303. THE ICE BANDITS

Fan Fictions
Poprzednia część
AUTO... KOMPUTER... ON... NASZ RIDER - ZAKOŃCZENIE
Wiem, że minęło już trochę czasu od premiery i przerwania... ale nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło. I zamieszczam zakończenie. Aby chociaż jeden NR był tu cały

…to tam można tylko odnaleźć skarb…
…KOM, ja wrócę… Ja zawsze wracam…
…pistolet wyrwał mi się z dłoni, wzbił w powietrze i wylądował pod jedną ze ścian…
…nagle dostrzegłem jakieś cyfry na suficie, tuż nad stołem…
…był to czerwony szmaragd o ostrych krawędziach…
…z dwojga złego wolę zaświaty niż życie w jakimś totalitaryzmie…

VIII



Słusznie mi ta sprawa śmierdziała



W półce, nienaturalnie powyginana, w średnim stanie rozkładu, leżała „upchana” pierwsza asystentka profesora.
- Cholera jasna! – zupełnie chcący wyrwało mi się – KOM… - zwróciłem się do zegarka, jednocześnie przysłaniając usta, aby nie zwymiotować - …ile ona tu siedzi?
- Z dobry miesiąc. – beznamiętnie odpowiedział komputer – Wzywać policję? – zaproponował.
- Tak… Nie, czekaj… - szybko zmieniłem zdanie – Najpierw muszę ustalić, gdzie jest Małgorzata. – delikatnie zamknąłem drzwiczki półki i zacząłem rozglądać się po przyczepie.
- Ale Adam. Jeżeli zabójca pierwszej asystentki wrócił, to Małgorzata raczej teraz gryzie…
- Nie wrócił żaden morderca! – ostro przerwałem KOM-owi, jednocześnie podnosząc jakieś papiery.
- Ale wszystko na to wskazuje… - KOM próbował forsować swoją wersję zdarzeń.
- KOM, wysil swój procesor. Czy normalny morderca zostawiałby swoją ofiarę tuż pod nosem osoby postronnej? Nie!
- No to co sugerujesz Sherlocku? – KOM w końcu uznał moją rację.
- Że za tym zabójstwem stoi Małgorzata… - wyjaśniłem, podnosząc jakąś kartkę papieru – Tylko czemu tą denatkę trzymała w swojej przyczepie?… Rozumiem, można używać jakiś tam mocnych kadzidełek do poprawy atmosfery w pomieszczeniu, ale żeby nimi smród trupa „zagłuszać”? To trzeba być ten-tego-nietegez do kwadratu… Rachunek… - odrzuciłem kartkę na bok.
- A może Małgorzata wykiwała nas w pole z tym skarbem? I teraz właśnie łączy go w całość? – zasugerował KOM.
- Bardzo możliwe… - przytaknąłem, rozglądając się jeszcze bardziej po wnętrzu – Tylko jeżeli tak, to gdzie… - nagle dopatrzyłem jakąś karteluszkę w koncie Rozrachunki z PRL-elem. Szybkim krokiem tam podszedłem i podniosłem ją. Był to przedruk tekstu znalezionego w pierwszej szkatułce… Pełen przedruk… Bez słowa NIECZYTELNE:

Oto przed tobą człeku jest prestorz pierwszy, otwierający drogę do pozostałych dwóch oraz tego najwłaściwszego – skarbu Chrobaczego. Skarbu będącego boskim kamieniem, o nie poznanej dotąd mocy. Mocy mogącej zdziałać wszystko, ale tylko w dłoniach wybranego. Wybranego, który w wybranym czasie 19 dnia ósmego miesiąca każdego roku na placu prostym tuż koło dworu dokona stworzenia mocy na nowo.



- MAMY JĄ!!!! – ryknąłem w stronę zegarka – KOM, pal silnik!!!! – poczym jednym susem wyskoczyłem z przyczepy. Następnie sprintem przebiegłem do pojazdu, otworzyłem drzwi i wsiadłem na fotel.
- Gdzie jedziemy? – zapytał KOM.
- Pod dworek… Według kartki, którą znalazłem, to tam można tylko odnaleźć skarb… - wyjaśniłem, dociskając gaz do dechy. Koła zachrzęściły na kamieniach, licznik skoczył do 80 km/h. Lekko zarzucając tyłem pojazd ruszył z miejsca. Po chwili, z piskiem opon, wpadłem na drogę główną… Jeszcze bardziej docisnąłem gaz. 180 km/h… 200 km/h…
- Czerwone na światłach, ale nic z boku nie jedzie. – poinformował mnie KOM na dziesięć metrów przed skrzyżowaniem głównym.
Ja, milcząc, wrzuciłem kolejny bieg i jeszcze docisnąłem pedał gazu. Na liczniku pojawiło się 300 km/h.
- Co za rekord! – krzyknął KOM, kiedy jak strzała przemknęliśmy przez skrzyżowanie.
Nadal milczałem.
Lekko zwolniłem, gdyż zbliżaliśmy się do zakrętu. Ale zaraz za nim znów docisnąłem gaz do dechy… 310 km/h bez niczego.
- Adam, za pół minuty skręt. Nikt nie zmierza na kolizyjnym kursie. – po minucie diabolicznej jazdy powiedział KOM. Zacząłem zwalniać… 290… 270… 230… 180… 120… 90… 60… 40… Zakręt…
Ostrym ruchem ręki obróciłem kierownicę, jednocześnie wciągając ręczny. Polonezem wywinęło o 90O, ustawiając go na wprost drogi do dworku. Nie czekając na nic, znów depnąłem na pedał gazu. Z piskiem opon ruszyłem w górę.
- Adam… Kocie… Auuu… Łby… Auuu… Procesor… - stęknął KOM na jednym z wybojów.
A ja dalej milczałem.
Z 100 na liczniku natarłem na zamkniętą na kłódkę bramę szkolną. Metal rozpadł się jak kartka papieru.
- KOM… - odezwałem się w końcu, zaraz po rozwaleniu bramy - …gdzie jest Małgorzata?
- Nie widzę jej Adam. – szybko odpowiedział komputer – Ale zaraz… Wykrywam coś dziwnego na starym boisku… Jakby wejście do jakiejś groty…
- Jedziemy tam. – i mocniej pochwyciłem kierownicę.
Na pięć metrów przed zabytkowym budynkiem odbiłem w lewo, taranując kolejną, teraz drewnianą bramę. Szybko przejechałem krótki, asfaltowy odcinek, z chrzęstem przebyłem wąską bieżnię, wpadłem na płytę starego boiska i z piskiem opon wyhamowałem na nawierzchni.
- Po prawej. – powiedział KOM. Szybko odwróciłem głowę we wskazanym kierunku. Majaczyło tam duże wejście do jakiejś jaskini.
- A jednak ten skarb ma coś w sobie magicznego. – mruknąłem – Wjedziemy tam?
- Bez problemu. – odpowiedział KOM.
Delikatnie nacisnąłem pedał gazu. Pojazd ruszył pomału.
- Jakieś ślady Małgorzaty? – zapytałem, kiedy zbliżaliśmy się do krawędzi wejścia.
- Zaraz… Adam. Tuż koło wjazdu są porozrzucane jej ubrania.
- Co to, kruca fiks, znaczy? – mruknąłem – KOM, włącz halogeny. – rozkazałem. Wnętrze jaskini wypełniło światło lamp Poloneza.
- Jakieś anomalia oprócz tej, że tutaj jest grota. – zapytałem, kiedy ujechaliśmy z 20 metrów.
- Zero… Nie, czekaj. Zaraz skończy się szeroki chodnik. – odpowiedział KOM.
- Co to znaczy?
- Tyle, że dalej już nie pojadę. – wyjaśnił komputer – Czyli co robimy?
- Ty tu zostajesz… - rozkazałem, hamując - A ja idę dalej. – wyciągnąłem ze schowka latarkę i pistolet.
- Ale Adam! To jest niebezpieczne! Przecież nie wiesz, co może być na samym końcu. – powiedział zaniepokojony komputer.
- Na pewno brunetka z wąsem… - wysiliłem się na mały żarcik – KOM, skaner na 200%. – rozkazałem, wysiadając.
- Adam, ty na pewno wiesz, co robisz? – komputer nadal niepokoił się o mnie – Przejdziesz pięć metrów, skały zakłócą sygnał nadajnika i zostaniesz sam! A jeżeli Małgorzata czeka tam na ciebie z jakimś czary-mary-trup?
- KOM, ja wrócę… Ja zawsze wracam. – „pocieszyłem” partnera. Następnie odszedłem kilka metrów w kierunku przewężenia – A jakby co… - nagle stanąłem – to…
- …twój testament schowany jest pod podłogą w kuchni, na strychu obok starego komina lub na moim dysku w folderze GOODBYE. – próbując rozluźnić sytuację, zażartował KOM.
- …to pożegnaj wszystkich ode mnie… - zakończyłem smętnie, jednocześnie włączając latarkę – Aha… - byłem już na skałkach, kiedy coś mi się przypomniało.
- Tak Adam?
- Fajny z ciebie partner… Nawet jak na twoje gadulstwo. – powiedziałem w kierunku pojazdu, poczym już nie oglądając się za siebie ruszyłem w głąb groty.

IX



I wreszcie: Skarb Chrobaczego



- KOM… odbiór… – zwróciłem się zegarka, po przejściu kilkunastu metrów – KOM… - ale z nadajnika dobiegało tylko ciche „kszy…kszy…” – Miałeś rację. – „pochwaliłem” po kryjomu partnera, jednocześnie uchylając się przed jakimś stalaktytem… Lub stalagmitem… Stalagnatem?… A czart wie, jak ten naciek się zwie… Ważne, by go wyminąć, nie zaliczając gu…… AAAAAUUUUU!!!!… AUUUUUUU!!!… AUUUUU!!!!… I TRZA BYŁO TYLE MYŚLEĆ!!!!… AAAAUUUU… JEDNEGO MINĄŁEM… AUUUU… A NA DRUGIEGO DZIADA WPAKOWAŁEM SIĘ… AUU… Dobra, mniej już boli… Auu… To idę dalej… Au…
Rozcierając głowę, ledwo przeciskając się w ciasnym i cieniasowatym tunelu, ruszyłem w dalszą drogę ku nieznanemu końcu. Szedłem bardzo powoli, uważając na strasznie śliskich skałach.
- Zara… Co to? – nagle zatrzymałem się. Metr przede mną, w ostrym świetle latarki zamajaczył jakiś biały przedmiot. Odruchowo podniosłem broń do góry i krokiem odstawno-dostawnym zbliżyłem się do znaleziska. Okazało się, że był to… stanik.
Nie no, jakiś dom publiczny czy co? – zażartowałem, próbując sam siebie pocieszyć. Jednak niewiele to dało.
I w momencie, kiedy bliżej przyglądałem się fragmentowi odzieży, do moich uszu dobiegło jakieś tajemnicze echo:
- …hc ni e…
Rzuciłem stanik na ziemię, opuściłem broń i szybszym krokiem ruszyłem w kierunku źródła dźwięku. Z sekundy na sekundy był on coraz wyraźniejszy…
- …ihc ni eda…
Kilka stalagnatów…
- …nihc ni eda…
Śliska skała…
- …anihc ni edam…
Widać już jakieś światełko w tunelu… KOM pewnie zacząłby stroić żarty…
- …anihc ni edam…!
Tak, to kobiecy głosy. Na pewno…
- K***a mać, co jest do h**a???
No, to już mi bardziej na menela wyglądało…
- Jeszcze, k***a, raz…ANIHC NI EDAM!!!!!
Te ostanie słowa usłyszałem głośno i wyraźnie. Bez trudu rozpoznałem barwę głosu Małgorzaty. Ewidentnie ona za tym wszystkim stała… Cholera…
Na kuckach zbliżyłem się do jasnego otworu kończącego tunel. Lekko wykuknąłem za krawędź. Ujrzałem olbrzymią salę, wypełnioną światłem pochodzącym z wielu pochodni zapalonych wokół ścian. Na samy środku znajdował się duży, metalowy stół. Zaś na nim stała misa z prestorzami. No i oczywiście, cała roznegliżowana, jakby w jakimś amoku, wokół „mebla” biegała Małgorzata i głośno krzyczała: „ANIHC NI EDAM!”.
- Zaraz sobie pogadamy, pani Kowak. – mruknąłem z czystą nienawiścią, poczym cicho, starając się być niezauważonym, ruszyłem w dół. Małgorzata była tak zajęta swoimi zaklęciami, że zupełnie nie zwracała na mn…
- TY ŻYJESZ!!!!! – nagle ryknęła, stając i odwracając się dokładnie w moimi kierunku (miejsce ukrycia: wielka skała przypominająca Małysza po lewej).
Mnie ten okrzyk zaskoczył. Ale nie na tyle, aby się zdemaskować. Dalej twardo chowałem się za skałą.
- Ej, Skupień, wyłaź zza tego Shmidta! – widać było, że jest pewna mojej obecności…
- Jak chcesz wiedzieć, to jest Małysz… Ręce do góry! – wyskoczyłem zza kamienia, celując w kobietę bronią – Co ty tu robisz? – beż żadnych konwenansów ryknąłem w jej stronę.
- Nie celuj we mnie, k***a, z tej pukawki. – chamsko odpowiedziała Małgorzata, wznosząc dłonie w górę – Jak mnie znalazłeś?
- Sory, ale ja pierwszy zadałem ci pytanie. Więc jakbyś…
- K***a, coś powiedziałam. – powiedziała dziwnie cicho, jednocześnie głęboko patrząc mi w oczy… Strasznie głęboko… Co się d…
- Po tym, jak ktoś chciał mnie staranować Starami, wróciłem do twojej szopy. Znalazłem tam kartkę z pełnym tekstem przepowiedni. I dlatego tu jestem. – zupełnie jakbym to nie ja mówił… To znaczy moje usta, moje struny głosowe wydawały te prawdziwe słowa, ale… ale…
Małgorzata paskudnie zaśmiała się.
- Ale ty masz prosty umysł do zmanipulowania… Strasznie prosty… Wydajesz się wielkim intelektualistą, a w środku zwykły prostak… - i znów paskudnie zaśmiała się.
- Że niby… Ty… Mnie… Wtedy… - bezskładnie wyrzuciłem z siebie - KIM TY JESTEŚ? – szybko zebrałem się w sobie i wycelowałem w nią broń.
- Odłóż tę pukawkę jak cię, k***a, proszę. – chamsko i z udawaną subtelnością rozkazała kobieta.
Powtarzam: kim ty jesteś? – ale ja jestem uparty.
Małgorzata nic nie odpowiedziała, tylko kiwnęła głową w bok… KRUCA FUKS!!!… JAK ONA TO ZROBIŁA… Otóż pistolet wyrwał mi się z dłoni, wzbił w powietrze, zatoczył łuk i z trzaskiem wylądował pod jedną ze ścian.
- Jak nie chciałeś po dobroci… - mruknęła Małgorzata i ponownie odwróciła się do stołu.
- Kim jesteś i co tutaj robisz? – pomimo straty broni próbowałem dalej dowiedzieć się prawdziwej tożsamości Małgorzaty.
- Pomimo straty broni próbujesz dalej dowiedzieć się mojej prawdziwej tożsamości. – odpowiedziała Małgorzata.
Mnie zatkało.
- Skąd ty znasz moje myśli. – stęknąłem po chwili.
- Ach ty śmiertelniku mały… - Małgorzata nagle odwróciła się – Ale co mi szkodzi… Przecież i tak zginiesz.
Pomału zbliżyła się do mnie. Ja zrobiłem krok w tył.
- Wszystkie moje dane personalne… - zaczęła mówić pomału. Z jej ust wydobywał się jakby zapach mocnego alkoholu - …są prawdziwe… Te duperele jak Małgorzata Kowak i inne takie… Ale nie ma tam jednej, małej, aczkolwiek informacji… Informacji o tym,… - tu zrobiła małą pauzę – …o tym, że jestem wiedźmą.
Ja nic nie powiedziałem.
- Milczysz?… Milczysz śmiertelniku?… Pewnie nawet nie rozumiesz, co to znaczy…
- Wiem co to znaczy. – ostro jej przerwałem – I nawet ci wierzę. Bo po tym, co pokazałaś nie mogę inaczej. Ale ja chcę wiedzieć konkrety: co tutaj robisz i dlaczego pierwsza asystentka leży martwa w twojej szafce?
- Nikt cię nie nauczył, że nie ładnie jest komuś przerywać, co? – Małgorzata zrobiła głupią minę – Słuchaj uważnie, to się wszystkiego dowiesz… No, to na czym ja skończyłam… Aha, że jestem wiedźmą… Od trzech lat… Zaczęło się niewinnie. W ramach praktyk studenckich pomagałam w jednym z krakowskich muzeów… Nie pamiętam w którym… I kiedyś tam, podczas katalogowania zbiorów, znalazłam mały pierścionek. Taką tam błyskotkę… Szybko go opisałam i już chciałam wrzucić do pudełka, gdy nagle stało się coś dziwnego: pierścionek zaczął świecić jakimś tajemniczym światłem. Z przerażenie odrzuciłam go na bok. I wtedy stało najstraszniejsze… Ale z perspektywy czasu wiem, że to była najlepsza rzecz, jaka mogła stać się moim życiu…
- Jaka? – chciałem konkretów.
- A miałam cię za kulturalnego człowieka. – swoją opinię wyraziła Małgorzata.
- Pozory mylą słonko. Sama jesteś tego przykładem… To jakie to było wydarzenie? – „nacisnąłem” na nią.
- Ha, ha, ha… To na czym to ja stanęłam… Aha, pierścień… No zaczął się zmieniać… Tak rozmazywać i zyskiwać kontury… Aż w końcu stał się lusterkiem… Takim lusterkiem… - i nie wiadomo skąd wyciągnęła wykonaną z aluminium płytkę… Ale o powierzchni imitującej szkło.
- Ładne. – skwitowałem ironicznie – KOM powiedziałby pewnie, że ruscy na bazarze kupili by to za dwie bańki albo i więcej.
Małgorzata chyba puściła to mimo uszu i dalej tak kontynuowała:
- Byłam potwornie wystraszona… Myślałam, że diabeł czy co innego maczał w tym palce. I się nie pomyliłam.
- Co to znaczy?
- Że to jest naprawdę diabelskie dzieło, matole. – coraz mniej tę babę lubię – Nieufnie zbliżyłam się do tego czegoś… I w tej tafli… - wskazała na powierzchnię odbijającą - …ujrzałam twarz jakiegoś mężczyzny… Doznałam szoku. A jeszcze większy był, gdy ten facet odezwał się… Mówił, że nazywa się Hrabia Von Wollandus i jeżeli tylko chce, to zmieni moje życie…
- Zaraz, Wollandus… Coś mi to mówi… Aaaaa… To ten gościu spod spożywczego co zawsze prosi o piątaka na śniadanie promilowe. – głupim gadaniem próbowałem wyprowadzić tę babę (fajne słówko, nie ma co) z równowagi.
- Zamknij się! – teraz rozumie KOM-a, jak na niego krzyczę – I nigdy nie śmiej się z Hrabiego Von Wollandusa… Jasne? Bo znowu zrobię małe pranie mózgu… A wiesz, że jestem w tym dobra!
- Taaaa, już słucham… - odpowiedziałem ironicznie.
- Powiedział, że może całkowicie zmienić moje życie… Że może dać mi moce, o jakich nie śniłam… Ale pod dwoma małymi warunkami. Pierwszy, to taki, że muszę oddać się złu, którego on jest sługą… A po drugie, aby całkowicie móc być potężna, muszę pomóc mu wyrwać się „więzienia”, w którym przebywa…
- Lustereczko, powiedz przecie, kto jest zaklęty w tobie… - ciąg dalszy prowokacji.
- Grrrry… Ty bezmózgi kretynie… To jasne, że on tam nie jest!… Przebywa, jak on o sam określa, w piątym wymiarze, z którego nie może uciec…
- No to jesteśmy przy tym, że mamy gościa w piątym czy tam szóstym wymiarze. Ale co z tym bajzlem, który miałaś łaskaw wywołać w Jordanowie, kiedy tu przybyłaś? - zrobiłem słodki uśmiech szelmy – Tylko streszczaj się maleńka, bo mi parkometr bije przy KOM-ie.
- Przeginasz… - przez zęby wycedziła Małgorzata.
- Wiem. – i znów mój paskudny uśmiech.
- Jak się pewnie domyślasz, lub nie… - Małgorzata byłą coraz bardziej wkurzona - …zgodziłam się…
- No ba…
- … i stałam się jego służebnicą…
- A jakże!
- …na dobre i na złe!
- Oglądasz seriale! – teraz ewidentnie przegiąłem. Małgorzata machnęła ręką, a mną odrzuciło do tyłu… Uderzyłem głową w ścianę--------------CIEMNOŚĆ----------------------Małgorzata w całej swej okazałości stanęła przede mną. Widać było, że jest wściekła.
- Mówiłam, że przeginasz. – po prostu złość z niej kipiała.
- Przeginanie… auuu… to moja… auuuuu… i bardziej KOM-a specjalność. – stęknąłem, rozcierając głowę – Czyli żebym nie był takim tępakiem. – nagle wyskoczyłem ze stwierdzeniem – Skarb Chrobaczego potrzebny ci jest do uwolnienia twojego Hrabiego? To dlatego zrobiłaś ten cyrk z lipą, aby mnie odciągnąć od sprawy, a samej na tym skorzystać.
- Jestem pełna podziwu, jak ten cios poprawił ci zdolność myślenia. Ale to może być chwilowe, więc… - szybkim ruchem podniosła nogę i kopnęła mnie w głowę, tak, że tyłem znów zaryłem o ścianę----------------CIEMNOŚĆ-------------…wk***iasz mnie, wiesz?
- Słoneczko… - a to było niekontrolowane – Jesteś niemal jak Chuck Norris…
- Dziękuję. – odpowiedziała filuternie Małgorzata.
- A tą pierwszą asystentkę też takim kopem załatwiłaś? To chyba była piękna śmierć… - stwierdziłem dobitnie.
Małgorzata spojrzała na mnie gniewnie.
- Ja jej nie zabiłam. – powiedziała cicho.
- No bo ci uwierzę… To jak to zrobiłaś… A może użyłaś broni palnej? – próbowałem ją przejrzeć.
- To nie ja. To mój pan. – wydusiła z siebie kobieta.
- Ale jak? Przecież on jest w tym którymś tam wymiarze…
- Ale on ma swoje inne sługi… Ciemne duchy… To one chciały cię…
Lecz jednak nie dowiedziałem się, co one wobec mojej skromnej osoby chciały (ale się chyba sam domyślam), gdyż nagle, z lusterka, dobiegł nas jakiś męski głos:
- Szybciej idiotko. Nim się zajmiesz później.
Małgorzata na te słowa opuściła mnie, wróciła do stołu i dalej czarowała:
- ANIHC NI EDAM!!!!… K***a… ANIHC NI EDAM!!!!!!!!… Działaj, k***a… ANIHC NI EDAM!!!!!!!… ANIHC NI EDAM!!!!!!!…
Nagle dostrzegłem jakieś cyfry na suficie, tuż nad stołem. Układały się one w następujący ciąg:

1 9 0 8 1 9 8 9



- Zaraz… - stęknąłem – To mi coś przypomina… Zaraz… To przecież data moich urodzin!!! Tak, na pewno… Tylko co to ma wspólnego…

…ale tylko w dłoniach wybranego…


Czy to ja mam być tym… Nie, to niemożliwe… NIEMOŻLIWE… To się zdarza tylko w filmach i głupich opowiadaniach… Przecież takie debilizmy (no bo przyznajmy, że mądre to to nie jest) nie występują w świecie realnym… Ale z drugiej strony… Te liczby nie są tu przypadkowe… Może… Morze…
Tymczasem Małgorzata, zniechęcona niepowodzeniami, odeszła od stołu i zaczęła rozmawiać ze swym mistrzem prze lusterko…
- Teraz Adam… - coś mnie dziwnie w środku tchnęło. Ale to nie było jak wtedy… To znaczy, jak Małgorzata kombinowała przy moim mózgu… Tylko jakby… Jakby jakieś pozytywne siły tu maczały palce… Dobra Adaś… Koniec tego dobrego… Teraz albo nigdy, stary…
Wstałem, podbiegłem do blatu, dotknąłem go i ryknąłem:
- ANIHC NI EDAM!!!!!
I się zaczęło. Na początku, jakby od niechcenia, prostopadle do środka stołu pojawiła się cienka, zielona smuga świtała. Bardzo szybko zaczęła rosnąć, aż w końcu objęła całą powierzchnię stołu.
- K***A MAĆ!!!! – spod ściany dobiegł mnie pełen wściekłości głos kobiety. Najwyraźniej spostrzegła, co się dzieje. Ale ja na to nie zważałem. Dalej trwałem z ręką na blacie… Nie wiem, co mi tak kazało… Cholera, co to ma znaczyć…
Tymczasem promień nabrał na kolorze, poczym… eksplodował… To znaczy nie w klasycznym rozumieniu tego słowa (huk, ofiary, zniszczenia, wszędzie pełno prasy). On tylko tak się nagle rozszerzył i tak się nagle rozjaśnił, że przypominało to efekt eksplozji super nowej czy innego kosmicznego reaktora…
Przez chwilę nic nie widziałem. Tylko czułem… Czułem jakiś zimny przedmiot pod palcami…
- To niemożliwe… - pomyślałem i mocniej pochwyciłem przedmiot. Był mały i kanciasty.
Nagle wzrok mi powrócił. Pierwsze, co ujrzałem, to szybko zbliżającą się Małgorzatę z ewidentnym zamiarem pozbawienia mnie życia oraz zawłaszczenia dobra materialnego, które znajdowało się pod moimi palcami.
- Nie oddam ci tego! – ryknąłem i mocniej pochwyciłem przedmiot w taki sposób, że mogłem mu się przyjrzeć. Był to czerwony szmaragd o ostrych krawędziach – Stój, bo użyję to przeciwko tobie! – dodałem (umiem grozić).
Małgorzata stanęła w miejscu.
- Dogadajmy się jakoś… - zaczęła dawnym tonem słodkiej blondyneczki – Ty mi na chwilę pożycz skarb, ja uwolnię mego Pana, później ci oddam ten kamyczek i będziesz sobie mógł spełnić każdą z twoich zachcianek… - to znaczy, że będę mógł KOM-a oduczyć gadulstwa :-)?
- Tak, będziesz go mógł oduczyć, albo całkowicie zmienić… - szybko odpowiedziała Małgorzata.
- KTO CI POZWOLIŁ GRZEBAĆ W MOJEJ GŁOWIE! – ryknąłem na nią.
- Adam… Dogadajmy się… Pół świata twoje… Pół świata nasze… - Małgorzata pisnęła cicho.
- Tere-fere-kuku. – odpowiedziałem jej – Pewnie zaraz jak weźmiesz kamień, to zażyczy sobie, abym w ogóle się nie na rodził, co? – ryknąłem pierwsze lepsze marzenie każdego złapanego przez policjanta.
Małgorzata osłupiała.
- Ty już zaczynasz przejmować moc tego skarbu… - zaczynała cofać się z przerażeniem w oczach – Do tej pory nikt poza moim Panem nie czytał w moich myślach…
Mnie to wyznanie nieco oszołomiło, ale i także podsunęło pewien pomysł:
- Tak… Masz rację… - zacząłem dramatycznym głosem (w końcu było się kiedyś aktorem mało profesjonalnym) – Czuję, jak mnie ta moc przenika… Robię cię coraz silniejszy… Coraz bardziej… Pod ścianę… I to już! – rozkazałem kobiecie. A kiedy znalazła się we wskazanym miejscu, dopowiedziałem – I się nie ruszaj, bo cię w trylobita zamienię. – taka groźba karalna.
Kiedy Małgorzata stała pod ścianą z nogami trzęsącymi się niemal tak, jak u pewnego polskiego generała podczas spotkania z pewną bardzo ważną osobistością, ja zacząłem rozważać, co by dalej zrobić… Iść do KOM-a… Za daleko… Przywołać go… Zacząłby świrować… A jeszcze nie wiem, kiedy ona może się skapnąć, że robię ją w bambuko… No to może podróż w czasie i naprawa przeszłości?… Nie, to niemożliwe… A jakby rozkazać zniszczyć to wszystko?… Ale później co z kamieniem… Trudno będzie coś takiego utrzymać w ukryciu i nie dać się skusić, do użycia na własne potrzeby… A jakby tak całe zło ze świata usunął?… To niewykonalne… Cholera, ona już się mogła skap… MAM!!!! JAKIE TO PROSTE… Tylko czy rozsądne?… Przecież mogę zginąć… Ale z dwojga złego wolę zaświaty niż życie w jakimś totalitaryzmie… Więc…
- Skarbie Chrobaczego… - powiedziałem dobitnie na cały głos, unosząc kamień w górę – Rozkazuję ci… - Małgorzata mało co ze strachu nie padła na zawał - …autodestrukcję bez możliwości odtworzenia!!!!
Kamyczek rozjarzył się jasnym światłem, zadygotał, wypuścił jakiś dymek… i znikł.
Salę wypełniła cisza, przerywana dźwiękiem kapiącej wody.
- Co… co… - Małgorzata w końcu wyrzuciła z siebie – Coś ty narobił??? Miałeś największą moc w ręku i się jej pozbyłeś???- ryknęła.
- Tak… Pozbyłem… - odpowiedziałem, odwracając się do niej - Sam nie wiem dlaczego… Ale wiem, że to będzie dobre.
Małgorzata ciężko dyszała.
- Ty sk***ysynie z***bany!!!! – w końcu wyraziła swą opinię o mnie – Ty h**u po****dolony… Teraz już k***a po nas… Rozmumiesz????… K***a już po nas… Mój Pan nam tego nie wybaczy…
- Chyba tobie. – przerwałem jej – Bo ja nie mam ochoty przebywać tu dłużej. Zrobiłem co do mnie należy: znalazłem Skarb Chrobaczeho… Więc, jeśli nie masz nic przeciwko temu, będę już spadał. – i ruszyłem w kierunku wyjścia.
- Co ty k***a robisz, świętoszku zasrany!!!!! Przecież to nie w twoim p****olonym interesie… Przecież ty, k***a, chcesz dobra… A ze mną się k***a jeszcze nie rozprawiłeś, f***ie jeden!!!!!
- Wiesz, za dużo przeklinasz… - postawiłem kawę na ławę – A z dobrem? Tak, chcę go… Tylko te „wspomagacze” magiczne jakoś do mnie nie docierają… Jestem racjonalistą. I do dobra chce dojść o własnych siłach… Chcę widzieć, jak ono powstaje… - ja to powinienem być filozofem.
- Ty jesteś p****olnięty… P****olnięty, że hej… Ale daleko nie ujdziesz… Zaraz cię załatwię!!!! – i podniosła rękę do góry – GIŃ!!!! - ryknęła… Już byłem pewny, że zginę, ale… ale nic się nie stało… Kompletnie nic…
- Co jest… - stęknęła Małgorzata patrząc na swoją dłoń.
- Ty się lepiej spytaj, co będzie. – z porzuconego lusterka dobiegł nas głos Hrabiego – Zaraz sobie pogadamy!
Nagle ziemia zatrzęsła się. Ochraniając głowę przed odłamkami, ruszyłem w kierunku wyjścia. Jednak działo się coś dziwnego… Jakbym spowalniał… I to znacznie… Zaraz, co to za ciemność… Przecież pochodnie nie zgasły… Zaraz… Gdzie ja lecę… Hej… Co się dzieje… aaaaaaaaa……

X



Piąty wymiar



- Czemu leżę na deskach?
Taka myśl zakołatała mi się w głowie. Nie gdzie jestem, co z KOM-em, Małgorzatą, światem, moją lodówką. Tylko że leżę na deskach.
Otworzyłem oczy. Nade mną też były deski. W postaci belek sufitowych.
- Nie, co ja mam z tymi lokacjami… - wybiadoliłem, siadając. I dobrze, że znów nie zemdlałem.
Byłem w karczmie. Tak, ewidentnie w karczmie, ale nie takiej mi współczesnej, tylko… Dawnej. Bardzo dawnej. Średniowiecze… Albo może raczej XVIII wiek… Sam nie wiem…
Chwyciłem rant stołu, koło którego leżałem. Z bólem pleców podniosłem się.
Karczma była kompletnie pusta. Nikt nie siedział koło długiego kontuaru, nikt za stolikami. Tylko… Tylko w kącie, też na ziemi, leżała Małgorzata. Nadal naga. I nieprzytomna.
- KOM… - zwróciłem się do zegarka, jednocześnie podchodząc do dziewczyny, aby sprawdzić, co z nią - KOM… - powtórzyłem. W eterze panowała cisza.
Pochyliłem się nad Małgorzatą i przyłożyłem palce do jej szyi… Tak, wyczuwam tętno…
- KOM! - krzyknąłem do zegarka, jednocześnie próbując ocucić Małgorzatę.
- Nie usłyszą cię. - nagle usłyszałem za sobą głos. Zerwałem się jak poparzony, jednocześnie odwracając się. W ten sam sposób stanąłem oko w oko z wysokim facetem, ubranym w długi, czarny płaszcz. Na głowie miał burzę ciemnych włosów, na których osadzony był dziwny kapelusz. Zaś w prawej ręce przybysz bawił się szpadą.
- Skąd wiesz? - zapytałem, pomału domyślając się, z kim się spotkałem.
- KOM 5000 jest w innym świecie… A ją uśpiłem. - rzekł, siadając przy kontuarze. Wpatrywał się we mnie swymi czarnymi oczami. Czułem się dziwnie w zasięgu tego wzroku… Taki strasznie niepewny…
- Hrabia Von Wollandus. - powiedziałem cicho.
- Hm, podejrzewam, że tak. - stwierdził przybyły.
Milczeliśmy przez chwilę.
- Dobra, czego chcesz i kiedy nas stąd wypuścisz? - postawiłem ławę na kawę. Lub na odwrót.
- Czego chciałem, nie ma. A tu czasu nie ma, więc na "kiedy" nie umiem odpowiedzieć. - Hrabia przełożył szpadę do lewej ręki.
- Ładne żelastwo. KOM by pewnie stwierdził, że za dychę poszłoby na szrocie. - głupotą na zawiłość, to moja…
ŚWIST…
Szpada śmignęła mi koło ucha, jednocześnie wywołując atak potu na moich plecach.
- KOM 5000 to dla ciebie cały świat. - Wollandus odłożył szpadę na kontuar - Który z resztą i tak dla ciebie się skończył.
- No nie wiem, nadal istnieję. - mruknąłem - A poza tym to gadasz jak z jakiejś nawiedzonej powieści fantasy.
- A ty jak z taniego serialu sensacyjnego. - Wollandus nadal był spokojny.
- Dziękuję za komplement. - ukłoniłem się w pas, ale z taką ironia - Dobra, jeśli nie masz nic przeciw… - schyliłem się po Małgorzatę, jednocześnie zarzucając ją na plecy - …to możesz wskazać nam wyjście? - wstałem… cholera, ciężka była - Bo jakoś… yyy… tabliczki EXIT, takiej zielonej z popylającym ludzikiem nigdzie nie widzę… - kurczę, dlaczego akurat teraz włączył mi się humor "ala KOM 5000".
Wollandus prześwidrował mnie wzrokiem… Auuu, to nie było przyjemne… Ale grunt… Auuu… Że Małgorzaty nie upu…
Łup. To Małgorzata wyślizgnęła mi się z uścisku i spadła na ziemię. Ból zadany tym spojrzeniem był naprawdę mocny… Auuu…
- Jesteś kretynem. - zaczął w końcu - Zniszczyłeś Skarb Chrobaczego. Ograniczyłeś zdolność mojej ucieczki stąd…
No, i o to chodziło… Gościu zaczął w końcu mówić… He, w końcu…
- Ale przecież tu masz tak fajnie… Karczma, to i pewnie jest się czego napić… - walnąłem z głupia.
- Siedzenie w jednym miejscu przez kilkaset lat, nawet nie wiem ile, może znudzić. - rzekł poważnie.
- A mówiłeś, że tu czasu nie ma. - zauważyłem.
I w tym momencie przez jego oblicze przeleciało jakby zdenerwowanie, złość i poczucie niepewności. Wszystko naraz. Albo jeszcze szybciej.
- Więc tu mi się nudziło… - powoli ręce zaczynały mu drżeć - I chciałem uciec stąd… Ale ty… Jak zwykle ty wszystko pokrzyżowałeś…
- Wybacz, ale chyba się wcześniej nie spotkaliśmy, więc nie mogłem nic ci pokrzy…
- Nie mnie, tylko właśnie mojemu panu, twórcy tej kary. - przerwał Wollandus, wskazując na wnętrze karczmy - Jemu już wiele krwi, jeżeli mogę użyć takiego porównania, napsułeś…
- Niech zgadnę. - zrobiłem naprawdę głupią minę - Przewodniczący "Obroń Się Sam"?
Auuuu… Znów to spojrzenie…
- Jak śmiesz tak nazywać mojego pana!
No, naprawdę wyprowadzam go z równowagi…
- No to kim jest twój pan, że aż mu tak strasznie zaszedłem za skórę? - i się uśmiechnąłem po szelmowsku.
- Jeszcze się nie domyśliłeś? - cicho rzekł Wollandus - Naprawdę nie domyśliłeś? Taki wielki detektyw, a nie wie…
- Brakuje mi poszlak, a i tak to powiesz szybciej. - stwierdziłem.
- Tak, masz rację… - Wollandus pokiwał głową - Moim panem jest pan chaosu, z którym tak nieświadomie, albo świadomie walczysz. Od tylu lat krzyżujesz jego plany i zamysły… Nie wszystkie, bo wszystkich nie dasz. Ale dużą ich część…
- Mówisz jak nawiedzony. - przerwałem mu, ponownie schylając się po Małgorzatę - A idź do diabła. - warknąłem, podnosząc ją.
- Właśnie u niego jesteśmy. - spokojnie oznajmił Wollandus.
Zatrzymałem się w połowie podnoszenia Małgorzaty.
A myślałem, że tu będą kotły z gorącą smołą. - westchnąłem, jednocześnie próbując ukryć zaskoczenie tym stwierdzeniem.
- Pomimo wiedzy masz nadal ciasny umysł… Bardzo ciasny, nie wychodzący poza zakres zabobon i płonnych…
Nagle wybuchłem gromkim, ale to bardzo gromkim śmiechem, ewidentnie przerywając owemu Hrabiemu…
- Zaraz, zaraz… - nie mogłem opanować śmiechu. Wollandus patrzył się na mnie dziwnie - Chcesz powiedzieć, że planujesz uciec z niewoli diabła, który jest twoim szefem, ale zarazem i właścicielem, wobec którego, jak zauważyłem, jesteś strasznie uniżony? - kolejna salwa śmiechu - Człowieku, lub czymkolwiek jesteś, ty masz coś pomieszane w głowie… Naprawdę pomieszane…
Świst. I znów szpada koło mojego ucha, tuż pod szyją nieprzytomnej Małgorzaty.
- Jestem tu przez pomyłkę. Przez kobietę… Wrobiła mnie w to. Mój pan nie toleruje pomyłek, ale chcę się zrehabilitować w jego oczach… - wykrzyczał, ciągle trzymając szpadę koło ucha.
- A przy okazji wziąć i zając jego miejsce za pomocą Skarbu Chrobaczego, to chciałeś powiedzieć. - to, o dziwo, wypowiedziałem cicho i spokojnie - Wybacz, jednak jesteś człowiekiem. A ja co nieco umie odczytywać ludzkie charaktery. Ich dwulicowość… Swoją drogą sprytnie to ten twój pan wykombinował umieszczając ciebie tu. Ma, nie przesadzając, święty spokój od kogoś, kto pożąda władzy.
I w tym momencie chyba tego całego Wollandusa rozgryzłem. W pełni tego słowa znaczeniu.
Ręka drżała mu. W końcu wycofał szpadę.
- Skąd… jak… - zaczął nerwowo rozglądać się po pomieszczeniu - Nie… ty jesteś… od niego…
Nagle znieruchomiał. Stał sztywno, jak drzewo. Ale zaraz zaczął się cały trząść i wywracać oczami. Jednocześnie, a może przede wszystkim, wyrzucał z siebie:
- Panie… Tak… Ja nie… chciałem… On jest wszak od ciebie… Jak… nie… je… st… Nie, ON musi być… Panie… zabij go… Albo pozwól… Żebym to ja… Panie… Panie!!!! - w tym momencie upadł na ziemię.
Uu, facet miał chyba jakieś nieprzyjemne zwidy…
- Idź. - wysapał.
- Co?
- Idź, jasno powiedziałem. - powoli podnosił się. Ale nogi nadal mu się trzęsły.
- Przed chwilą chciałeś mnie poszatkować i zrobić kebab, a teraz mam sobie po prostu iść. - coś mi tu nie pasowało.
- Pan, pomimo złego zdania o twojej dobrej działalności, nie pozwala cię zabić. - nadal drżał - Idź! I dostaw mnie w spokoju! - to ryknął.
- Jak tak mówisz. - niewiele z tego rozumiejąc, wietrząc jakiś podstęp, ale nie mając innego wyjścia, ruszyłem przed siebie, z Małgorzatą na plecach. Chociaż za Chiny Ludowe nie wiedziałem, gdzie to wyjście znaleź…
- Dziewczyna zostaje. - nagle szpada, poruszana rzecz jasna przez Wollandusa, zastąpiła mi drogę - Nie wykonała zadania. Czeka ją śmierć.
- Bier to żelastwo. - warknąłem - KOM już pewnie wyrywa sobie koła z żalu za mną…
- Dziewczyna zostaje. Nie wykonała zadania. Czeka ją śmierć. - tym samym głosem powtórzył Hrabia.
- No, to chyba masz problem. Najpierw musisz zabić mnie. - cofnąłem się do tyłu, zasłaniając nieprzytomną Małgorzatę.
- Nie mogę. Pan mi zakazał… Dziewczynę mogę. Nie wykonała zadania. Czeka ją śmierć. - wycedził przez zęby Wollandus.
- No, to co wybierasz. Kolejne wystąpienie przeciw sami dobrze wiemy komu, który na pewno ma cię już dość, a życiem Małgorzaty.
- Ona chciała cię zabić, strzelała do ciebie, zawiodła cię na kraniec! - ryknął Wollandus.
- Stary, jakbym wymienił wszystkich, co do mnie strzelali, to by ci tu czasu nie starczyło. A ilu chciało zabić! No, to tego już się nie da policzyć… Ale wiesz, nie uważam, żeby to był powód aby kogokolwiek zostawiać na pewną śmierć, jak mogę tego kogoś uratować. - nie ma co, mam gadane.
- Trudno. - syknął, zbliżając szpadę do mojej krtani - Suka… zdradziła… zgi…
Nie skończył. Sprawnym kopem lewej nogi wysłałem szpadę w powietrze. A ta zrobiła jeszcze taki myk, że wbiła się w sufit.
- Jeden zero dla mnie. - uśmiechnąłem się.
- Ty… - wysapał, nie będę tego ukrywał, zdumiony Hrabia. Ale na tym nie poprzestałem. Kop z drugiej nogi, wprost w jego pierś, powalił go na ziemię.
- Dwa zero dla mnie. - krzyknąłem - Nigdy nie sądziłem, że będę walczył z takim słabeuszem.
Wollandus leżał rozłożony na ziemi, ciężko zipiąć. Cholera, jeszcze nie widziałem, żeby ktoś tak szybko… Nie to musi być podpucha…
I była.
Nagle Wollandus zaczął śmiać się śmiechem szaleńca. Coraz głośniejszym.
- KWIKS! - przerwał niespodziewanie. Zza kontuaru wyskoczyło jakieś dziwne, czarne zwierze.
Chyba go znacie. To jest właśnie kwiks. - Wollandusowi powracała jakby pewność siebie - Jedyny przykład mojej magii, który działa w tym i w waszym świecie… Bo reszta może działać tylko tam…
Przełknąłem ślinę. W kwiksie ciężko było cokolwiek wyodrębnić, oprócz potężnych kłów wystających ni to z głowy, ni to z łap.
- Kwiks, szatkuj! - ryknął Wollandus i wpadł w szalony śmiech.
Kwiks jakby się zjeżył, jakby wystawił kły, jakby przygotował się do skoku na nas… Ale nie skoczył. Pomału odwrócił kły w kierunku Wollandusa. Ten urwał śmiech w połowie.
- Szatkuj… Powiedziałem szatkuj! - wykrztusił z siebie. Ale zaraz zamilkł. A następnie znów zaczął się trząść - Panie… Panie… Nie… nie… NIE! - krzyknął całkiem wyraźnie.
W tym samym momencie kwiks sprężył do skoku. Już wiedziałem, co się wydarzy…
Zwierze odbiło się od blatu, wylądowało na piersi Wollandusa i zaczęło…
Ale co zaczęło i jak to się skończyło dla Wollandusa - tego już nie ujrzałem. Pamiętam tylko, że błysnęło jasne światło i…

XI



To naprawdę jest koniec



Ale co zaczęło i jak to się skończyło dla Wollandusa - tego już nie ujrzałem. Pamiętam tylko, że błysnęło jasne światło i jak stałem w karczmie, tak zaraz stałem w grocie.
- O żesz. - wydałem z siebie krótki oddech - O żesz. - powtórzyłem.
Na plecach poczułem czyjś ruch. To Małgorzata budziła się. Pomału ułożyłem ją na zimnej, kamienistej podłodze.
Otworzyła oczy. Popatrzyła na mnie uważnie… I ja na nią. Coś się w niej zmieniło. To już na pewno nie była ta osoba, co wcześniej.
- Adam. - powiedziała słabym głosem - Co…
- Spokojnie, spokojnie. - uciszyłem ją - Mieliśmy tylko pogadankę z twoim "szefem"… Ale ty byłaś nieprzytom…
- Nie byłam. - przerwała mi - Wszystko pamiętam… To był jakiś urok…
Wstała. Ja też.
- Jak… mi… zimnoo… - wyrzuciła z siebie, zakładając ręce na nagie piersi.
- Jaskinie tak już mają, że są zi… - nagle coś mi spadło na głowę. Kamyczek ze stropu - Co jest… - podniosłem głowę do… Auuuuu… Drugi… Trzeci… Coraz większe…
- Adam, co się dzieje. - pisnęła Małgorzata, jednocześnie próbując osłonić głowę przed coraz większym deszczem kamieni.
- Nic. Tylko jaskinia łaskawie zaczyna się walić nam na głowę. - przełknąłem ślinę - Musimy stąd spadać! - szarpnąłem dziewczynę do biegu.
Na ile śliskie kamienie pozwalały, biegliśmy po nich jak najszybciej. Z każdą sekundą jaskinia coraz bardziej zapadała się.
W korytarzu pełnym różnych nacieków musieliśmy zwolnić. Ale na szczęście tuż za nim, jakby to się wszystko od tamtego czasu jakoś skróciło, błysnęły tak znajome czerwone światełka…
- KOM! - krzyknąłem.
- Adam, kuźwa, żyjesz! - takiego słowa to jeszcze w jego wykonaniu nie słyszałem.
- KOM… - dobiegliśmy Poloneza - Nie przeklinaj! - skarciłem go - I ja też się cieszę, że cię widzę. - dodałem, wsiadając do środka. Małgorzata także wsiadła. Coraz większe kamienie spadały nad dach pojazdu.
- Tarcza na 200% i wynosimy się stąd. - wrzuciłem wsteczny. Polonez zaczął jechać z coraz większą prędkością.
- Adaś, będą problemy. - miłym, dawno nie widzianym zielonym światłem zabłysnął modulator - Wlot już się zasklepił.
Zahamowałem.
- Inny wyjazd? - zapytałem.
- Brak. - odpowiedział komputer.
- A jakbym się rozpędził to przebijemy to? - w tym momencie coś naprawdę wielkiego łupnęło w tarczę.
- Nie ma szans. Na dole wlotu są już ponad 4 metry ziemi. Jedyne słabsze miejsce jest w górze… Jedyny metr…
Na ręcznym obróciłem poloneza o 180O.
- I niestety, tego właśnie się spodziewałem. - bąknął KOM - Dla jasności: tarcza z przodu na 500%.
- Adam, co zamierzasz? - niepewnie zapytała Małgorzata, widząc jak wycofuję do miejsca, z którego ruszaliśmy. Chodnika, którym przyszliśmy, już nie było.
- Po prostu przebijemy się. - wrzuciłem jedynkę - Trzymajcie się mocno! - krzyknąłem i wcisnąłem gaz do dechy. Licznik KOM-a skoczył do 100.
Z ciągle wzrastającą prędkością nacieraliśmy na wał ziemi przed nami. Za nami jaskinia znikała na dobre.
- Adam… - pisnęła Małgorzata, widząc że ściana jest coraz bliżej..
10 metrów… 9 metrów… 8 metrów… 7… 6…
Wcisnąłem guzik SKOCZEK. KOM natychmiast uniósł się w powietrze.
- AAAAAA… - ryknęła Małgorzata, widząc jak nacieramy na ścianę, następnie się w nią wbijamy,… to trochę się dało odczuć… wywalając dziurę na zewnątrz, gdzie przywitało nas gwiaździste niebo oraz twarde, asfaltowe boisko, na którym z hukiem wylądowaliśmy.
- Co… co… co… - Małgorzata dyszała, niedowierzając temu, czego przed chwilą była świadkiem.
Ja bez słowa wysiadłem z pojazdu. Dziura wybita przez KOM-a zasklepiła się.
- Stary, jesteś cały. - zapytałem pojazdu
- Stary, ja jestem twardy, nie miętki, mnie nie tak łatwo usz… - spod jego podwozia sypnął się snop iskier - No, czasami się uszkadzam… - dodał, nieco zbity z tropu - Przednie dysze skoczka szlag trafił…
- Naprawimy to. - poklepałem go po dachu - Nic, trza to wszystko wyjaśnić… - wsiadłem ponownie do środka. Małgorzata nadal drżała.
- To kto zaczyna… - mruknąłem, opierając rękę o kierownicę - Ja czy ty?
- Może ja? - niespodziewanie wtrącił się KOM - Co tam u diaska robiliście, czemu Małgorzata jest naga i co znaczy…
- KOM, zamknij się. - warknąłem - Dobra, to ja powiem, co mam powiedzieć… Wygląda, że się od tego typa uwolniłaś… Raczej ten kwiks go załatwił… Ale pozostaje kwestia bajzlu jaki wasze magiczne harce wywołały w tym świecie.
Milczała.
- Jak wytłumaczyć śmierć pierwszej asystentki, tę kraksę na rynku Jordanowa… - spojrzałem na nią głęboko.
Ona tylko pokręciła głową, że nie wie… Jaka… Jaka bezsilność biła z jej twarzy, brak pewności siebie… Zagubienie w tym świecie… Oraz… Ale nie wiem, czy dobrze to odczytałem: żal nad tym, co się stało…
- Może w drodze coś wymyślimy. - odpaliłem silnik i ruszyłem.
- Dlaczego mnie uratowałeś? - zapytała Małgorzata, kiedy przejeżdżaliśmy koło rozwalonej bramy.
- A miałaś zginąć? - prychnąłem - Wiesz, wychodzę z założenia, że każdy ma prawo do życia i o tym nie może decydować inny człowiek… Lub jakaś mętna istota.
- Nie rozumiem…
- Mamy tyle życia, ile nam zapisano. I ani grama więcej. Ale w tym czasie mamy tak działać, aby się nie mieć czego później wstydzić.
Spojrzała na mnie dziwnie.
- Teologię skończyłeś? - zapytała.
- Nie. Kiedyś doszedłem do takiego wniosku… Podczas pogawędki z KOM-em - uśmiechnąłem się - Ale na serio, ty jeszcze musisz mieć czas, aby naprawić to, co narobiłaś… Bo narobiłaś wiele. Wybacz, że mówię ostro, ale mówię, jak jest. Tu nie ma szans na happy end, na cud. Jesteś tylko ty i twoja wola zmiany… Bo wiesz, jak to mawiają: ludzi się tylko po tym ocenia, jak wychodzą z błędów.
Milczała. Przygryzała wargi.
- Dlaczego go zniszczyłeś? - zapytała, kiedy mijaliśmy Zieloną Willę.
- Co? - byłem trochę nieprzytomny.
- No skarb… Przecież mogłeś dzięki niemu pokonać nie tylko mnie, ale mojego pana i resztę…
- Wyobraź sobie świat bez zła. - przerwałem jej.
- No… Chyba dla ciebie… Marzenie…
Zaśmiałem się pochmurnie.
- Raz: zasada kontrastu. Aby coś móc dopatrzyć, musi być coś przeciwnego dla niego… Jeżeli nie byłoby zła, nikt by nie umiał dostrzec dobra… A dwa: co ja i KOM byśmy robili?
- Święta racja. - zapulsował modulator - Oj, Adaś, nie chcę nic mówić, ale…
Właśnie zajechaliśmy w okolice przyczepy Małgorzaty. Policja już tam była. Po technikach doszedłem do wniosku, że musieli odnaleźć ciało.
- Pewnie ludzie z pobliskich domów wezwali ich, widząc, jak wchodzę do przyczepy. - mruknąłem - To co robimy? - spojrzałem na Małgorzatę. Drżała jak liść nie wietrze.
- Teraz… to… ja… robię. - powiedziała, szczękając. Przyłożyła rękę do klamki drzwi.
Sł- uchaj, mogę pogadać z Januszem… Może jakoś…
- Nie. - przerwała mi - Dobrze to powiedziałeś, mam jeszcze życie, żeby naprawić ten bajzel. - otworzyła drzwi - I nikt mi w tym już nie może pomóc. Tylko ja… - wysiadła.
- Jesteś pewna?
- Tak… - wątpliwość - Tak! - to już była pewność.
- Jak tak mówisz. - nie protestowałem.
- Tak… Tak mówię… - pokiwała głową - Adam, dziękuję za ratunek… I tobie KOM też… - poklepała samochód po dachu. I po prostu odeszła.
- Co ją czeka? - zapytał KOM, kiedy Małgorzata podeszła do policjantów.
- Podejrzewam, że więzienie. Raczej jej winy nie udowodnią… - w tym momencie ją zakuto - …ale parę lat za współudział dostanie… A może nawet zawiasy… - została zaprowadzona do radiowozu.
- Adaś, jak to jest. Jedni ludzie potrafią wybrać dobrze, mieć w życiu cel, czyli przyjaźń z zielonym Polonezem, a inni na starcie potrafią je sobie… - i tu, aby nie przeklinać, KOM na jednym z ekranów wyświetlił obrazek człowieczka siedzącego na toalecie.
- Bo to jest właśnie urok wyboru, stary. - włączyłem silnik - Urok wyboru…
- Dobra, podejrzewam, że nie będziesz chciał mi dzisiaj opowiedzieć tego, jakie orgie w tej jaskini wyprawialiście, ale pozwól, że chociaż zawiozę cię do domu. Sam. - zaproponował komputer.
- Jak tak mówisz. - przełączyłem go w tryb AUTO PILOTA. Pojazd pomału ruszył.
Już po wszystkim. Ale po jakim wszystkim, co to było w ogóle… Nie, jeszcze długo będę szukał jakiegoś znaczenia w tym wszystkim, jakiegoś znakufajkajkiajihjkzzzzzzzzzzzzz……………

EPILOG



- Adaś…
- Co je…
- Adaś.
- Śpiee…
- Adam, nogi ci ucięli.
Zerwałem się jak poparzony. Nie, nogi na szczęście miałem całe…
- KOM… - warknąłem. I w tym momencie zdałem sobie sprawę, że coś jest nie tak… Siedzę na stołku w garażu… Koło mnie jest KOM… Zaś na ziemi leży jakaś książka, która ewidentnie spadła ze mnie, jak się obudziłem… - KOM, jak mnie przełożyłeś na ten stołek…
- Adam, co ty bredzisz? - Polonez zamrugał skanerem - Przecież ty sam siadłeś na to, proszę ja ciebie, krzesło, by, proszę ja ciebie, książkę poczytać, a potem, proszę ja ciebie do kwadratu, kimnąłeś sobie w najlepsze…
Przetarłem oczy… Coś mi tu nie grało…
- KOM, przecież ty mnie wiozłeś spod przyczepy Małgorzaty, a ja usnąłem…
- Adam, co ty, łaskawie, chrzanisz. - przerwał mi pojazd - Jaka przyczepa? Jaka Małgorzata?
- No, asystentka Świętej Pamięci profesora Zgrzybskiego… Ta, co miała trupa w szafie i rąbniętego czarnoksiężnika za pana.
- Stary, gdybym cię nie znał, to bym powiedział, żeś się naszprycował jakimiś prochami. Ale cię znam i z przykrością muszę stwierdzić, że po prostu zapadasz na jakąś chorobę psychiczną, zapewne związaną z tym, że wciąż jesteś prawiczkiem i twoje żądze nie mają…
Przestałem słuchać jego paplaniny i schyliłem się po książkę… "Mistrz i Małgorzata"… Tak, pamięć mi wraca… Wieczorem chciałem sobie poczytać… Ale byłem zmęczony… I usnąłem… I miałem ten sen…
- …tak więc to raczej to, jestem tego pewien, więc stary, póki jeszcze możesz, zapisz mi połowę majątku, a potem się tobą…
- KOM, nie wariuję. - przerwałem mu - Po prostu miałem bardzo… trójwymiarowy… sen. - określiłem to.
- A ja tam chociaż byłem? - głosem niewiniątka zapytał KOM.
- A mogłoby być inaczej. - stwierdziłem
- No, czyli wszystko na swoim miejscu. - KOM szybciej zamrugał skanerem - Tak wracając do mojego wywodu, to…
Ja go nie słuchałem. Tylko z uśmieszkiem patrzyłem się na książkę.
Jak jawa (tj. profesor i jego asystentka, którzy rzeczywiście coś pracowali przy dworku) zlała się z książką oraz moim dotychczasowymi przygodami… No, dawno czegoś takiego nie miałem… Naprawdę…
Zamknąłem książkę. Jutro dokończę.
Wstałem.
- Dobra KOM, teraz idę spać. - ruszyłem do drzwi - Miłych snów.
- Ale wiesz, że ja nie potrafię śnić.
- To sobie odtwórz jakieś nasze przygody w chaotycznej kolejności… Sny właśnie na tym polegają. - zgasiłem światło i ruszyłem pomału schodami w górę.
Tak, to był sen… Na szczęście sen.
- Jeszcze wiele razy się spotkamy.
Zatrzymałem się. Co to był za szept?…

KONIEC



 
Ostatnia modyfikacja: Pik
Dodał: TS89 Komentarze (4) Ocena: 10/10


. . Copyright (C) 2004 - 2012 by Pik
Regulamin   Kontakt