku z napisem SKOCZEK. - Adam, ale takiej wysokości jeszcze nigdy nie próbowaliśmy!!!! - krzyknął KOM. - Zawsze musi być ten pierwszy raz, stary. - i dotknąłem przycisku. Wcisnęło mną w fotel. Polonez, z zadartym przodem do góry, uniósł się w powietrze. Z charakterystycznym "łłłłłiiiiii" przeszybował nad rozpędzoną ciężarówką. Przeleciał potem jeszcze kilka metrów, poczym z hukiem spadł całym podwoziem na ziemię. - Jesteś cały? - szybko zapytałem KOM-a. - Jak najbardziej ziomie. - odpowiedział pojazd. Tymczasem z tyłu dobiegł nas potworny huk. Szybko odwróciłem głowę do tyłu. Okazało się, że ciężarówki zderzyło się czołowo. Mocno wcisnąłem hamulec. KOM zatrzymało w miejscu. - Jest ktoś w tych wrakach? - krzyknąłem, wyskakując na pole. - Dziwne, ale nie wykrywam żadnych ciał… - odpowiedział komputer - Adam, ja nic z tego nie rozumie… - był nieco zdezorientowany. - Ja też… - twardo powiedziałem nie odwracając się - Ale znam osobę, która nam nieco rozjaśni sytuację. Jedziemy do Małgorzaty. - i biegiem wróciłem do pojazdu. *** Z głośnym chrzęstem wyhamowałem koło przyczepy. Wyskoczyłem na pole i sprintem rzuciłem się kierunku drzwi. - KOM, miej skanery w pogotowiu!!! - krzyknąłem w kierunku KOM-a, jednocześnie dopadając drzwi. Na szczęście nie były zamknięte na klucz. Mocno szarpnąłem klamkę, poczym chamsko wpakowałem się do środka. Niestety, nikogo tam nie było. I chyba od dłuższego czasu, gdyż żadne z kadzidełek nie pa ………… AUFUJ!!!! CO TAK ¦MIERDZI!!!!… CHOLERA… NIE WYTRZYMAM!!!!… Zasłaniając dłonią nos wyskoczyłem na pole. - Adam, co się stało? -zapytał zdenerwowany KOM. - Coś w środku strasznie śmierdzi… Jakby… - próbowałem ten okrutny zapach do czegoś porównać - Jakby rozkładające się ludzkie ciało. - to porównanie wydało mi się najtrafniejsze. - Dolna półka po prawej od wejścia. - powiedział cicho KOM. - Co? - Dolna półka po prawej. Sprawdź ją. - KOM był jakoś dziwnie tajemniczy. Nie czekając na wyjaśnienia wbiegłem do przyczepy, zasłaniając twarz. Szybko odnalazłem wskazaną półkę. Otworzyłem ją… i mało co nie zwymiotowałem… Nie, to po nocach będzie mi się śnić… Otóż w półce, nienaturalnie powyginana, w średnim stanie rozkładu, leżała "upchana" pierwsza asystentka profesora… C.D.N...
|
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
. . Copyright (C) 2004 - 2012 by Pik Regulamin Kontakt |