Wróć do serwisu FAQ Download Edytuj profil w serwisie Księga gości International guests

Strona główna forum Szukaj Użytkownicy Zaloguj

FAQStrona g3򶭡 forum SzukajSzukaj UżytkownicyUżytkownicy ZalogujZaloguj

 

Poprzedni temat :: Następny temat
PIK SAM W KANCELARII...
Autor Wiadomość

TS89 



Dołączył: 09 Sty 2006
Skąd: Jordanów-Chrobacze

Wysłany: 23-12-2010, 17:32 PIK SAM W KANCELARII...


PROLOG


Nie od dziś wiadomo, że premier Pik lubił się czasami wyciszyć. Kiedyś – od tego całego zamieszania z serwisem, banowania co bardziej kozakujących użytkowników czy zachodzenia w głowę nad tym, że kolejna fala ludzi ciągle pyta się o drugi sezon Knight Rider: The Series (a jak wiadomo jego produkcji by się nawet TVP nie podjęła). Dziś zaś wyciszenie bywało od takich rzeczy, jak rządzenia Wspólnotą Nieustraszoną, od tych ciągłych zamieszań w rządzie (notabene utworzonego z dawnych użytkowników serwisu KR.PL) czy walki z jakimiś tam kryzysami – mniejszymi, bądź większymi, a w sumie to takim jednym, ale z nim to raczej już wszystko jasne.
Najczęściej takie wyciszenie wyglądało w następujący sposób: kiedy wybuchała kolejna mniej interesująca dyskusja (np. możliwość wyhodowania tarantuli w brzuchu po spałaszowaniu banana czy jakość toalet w różnych miejscach) lub gdy wybuchała Fenix (a co się kończyło zwykle artystyczną mazią „made in Brutalek” na głowie Frosta), Pik cichaczem opuszczał salę posiedzeń rządu, wchodził na główny korytarz kancelarii, potem schodkami do góry, aż w końcu stawał przed rzeźbą niejakiego „zasępionego i zsępionego posła Polskiego – A.D. 2010”. Kiedyś to była chimera, zakupiona od niejakiego Albusa D. (dziwnie przeźroczysty był w czasie transakcji), ale kiedy tylko Pik przyniósł ją do kancelarii, to wszyscy zgodnie doszukali się w niej analogii do dawnych posłów i nazwali ją, jak nazwali. Stanęła ona na najwyższym piętrze kancelarii, jednocześnie ukrywając za sobą tajemne przejście na pewien stryszek. Premier o tym wszystkim bardzo dobrze wiedział, ale z nikim się tą wiedzą nie dzielił – musiał mieć wszak gdzie się odprężyć.
Akurat dziś – na bliżej nieokreślony dzień przed Świętami Bożego Narodzenia – Pik także udał się do swojej „samotni”. Akurat w sali posiedzeń w najlepsze trwała firmowa impreza przedświąteczna, taki raczej jej środek, bliżej ku końcowi. Pik w większości spełnił swoje obowiązki gospodarza i teraz chciał sobie trochę złapać świeżości. Szczególnie przed najbliższymi, bardzo męczącymi dniami… Ale o tym później…
Samotnia Pika mieściła się pod samym dachem. Był to niewielki pokoik, ocieplony, wybity boazerią, z oknem dachowym wychodzącym na Stolicę. Pomimo tego, że akurat ta zima była fest mroźna i śnieżna, okienko było nie przysypane (to wszystko dzięki sprytnemu urządzeniu, które Pik, z pomocą poradnika „Jak zostać MacGyverem w 7 minut”, sobie założył – otóż ze starej, rozbitej furgonetki THE F-TEAM wyciągnął silnik do wycieraczek, podpiął do tego wycieraczkę od Stara, założył nad oknem, dołożył czujnik opadu śniegu – i tak powstało może nie Chocapic, ale naprawdę zgrabne urządzenie do czyszczenia okienka).
Pik rozwiązał swój służbowy, czerwony krawat, marynarkę cisnął na krzesło, sam zaś padł na leżankę stojącą na środku. Przymknął oczy… Odpoczywał…
Na początku odgłosy dochodzące z dołu – najnowszy mix eNeRa, ministra muzyki i nie tylko - trochę zakłócały mu spokój, ale po chwili stały się integralną częścią ciszy pomieszczenia i premier przestał zwracać na nie większą uwagę… Odpoczywał…
Przez jego głowę, niemalże z prędkością startującego w wyścigu Dakar ślimaka na wstecznym, z dziurawym tylnymi kołem, płynęły różne myśli… Podpisać pakiet ustaw reformujących pakiety ustaw… Podlać paprotki… Zamieścić wywiad z prezydentem Davidem… O, to już zrobiłem lata temu… No to chociaż wziąć go w końcu wysłać do jubileuszowej, 200 edycji „Tańca z Gwiazdami”, niech ją w końcu wygra… Obniżyć VAT do minus 10%… Spakować się do wyjazdu…
- Oż ty… - premier otworzył oczy. Właśnie w tym momencie zdał sobie sprawę, że nie zrobił tej ważniej rzeczy – nie spakował się do jutrzejszego wyjazdu. I teraz nadszedł moment, by wyjawić tę informację – otóż cały rząd, z dniem jak najbardziej jutrzejszym, wybierał się na wspólną wycieczkę do Czarnobyla. Oczywiście, były obiekcje, że to może być trochę niebezpieczne i podobne temu, ale w końcu skoro zostało otwarte do zwiedzenia… to chyba można się przejechać, nie?
- Jeszcze spakować, jeszcze spakować… - nieprzytomnie mruczał Pik, podnosząc się na łożu – E, zrobię później. – machnął ręką i padł na łóżko.
Po chwili spał snem sprawiedliwego (no i prawego) największego premiera w dziejach Wspólnoty Nieustraszonej…
W tym samym czasie dwie Na Pewno Dwie Niecne Postacie stały (jedna to się raczej ślizgała na swych odnóżach) i łapczywie wpatrywały się w gmach kancelarii…


PIK SAM W KANCELARII…

CZYLI ŚWIĘTA Z „KALAMBUREM…”

CZĘŚĆ PIERWSZA


- Czy to aby na pewno dobry pomysł jechać tym na Ukrainę?
Rider, minister sztuki rysowanej i medycyny, z dezaprobatą wpatrywał się w pokaźny furgon stojący na podjeździe do kancelarii.
- Nie przesadzaj. W MPK i PKP, nie mówiąc o busach, bywało gorzej. - Frost, właściciel owego wozu, natychmiast wyraził swoje zdanie – A tu masz klimatyzację. – wskazał na niewielki wiatraczek stojący koło kierownicy.
Rider tylko z dezaprobatą pokręcił głową.
Wtenczas nadszedł kakgonzalez, pochylony nad naprawdę grubą książką o wielce zachęcającym tytule: „MATURA – CZYLI BYĆ, ALBO NIE BYĆ…”
- „Litwo, Ojczyzno ty moja, ty jesteś jak zdrowie… - mruczał pod nosem - zdrowie… zdrowie… szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie, jako smakujesz… - kaka zawiesił się, zaś jego wzrok padł na Ridera - …jako smakujesz, jak się z doktorem Domem skumplujesz!” – dokończył, uśmiechnięty od ucha do ucha – No, to Mickiewicz powtórzony…
- A „Dziady”? – spytał się Rider, nadal krzywo spoglądając na nowy furgon Frosta.
kaka lekko się oburzył.
- Ej, słuchaj, nie przesadzaj. Ja nie oceniam jak ty chodzisz ubrany, to indywidualna sprawa każdego, każdy jest stylistą sam dla siebie…
- Nie zgodziłbym się. – niespodziewanie skądś wyskoczył naprawdę dziwnie ubrany typ, zupełnie jak jakiś pajacyk, w okularkach i bródce – Aby dobrze się we współczesnym świecie odnaleźć, trzeba się ubierać według dyktand… - wtem za furgonem przeszło seidem zakonnic. „Pajacyk” zauważył je – Mój Boże, jaki brak stylu, tylko czerń. Muszę im pokazać świat mody. – i już go nie było.
- Zaprawdę nadal nie rozumiem, czemu w tym świecie całkiem znienacka potrafią się pojawić bohaterowie nijak nie pasujący do tej historii. – zauważył Rider.
- Taka już zasada, prawie że naukowa, niemalże podobna do drugiej zasady dynamiki Newtona, która brzmi… - i kaka z prędkością karabinu wymienił drugą zasadę, potem pierwszą, trzecią, pół wzorów na prędkość, spory kawał tablicy przedrostków, stałą Plancka…
Rider westchnął. „No tak, maturzyści już tak mają niestety…” pomyślał. Wtenczas z kancelarii wyszedł spory tłum osób – a ściślej prawie cała Rada Ministrów. Wszyscy pomału schodzili w dół, po schodkach, rozmawiając w najlepsze.
- Frost, proszę ja ciebie, przemyśl to jeszcze raz. Oni naprawdę nie wejdę do tego furgonu! – syknął Rider.
- Wejdą. Zobaczysz. – Frost przetarł lusterko szmatką.
- Kaka, co ty na to? – Rider szukał wsparcia w ministrze Nowej Gwardii.
- W obecnym stanie skupienia ten furgon faktycznie nie jest w stanie przyjąć takiej ilości osób. Czyli jest on roztworem… - kaka płynnie przeszedł do chemii - …nasyconym. Jednakowoż gdyby zmienić odległości pomiędzy atomami, można byłoby rozszerzyć przestrzeń…
Rider wykonał tylko tradycyjny facepalm.
- To co panowie, jedziemy? – hardo zapytała się Fenix The Best, minister sprawiedliwości. Tłum właśnie doszedł do furgonu.
- Tak jest! – Frost uśmiechnął się szeroko, jednocześnie zginając się w głębokim ukłonie (ale żeby nie było, to kątem oka śledził poczynania Brutalka, feniksa Fenix. Ten na szczęście spał sobie spokojnie na ramieniu Fen. Jednak Frost wiedział że licho w fakcie nie śpi, a ponownie zostać słupem do wieszania nawozu – to mu się nie widziało).
- Ferajna, wsiadamy. – zaordynowała Fen. Frost z radością odsunął boczne drzwi – Damy zapraszam do przodu. – dodał, wskazując na szeroką kanapę koło kierowcy.
- Widzicie, a wy pojedziecie z tyłu. – Fenix uśmiechnęła się szyderczo do tzw. brzydszej płci – Dziewczyny, na pokład! – rozkazała.
Ona, tamersa (razem ze swoim Robocikiem), LenN, Sarah_G., vento i Astrotrain wygodnie usadowiły się z przodu.
- A reszta niech się ciśnie z tyłu. – westchnął Rider.
- Wcale nie! – zakrzyknął kaka – Właśnie oszacowałem, że jeżeli zagramy dwadzieścia kolejek w Twistera i zostaniemy w takiej pozycji, jaka nam wyjdzie, to zmieścimy się wszyscy!
Rider tylko pokręcił głową.
- Wsiadać, wsiadać, bo czas ucieka. – ponaglił ich Frost. Zaczęli się ubijać w tylnej części furgonu.
Ostatni wchodził eNeR. Już miał wejść do środka, gdy nagle zdał sobie z czegoś sprawę:
- Zaraz, o czymś zapomnieliśmy. – zatrzymał się.
- A o czym? – stęknął kaka, gdzieś spomiędzy pleców samuraja22, a głowy el_comendanta.
- O czymś bardzo ważnym. – eNeR spojrzał na gmach kancelarii.
- O wyłączeniu żelazka? – spytał Rider, wciśnięty gdzieś ponad Sebem.
- Nie, to zbyt banalne. – eNeR pokręcił głową.
- O zakręceniu gazu? – stłumionym głosem stęknął Draco.
- O to już się car Dymitrij Władimirowicz postara. – odpowiedział eN, nadal zafrasowany.
- To może wylogować się z facebooka? – zauważyła Fenix.
- Od kiedy KR.PL zostało najważniejszym serwisem społecznościowym w tej części Wszechświata, nie logowałem się na fejsa. – eNeR podrapał się po głowie.
- A może po prostu zapomnieliście o wysłaniu smsa do Wielkiej Kumulacji! – ponad nimi rozległ się głos Kumpla Prowadzącego.
- Ach ta komercja… - eNeR z dezaprobatą pokręcił głową – Dobrze, to pewnie nic ważnego. – machnął ręką i wbił się do furgonu, gdzieś w okolice dużego palca u stopy Flying Anvila. Frost zasunął drzwi, obiegł wóz, wskoczył na miejsce kierowcy, zapuścił motor. I już gnał po drodze, w kierunku jak najbardziej wschodnim, z zabójczą prędkością niemalże 40 km/h.
W tym samym czasie Dwie Niecne Postacie, już wcześniej wspomniane, tylko zatarły ręce (jedna swoje macki). Widziały odjazd furgonu. Wiedziały, że już wkrótce będą mogły zrealizować swój niecny plan. Że nikogo w kancelarii nie będzie…
Ale… czy na pewno?

***

Pik obudził się.
- No to idziemy się spakować. – wystękał, rozespany. Wstał, przeciągnął się, zrobił kilka przysiadów, potem pompek…
Kiedy w końcu skończył program porannych ćwiczeń „Być jak Mariusz P.”, zszedł na dół, na korytarz koło chimery. I wtedy dopiero coś zauważył…
Coś, co mu dało do myślenia…
Coś, co niemalże wywróciło jego świat, hierarchię myśli, ład w półce z skarpetkami…
Wszak zapomniał zasłać łóżka!
Z lekka się wystraszył, zwłaszcza że niejaka SuperNiania, podrygująca w rytm jakiejś muzyki, pogroziła mu karnym jeżykiem. Tak więc Pik wrócił szybko do swej samotni, łóżko jak przystało na gospodarza przysłał… i wtedy zauważył kolejną rzecz. Zdecydowanie ważniejszą, niż nie zasłane łóżko, brudne zęby czy niespanie do drugiej w nocy… Auuu, Nianiu… Tylko… Auuu… Czemu jeżyk… Auuu… Dorosły… Auuu… Jestem… Że dzieci… Auuu… Deprawuję… Nianiu, nie!…
Wracając zaś do Pika – nasz premier zauważył, że za oknem dachowym jest… dzień… Tak oceniając po wysokości słońca, ilości samochodów na drodze i nosie pana Mietka z kamienicy z drugiej strony ulicy – gdzieś południe… A Pik… przecież miał się obudzić w nocy, a nie…
Premier, znany z tego, że lubił wszystko sprawdzić dokładnie, ponownie zbiegł na dół. Przebiegł korytarz, potem klatką na niższe piętra, do sali posiedzeń rządu…
Pusto…
Korytarz z gabinetami ministrów…
Pusto…
Czat…
Tylko KR_BOT się smętne pałętał… A tak pusto…
Budka z kebabami znajomego Turka…
Pusta…
No nikogo nie ma!
Pik stanął na środku głównego hollu kancelarii. Pogrzebał w kieszeni swoich spodni i wyciągnął komórkę. Zegarek wskazywał 11:12.
- Oż ty… - mruknął premier. Szybko wybrał numer do eNeRa. Ale zamiast sygnału łączeniu, usłyszał kobiecy głos:
- Z powodu mrozów, silnych opadów śniegu oraz tego, że zima w tym roku zamiast drogowców, zaskoczyła telekomunikację, na czas świąt sieć zostaje wyłączona. Wesołych Świąt.
- To się nie powinno w tym kraju zdarzyć! – huknął Pik. Wszak nie po to budował wraz z innymi nowy, wspaniały świat, by było jak dawniej.
- Ale się zdarzyło, słonko. Zostaliśmy tylko ja i ty. I pomimo tego, że jestem tylko nagraniem, to chciałabym z tobą teraz sobie pogadać, by się nie czuć tak samotną w te święta. To co?
Pik poczuł się zmieszany, ale nie wstrząśnięty.
- No nie wiem… Nie znam pani, pani też nie zna mnie…
- Jestem głosem nagranym jeszcze na kasetę magnetofonową. Więc słyszałam wiele. Ale to jedno ci… - i w tym momencie w głośniku zapadła cisza.
- Co jest. – mruknął Pik. Spojrzał na telefon – Ano bateria padła. – westchnął i włożył aparat do kieszeni – No cóż, mam nadzieje, że ten głos znajdzie kogoś do pogadania. No nie chciałbym, żeby był sam w te święta. Jeszcze się zawiesi i będzie nieszczęście. – westchnął. Ale zaraz przestał o nim myśleć, a zaczął analizować swoje położenie – Nikogo nie ma w kancelarii… Pewnie pojechali już do Czarnobyla… Nie mam jak się z nimi skontaktować… Trudno, jakoś przeżyję… Czyli jednym słowem zostałem sam w kancelarii…
I na te słowa zstąpiło na premiera oświecenie (niektórzy historycy uważają, że to było jednak spięcie i żyrandol sam zaczął się w tym momencie święcić, a potem może nawet palić, ale ja wolę przyjąć wersję, że to było oświecenie – w końcu było to tuż przed Świętami, wiecie, magia tych świąt i takie inne).
A wracając do oświecenia – premier w końcu był sam w kancelarii! Po raz pierwszy od naprawdę długiego czasu!
- Czyli mogę w końcu robić wszystko. – Pik delikatnie uśmiechnął się – Mogę biegać po całej kancelarii, zjeżdżać po balustradach, skakać po pufach… Odrzucić cały protokół, w tym nawet ten html! – ucieszył się – Przestać być premierem… A znów się poczuć… sobą. – zrzucił marynarkę – Czyli jednym słowem mieć takie wolne, jakiego jeszcze nie miałem! – zakrzyknął. I jak uskrzydlony pędem ruszył w głąb kancelarii, z pieśnią na ustach i zdjęciem na fotoradarze, którego minął ukrytego gdzieś za wielką palmą koło fontanny…
W tym samym czasie Dwie Niecne Postacie nadal stały w oddaleniu, nadal przyglądały się kancelarii (jedna swoim jednym, ale podwójnym ślepiem)… I wyczekiwały tego odpowiedniego momentu…

***

Furgon Frosta swoim tempem podążał w stronę granicy z Ukrainą.
Kierowca wozu, nawet uśmiechnięty i zadowolony z życia (pomimo tego, że Brutalek siedział naprawdę niebezpiecznie blisko), z wyczuciem prowadził wóz. Obok niego, równie uśmiechnięte, siedziały panie minister i w najlepsze rozmawiały na… no wiecie… tematy dla nich w sam raz. Brutalek, jak już było wspomniane, albo nie, drzemał sobie spokojnie, a Robocik tami ćwiczył z wiatraczkiem od klimatyzatora kroki quickstepa (bo tu trzeba zaznaczyć, że on, w odróżnieniu od prezydenta, przyjął zaproszenie do „Tańca…” i teraz intensywnie trenował).
Mniej do śmiechu było panom z tyłu. Słusznie Rider mówił, że będzie ciasno. Ale cóż – już jechali. I ciężko byłoby takową sytuację zmienić.
- No naprawdę o czymś zapomnieliśmy… - eNeR od Warszawy próbował aktywizować swoją pamięć. Na próżno.
- Spokojnie, przypomnisz sobie. – skomentowała tami – A ja bym zaproponowała, byśmy coś razem zaśpiewali! Tak podróż upłynie weselej!
Przez furgon przeleciał pomruk dezaprobaty.
- To może ktoś jeden, na ochotnika by coś zaśpiewał? – zaproponowała Astro, minister fan-artów, nie przerywając malowania swojego nowego arcydzieła, „Damy Bonnie z silniczkiem KITTa”.
- Dobry pomysł. – ideę podchwyciła LeNa, minister wychowania we Wspólnocie – Ja proponuję eNeRa, bo on jest taki spięty jakby…
- Świetnie. – przytaknęła Fen – Co ty na to eNcio?
- No nie wiem. – mruknął minister, za bardzo nie kontent z tego pomysłu. Ale było za późno. Cały furgon zaczął skandować: „eNeR, eNeR!”. Pod taką silą argument minister musiał się zgodzić.
- To co chcecie? – zapytał. Ale zanim zdążył coś powiedzieć, wśród skotłowanych ministrów zmaterializował się postawny jegomość, w okularach. Stłoczeni tylko jęknęli.
- Witam państwa we świątecznym odcinku „Szansy nie tylko dla szympansa, ale dla człowieka też”. – przywitał się w swoim zwyczaju flegmatycznie – Dziś będziemy wykonywać standardy świąteczne… Naszym pierwszym uczestnikiem będzie eNeR!… Witaj, na początek możesz nam powiedzieć, skąd przyjechałeś?
eNeR, akurat zakneblowany pomiędzy butem kaki, a chustką od nosa Seba wystękał:
- Z… Warszawy Wesołej…
- I co w tej Warszawie Wesołej robisz? – postawny jegomość widać nic sobie nie robił ani ze swojej tuszy, ani ze stłoczonych ludzi.
- Obecnie w Warszawie pracuję. To ustawę poprawię, to projekt wniosę. – uczciwie wyjaśnił eN.
- A masz jakieś zainteresowania poza pracą?
- No… Miksuję trochę… Nawet bardzo…
- I jak, ciasta dobre wychodzą? – facet spytał się z lekko ironicznym uśmieszkiem.
- Nie, raczej muzykę miksuję. Znane standardy… Trochę popu, trochę muzyki klubowej… Czasem nawet Lady Gagę…
- Kogo? – zdziwił się postawny prowadzący.
- No… Lady Gaga… Taka piosenkarka…
Facet przez chwile milczał.
- Nie znam, nie słyszałem. – pokręcił głową – Pora wybrać ci piosenkę. – okręcił się za siebie, tam gdzie Rider i Flying niemalże tworzyli razem „o” wokół nadal czytającego książkę kaki. Rękę wsadził do kieszeni ministra awiacji, pogrzebał i wyciągnął jakiś numerek.
- 623. – odczytał.
- Ej, to mój numerek do szatni! – krzyknął minister.
- Teraz to numer piosenki. – zawyrokował mężczyzna – Kto ma 623? – zapytał się stłoczonych.
Z cichym, elektronicznym piskiem z przodu odezwał się Robocik.
- I jaki to utwór? – spytał się ów człowiek (po angielskiemu próbując to zapisać - „man”).
- 10001011101000010101010101001011110000011010011110000110100101010101010010 – odpowiedział Robocik (to znaczy on umiał mówić normalnie, ale akurat dziś chciał odezwać się w swoim języku ojczystym, a co, w Święta każdy przemawia językiem najbliższym sobie).
- Świetnie, Piosenkę o smutnym programiście w święta. – wesoło ocenił facet – Taśma profesjonalna, amatorska czy prawdy? – zwrócił się do eNeRa.
- A będę mógł chociaż wiedzieć, jaka tam jest melodia? – z błaganiem mruknął eN.
W tym momencie błysnęło i koło potężnego pana pojawił się drugi, znacznie szczuplejszy.
- eNer, ile nutek? – zapytał.
- Eeee… - eNeRa nieco zaskoczyła jego obecność tutaj.
- Proszę mi wybaczyć, ale on teraz bierze udział w moim programie. – powoli stwierdził ów grubszy „man”.
- Ale przy moim współpracował. I nawet o nim wspomniał… Zaraz, jak to leciało…
I nastąpił trzeci błysk, i pojawił się kolejny typ, tym razem dosyć chudy facet, ewidentnie taki leszcz.
- Jesteś aby tego pewny? – zapytał.
- No… chyba… tak. – pan „jaka to melodia” lekko się zmieszał – Tak to leciało! – krzyknął.
Huknęła jakaś melodia. Dach furgonu zapalił się na zielono.
Prowadzący, jak jeden mąż ucieszyli się, skoczyli sobie w objęcia, ale niestety, największy z nich miał największą masę, tamtych dwóch zdecydowanie pchnął do przodu i cała trójka wypadła na drogę, przez tylne, niedomknięte drzwi. Natychmiast do furgonu wpadł mocny podmuch wiatru, wywołujący zawieje i zamiecie…
- Ta panie narrator, tak się to tłumaczą dozorcy, jak nie odśnieżą! Zamykaj pan te drzwi! – krzyknął Rider, nieco zły, gdyż trochę błota z drogi chlapnęło mu na twarz.
W tym momencie w opowieści pojawiła się do tej pory niewidzialna ręka narratora, która sprawnie zamknęła drzwi.
- To co teraz robimy? – zapytała LeNa – Może zagramy w butelkę?
- Nie ma miejsce. – stłumionym głosem odpowiedział któryś z ministrów.
- To może partia w Monopolistyczny Eurobiznes? – zaproponowała Astro.
W furgonie zapadła ciężka cisza. Wszystko to za sprawą niemiłego wspomnienia, jakie to nawiedziło ministrów. Dotyczyło ono tego, że miesiąc temu wyzwali na pojedynek w Monopolistyczny Eurobiznes „Lubostroń Team” – niepokonanych od wielu lat mistrzów tejże gry w Wspólnocie Nieustraszonej. Najkrócej rzecz ujmując – mistrzowie mistrzami zostali, a ministrowie mało co długo publicznego nie wywołali (zapożyczają się, oczywiście do dalszej gry, w Skarbie Państwa). Na szczęście premier skończył grę odpowiednim momencie…
- No naprawdę o czymś zapomnieliśmy… - eNeR znów podrapał się po głowie.
…ratując finanse publiczne, a co za tym idzie i sytuację gospodarczą jednej ósmej Wszechświata. Oczywiście nie było to łatwe, Pik musiał się wiele natłumaczyć…
- No na serio czegoś zapomnieliśmy. – eN nadal zachodził w głowę.
…że cztery hotele na niebieskiej ulicy to niezbyt dobry interes, że karta wyjścia z więzienia tym bardziej, a kupno Krakowskiego Przedmieścia to niechybny początek bankructwa. Grający jednak tak łatwo nie chcieli dać się przekonać premierowi…
- Ej, rząd, rozkmina czego mogliśmy zapomnieć! – eNeR rzucił niemal polecenie służbowe.
…że najpierw chcieli posadzić go do więzienia (na szczęście wyrzucił dwie identyczne kostki i zaraz wyszedł), potem cały czas chuchali, by wszedł na ulice grantowe i zbankrutował (jeden z graczy postawił tam hotele), a na koniec to chcieli przywalić mu dziesięciokrotnym podatkiem od dochodu. Na szczęście Pik…
- Mogliśmy zapomnieć wszystkiego, a nawet Nitschego. – wtrącił kaka.
…okazał się takim strategiem, że w dwa obejścia planszy wykosił wszystkich z rządu i sam się zaraz wycofał, dzięki czemu uchronił Skarb Państwa… No, wiadomo przed czym.
- eNeR, a mi się wydaje, że wszystko wzięliśmy. – Fenix odwróciła się w jego stronę.
- Tak myślisz?
- No ba. Lepiej weź, ciesz się widokami, pejzażami…
- Jak tak mówisz. – westchnął eNeR i zaczął się wpatrywać w plecy Seba, dostrzegając w nich mijane zaśnieżone pola, lasy, góry, jeziora i hipermarkety…
Ech, tu narrator się męczy, drogę wskazuję, a nikt nawet tego nie zauważa. Niewdzięczni. Za karę przeskakuję do kolejnej sceny…

***

…w której to znów jesteśmy w kancelarii, a ściślej pod nią.
Budynek jak budynek – duży, wysoki. Na jego szczycie skocznia mamucia (obecnie przebrana za wielką choinkę). Ogólny wyraz artystyczny – ujdzie w tłumie. Grunt, że stoi, taka wielka, taka spokojna, taka…
Głośne „łupp” zatrzęsło całą kancelarią. Szyby w oknach zadrżały, śnieg z dachu spadł, a transporet AM, obudzony na szczycie skoczni, jak nie siadł na belce, jak nie ruszył, jak nie wyszedł w powietrze. I poleciał chłopina, w stronę Wisły, gniazda swego rodowego, by tam święta spędzić.
Wracając do huku w kancelarii – jego źródło znajdowało się w samym centrum głównego holu. Tam, za barykadą złożoną z czerwonych kanap, skrył się Pik. W rękach trzymał detonator, od którego kabel prowadził wielkiego leju na środku posadzki. Rzecz jasna jeszcze go przed chwilą nie było, był za to kabel podłączony do lasek dynamitu, a wśród nich ostatnie na świecie wydanie „Knight Rider 2010”. Pik postanowił, że w końcu pozbędzie tego… tego… tego czegoś, co „to nawet koło KR nie stało”. Tak by potomnym prawdziwego obrazu Knight Ridera nie zasłaniało…
Kiedy tylko Pik uporał się z tym zadaniem, przeszedł do kolejnych, zapisanych na długiej liście. A każde jedno przyjemniejsze od drugiego.
Wymienię tylko kilka, nie wszystkie. Bo to ani forum, ani tym bardziej czasu by nie starczyło (po szczegóły odsyłam do lektury dokumentów z Wikileaks – coś tam się powinno znaleźć).
Tak więc Pik w końcu spełnił swe największe marzenie – móc zagrać ten słynny drugi koncert f-moll Chopina, zwący się „Etiudą Nieustraszoną”… Czy czymś w tym stylu… Został odnaleziony niedawno, w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej (nie wiedzieć czemu, ktoś go wsadził do działu fantazji bachowskich na temat „Airwolfa”). Oczywiście, musiał trafić do Warszawy, do muzeum, by jednocześnie udowodnić, że KR ma zdecydowanie polskie korzenie.
Tak więc Pik zasiadł za fortepianem, fantazyjnie zaczesane włosy zarzucił na bok i zaczął grać. A ile razy tylko uderzał w klawisze, ile razy tylko przerzucał kolejne strony utworu, tyle razy cała kancelaria żyła, śpiewała wraz z nim, była w euforii, stanie takiego uniesienia, że…
I w tym momencie płyta na której był utwór nagrany się zacięła. Pik westchnął, radio wyłączył, fantazyjną perukę z głowy zrzucił i zaczął realizować kolejne marzenia…
Jednym z nich było w końcu spokojne przespacerowanie się po galerii obrazów Astro. Od dawna się do tego zabierał, jednak nawał pracy z rządzeniem, potem jazda z kryzysem i znów rządzenie zabierały mu każdą wolną chwilę.
- Ten obraz jest wyrazem tęsknoty KITTa do swego naturalistycznego imperializmu strukturalnego. – poważnie ocenił Pik, spoglądając na jeden z obrazów. Końcówki długiego szalika, grubo owiniętego wokół jego szyi, włóczyły się po ziemi – Tu zaś mamy dysonans poznawczy Michaela próbującego kolokwialnie przekminić, jaka jest istota życia. Świadczy o tym ta pewna kreska oraz niepewna pewność. – ocenił kolejny obraz – A tu zaś mamy alegoryczne przedstawienie zła KARRa, nie mogącego uwolnić się przez pokłady swego dobra. – wydał kolejną opinię.
I tak jeszcze przez godzinę…
Potem przyszła pora na gotowanie. W końcu Pik mógł do woli szaleć po kancelaryjnej kuchni, mieszać co popadnie z czym popadło, tworząc coraz abstrakcyjne i rewolucyjne (dla żołądka deregulacyjne) potrawy, które niejaki Pascal, pałętający się tam bez celu, skwitował: „Mondie!”.
Pik także – to powaga – zgłosił się do „You mam tapl modela!”. Tak, tak. Stanął przed wysokim jury… Rzecz jasna, sam musiał się wcielić w jego rolę… Ale takie są uroki bycia samemu w kancelarii…
Pik-uczestnik postanowił udowodnić, że w 2 minuty potrafi wymienić z pamięci wszystkich Transformersów, dodatkowo jeżdżąc na monocyklu i śpiewając „Hooked on a feeling”. Oto, jakie były reakcje jury:
Pik-Kuba: „Neil Armstrong zmienił moje pojęcie lekkości, Jola Rutowicz zmieniła mojego pojęcie wiedzy, a ty zmieniłeś moje pojęcie pasji połączonej z nadmiarem wolnego czasu. Rób tak dalej! I na pewno nie zgłaszaj się do naszego programu!”
Pik-Gosia (ale jeśli chodzi o charakter, no): „Oglądając twój występ wszystkie moje atomy drżały w rytm melodii, skandując: jeszcze, jeszcze… Jeszcze chwila, a nam elektrony odpadną!”
Pik-Augustin: „Jesteś wyjątkowy, jednak jedynie mogę dać ci bilet do Piastowa.”
Pik-Dżoana (no charakter, no): „Ty być emejzing! Ja chcieć widzieć cię na tapl strit in Niu Jork! Ty masz dżołk jaki mało!”
Niestety, Pik-uczestnik nie uzyskał większości głosów, nie przeszedł dalej. I musiał niestety odejść z programu… Który, nie wiedzieć czemu, potem tak jakoś nagle znikł z anteny…
I było znaczenie więcej tych wydarzeń, więcej niż Wikipedia ma haseł. A jeżeli ktoś je zna… może się z nami podzieli?

***

Furgon Frosta zajechał pod bramę wjazdową na teren muzeum w Czarnobylu.
- Ferajna, jesteśmy. – zakrzyknął, otwierając – Wysiadać.
Drzwi z boku rozsunęły się i ekipa wylała się na zewnątrz – najpierw panowie, będący naprawdę dziwnie wymięci, ale jeszcze bardziej spakowani (możecie wierzyć, albo nie, ale Rider ważył po tej jeździe tylko jakieś 1 MB, a kaka to jeszcze mniej, bo 700 KB), potem panie, dystyngowanie i godnie.
- Na folderze wyglądało to jakoś ładniej. – oceniła Fenix, patrząc się na równinę, na której końcu majaczyły jakieś wysokie budynki. Brutalek zaskrzeczał potwierdzając.
- Fen, nie narzekaj, nie weszliśmy jeszcze. – Frost uśmiechnął się szeroko – Teraz tylko znaleźć kogoś, kto nas tam wpuści…
W tym samym momencie z drugiej strony nadjechało czarne BWM. Zatrzymało się niedaleko od furgonu. Wysiadło z niego dwóch postawnych i łysych jegomościów, ubranych w skórzane kurtki.
- Ej, to wy, towariszcze, być turysty z Polszy? – zapytał jeden z nich.
- A, to pewnie przewodnicy. – Frost uradował się – Witam, witam. Haraszo, to my!
- Coś mi się wydaje, że to nie są tacy zwykli przewodnicy. – Rider, jako osoba dosyć obyta ze ścianą wschodnia, podejrzewał, kim oni mogą być.
- Zdrastwujcie! – krzyknął uradowany łysy – Eto podróż jako?
- Spasiba. Po amerykaniecku, all rajt! – Frost uścisnął dłoń owego „przewodnika”.
- Ha, ha, ha. – zaśmiali się dwaj Ukraińcy – Kesz mieć?
- Jaki kesz? – Frosta to zaskoczyło.
- Polaczki, wyście eto zadatek zpłacijli. Teraz reszta dopłacić musicie, 200 tysięcy ojro, haraszo? – nadal się uśmiechając, łysy uchylił kurtkę. Koło paska, w kaburze, miał wpięty pistolet.
- Ein moment, bitte. – Frost przełknął ślinę i szybko udał się na naradę do swojej ekipy. To chciał wykorzystać Karol, który próbował łysym zadać jakieś pytanie, ciągle mówiąc, że mają już dwie utracone szanse i jeżeli chcą grać, to muszą dobrze odpowiedzieć, ale oni powiedzieli, że to właśnie on stracił trzecią szansę na jedną możliwą – i już go nie było.
Wracając do narady rządu:
- O jakim on zadatku gada! Przecież w ofercie pisało, że to cała kwota za wycieczkę! – oburzyła się Fenix.
- Właśnie nie wiem. – Frost wzruszył ramionami – To co robimy?
- Ja bym radził stąd jak najszybciej się zmywać. – zasugerował Rider – Raz, ci goście naprawdę mi się nie podobają. A dwa, moje skarpetki podejrzanie świecą. – podniósł nogę do góry. Rzeczywiście, kawałek czarnej skarpetki był rozjarzony słabym, zielonym światłem.
- Nie przesadzaj. Wszystkim świecą, nie ma co się przejmować. A ci dwaj może jak Slavek i Slavko nie wyglądają, ale bije od nich… taki wewnętrzny spokój. – zauważył kaka. W tym samym momencie jeden z łysych wyciągnął z BMW bejsbola.
- Ta, miłośnicy futbolu inaczej. – Rider pokręcił głową.
- Polaczki, i co? Macie kasę? – głośno zapytał jeden z łysych. Drugi właśnie polerował swój kij.
- No nie mamy. W umowie pisało, że nie trzeba będzie nic więcej wpłacać. – Frost wrócił do negocjacji.
- Polaczki, Polaczki, a maczkiem wy czytać umiu? – z politowaniem spytał Ukrainiec.
- Ale tam nie było żadnego maczku, w tej umowie! – wzburzyła się tamersa. Robocik potwierdził skinieniem swej główki, jednocześnie tworząc wirtualną projekcje owego dokumentu. Jednak coś mu się tam zacięło i zamiast stron umowy, pojawiać się zaczęły kolejne strony jakiegoś kolorowego czasopisma, na łamach którego było pełno jednostek centralnych bez obudowy. Tamersa, jak to zobaczyła, jak się zaczerwieniła – Ty… jak… możesz… PLAYRAM… - i jak go pięścią okładać nie zaczęła, jak nie sierpowe zadawać, to nawet znany Tomek, z okolic Żywca, ten co tak lubi okładać innych, uznał, że on by takiej serii nie przetrwał.
Mniejsza z tym – ważniejsze, co się działo na linii: łysi panowie – rząd.
- Polaczki, maczek był minus 2, Times. Widzieć musieliście. Płacicie? – to już łysy pan powiedział mniej mile.
- No nie jesteśmy przygotowania na taką kwotę, naprawdę… - bąknął Rider.
- My panom dziękujemy. Ferajna, wracamy! – rozkazała Fenix.
- Kak, kak Laszka… - ostro warknął łysy pan – Nie ma: wracamy. Płacicie i wchodzicie! – drugi z panów niebezpiecznie zaczął walić pałką o dłoń.
- Czy tylko mi się wydaje, ale czy przypadkiem nie wpadliśmy? – syknął Rider.
- Przesadzasz. To tylko lekkie problemy natury… cywilno-prawnej. – bąknął Frost – Ale panowie… - ponownie zwrócił się do łysych panów – My naprawdę nie mamy pieniędzy przy sobie…
- A tosz to nie problem, Polaki. – łysy pan otaksował wzrokiem nowy furgon Frosta – To auto i jesteśmy kwita.
- Co??? – oburzył się Frost – O nie, nie dam! Pół roku na niego odkładałem, nie dam… myyyy! – wydał z siebie zduszony, gdyż Fenix (która też zrozumiała, co tu się dzieje) rozkazała, by Brutalek uciszył go w odpowiedni sposób (wiecie niestety jaki). Sama zaś weszła do dyskusji:
- Oczywiście, wóz jest wasz. – uśmiechnęła się niepewnie, jednocześnie mrucząc do Frosta – Kupię ci dwa nowe, tylko jakoś musimy się od nich uwolnić. – zaś głośno dodała – Haraszo?
- Haraszo, Laszka, haraszo. – łysy uśmiechnął dwu a nawet trzy znacznie – To co, wchodzicie?
- Panowie, naprawdę, mamy mało czasu, jeśli chcemy na pociąg zdążyć, jeszcze przed Wigilią być w Warszawie, to musimy już iść… - Fenix chciała jak najszybciej wycofać rząd do zdecydowanej opozycji.
- Wchodzicie. – niemalże krzyknął łysy pan. Fen nerwowo przełknęła ślinę. Robiło się coraz gorzej…
- Panowie, proszę. Macie samochód… - poprosiła Fen.
- Ech… - łysy pokręcił głową – Misza, dawaj Kota, inaczej gadać trza.
Typ nazwany Miszą bejsbola odłożył na bok, samochód obszedł, bagażnik otworzył i kogoś z niego wyciągnął. Kiedy wrócił do ministrów, prowadził jakiegoś z twarzy znanego typa, obciętego na taki hełmofon.
- Tomek, dajesz. – negocjator zwrócił się do nowoprzybyłego. Ten tak popatrzył spod swojej grzywki i zaczął pomału odliczać:
- Adin… Zloty Internet… Dwa… Z telefonum…
Powieki zaczęły pomału ciążyć prawie wszystkim ministrom…
- Tri… Majcie oczy na elektrownie…
Ministrowie, jakby zahipnotyzowani, ruszyli w stronę wejścia na teren muzeum… Ale był jeden wyjątek – eNeR.
- Ej, co ty robisz. – próbował złapać Fenix. Ta szła jednak jak jakieś zombie – Stójcie! – próbował zatrzymać Seba i Flying Anvila - nie dało to żadnych rezultatów – Nie wiem, co im zrobiłeś, ale ze mną tego nie zrobisz! Wyrwę ich z twojego transu! – krzyknął na odliczającego faceta. Ten na chwilę przestał odliczać. Podrapał się po głowie, zrobił minę, jakby na coś wpadł, wyciągnął stół mikserksi, palec prawej ręki wystrzelił w górę, z głośników huknęła muzyka, a on zaczął śpiewać w szybko:
- Adin zloty Internet, dwa z telefonum, tri… majcie oczy na te-telebimkach…
W tym momencie i eNeR wpadł dziwny trans. Jak bezwiedne zombie ruszył za resztą, w takt utworu wykonywanego przez typa… Jednocześnie przy wejściu umowę podpisując, na telefon stacjonarny, Internet… I jeszcze o zwrot Madagaskaru Ukrainie… Czy jakoś tak…

***

Pik zmęczony padł na wygodny fotel.
- Nigdy nie sądziłem, że sprawianie sobie frajdy może tak człowieka wymęczyć. – westchnął, wciskając guzik na oparciu. Ruchome zawieszenie, na środku którego stał fotel, a które było zamontowane w specjalnej Sali „Muzeum Knight Ridera” (dział: KR: TS, pełnowymiarowa replika KITT-CAVE), pomału odwróciło się, ustawiając się na wprost wielkiego ekranu.
- No to pora się dowiedzieć, co tam w mediach w świecie i nie tylko słychać. – mruknął. Wyciągnął pilot i włączył telewizję, na pierwszym kanale z brzegu. Akurat zaczynały się wiadomości: zielono-czerwona tablica, na pewno wykonana w Gimpie, ozdobiona mało treściwym napisem „Oj tam oj tam” poinformowała premiera, że trafił na kanał „OJTIWI”.
- Witamy państwa w specjalnym, świątecznym wydaniu naszego programu. – po planszy pojawiło się studio, a w nim, za niewielkim, brązowym stolikiem siedziało dwóch okularników – Redaktor Baran. – przedstawił się ten siedzący po prawej jak się patrzy z perspektywy ekranu, ciemny blondyn.
- I redaktor Skupień. – dodał drugi, brunet… Dziwnie premierowi pewnego Skrybę przypominający… - A w programie.
W tym momencie poleciały zajawki tego, co będzie w serwisie. Towarzyszył im komentarz redaktorów z offu:
- Apel karpi do Amnesty International o uznanie jako więźniów wanny i ofiar tradycji… Dziennikarz śledczy, Halo Halo Franku na tropie zaginionej ciężarówki Coca-Coli… Część misyjna programu, czyli okołoświąteczna lekcja matematyki… Oraz, na sam koniec, prawdziwa bomba…
I znów obraz przedstawiał studio:
- Zaczynamy od dramatycznego apelu karpi do Amnesty International. – zaczął redaktor Baran, ten o zdecydowanej lepszej prezencji telewizyjnej - Wczoraj Międzynarodowa Banda Stresowanych Karpi, w skrócie MBS Karpi, wystosowała odpowiednie pismo do odpowiedniego sekretariatu.
- Jak nam powiedział Karp Jan… - teraz mówić, a raczej seplenić począł redaktor Skupień - …rzecznik prasowy MBS Karpi, w te święta żadne represyjne noże nie tkną już żadnego karpia.
Na ekranie pojawiła się przebitka z karpiem, który niemo poruszał ustami.
- W rzeczy samej, panie redaktorze. – ponownie przy głosie był redaktor Baran – Karpie już dosyć głów potraciły, martwiąc się, co będą robić w święta i dlaczego to będzie miało swe miejsce w żołądkach ludzi.
- Zgadzam się w stu jeden procentach! – ochoczo zaseplenił redaktor Skupień – Jak nieoficjalnie się mówi podobny apel chcą wystosować też Jajka Wielkanocne i Indyki Dziękczynne. Wszystko jednak zależy od decyzji odnośnie karpi…
- Oj tam oj tam. – westchnął Pik, przerzucając na inny kanał.
Przez chwilę Pik miał problemy z odszyfrowaniem, jaki to jest program. Na początku wydawało mu się, że jest to jakiś film archiwalny dotyczący życia posłów i ich obyczajów w Sejmie na początku XX. wieku. Potem jednak zdał sobie sprawę, że jest to archiwalna Szopka Noworoczna… Czyli w sumie na jedno wychodziło…
Przedstawiała ona ni to salę tronową, ni to jakiś pałac. Na wysokim tronie siedział odziany w purpurę Król, z sumiastym wąsem. Obok niego stał taki lekko ryżawy typek, w śmiesznej, peruwiańskiej czapeczce.
- Powiedz mi, waść kanclerzu herr Donaldzie… - król zwrócił się do owego ryżawego typa - …azaliż co się z tą koleją stało?
Typ nazwany herr Donaldem nerwowo nogą zaczął szurać.
- Królu Bronisławie I… - przemówił – Nic strasznego, tylko lekkie opóźnienia mają.
- Ależ kanclerzu, jak tak można, azaliż ludzie na świętą chcą jechać, bliskich odwiedzić…
- Azaliż królu to moja wina, że tam nic nasze nie jest? Że wszystko, królu, sprywatyzowane? Że nikt nie wie, kto jest za co ważny?
- Ja cię nie winię, kanclerzu. Ależ widzisz sam dobrze – winnego znaleźć trzeba! I dać go gawiedzi, niech igrzyska mają!
- Królu, póki co trzeci konkurs mamy, nie igrzyska, ani nawet nie mistrzostwa… Ale królu, winnego szukałem. – kanclerz w pierś swą uderzyć się raczył – I znaleźć go zdołałem!
- Azaliż kto to? – król uśmiechnął się.
- Azaliż najpierw myślałem, że to książę Jarosław Sprawiedliwy znów konfabulować raczy. Ale później wykryłem, że to u nas, w naszym dworze złego trzeba szukać. Najpierw myśleć raczyłem, że to grabarz królewski, za całą infrastrukturę odpowiedzialny, winien. Ale z nim porozmawiać raczyłem. I on wyjaśnić mi zdołał, że to jego asystent, za kolej odpowiedzialny, winien.
- I co? – król był już cały w skowronkach.
- Wyrzucić poleciłem!
- By żyło się lepiej! – zakrzyknął król, z tronu swego powstając.
- Wszystkim. – dodał kanclerz.
- A szczególnie nam. – chytrze uśmiechnął się król. Poczym obaj śmiechem wybuchnęli…
- Oj tam oj tam. – mruknął premier. Jakoś go to przedstawienie nie zafrasowało. Wrócił na kanał z wiadomościami.
- A teraz część misyjna naszego programu. – wyseplenił redaktor Skupień.
- Specjalnie dla maturzystów oraz studentów przygotowujących się do sesji z naprawdę wyższej matematyki i losowości. Przygotujcie coś do pisania… - Pik, z braku lepszego zajęcia wziął leżącą w pobliżu kartkę (ozdobioną serduszkiem i podpisem „Billy loves Zoe, Zoe not loves Billy”) – I zaczynamy! – redaktor Baran przyłożył dłoń do słuchawki w uchu –Michael, Jurgen, jak mnie słyszycie?
Na ekranie pojawiło się dwóch typków
- Wir słyszę cię gut, herr redaktor. – zaczął ten po lewej, jota w jotę podobny do redaktora Barana – Aus die under Gross-und-weiss-Ruczaj-immer-schnee-sprungschanze hercliż wilkomen Michael Sagen-Sager…
- …and Jurgen Vergissmeinnicht. – dodał drugi, bezokularnikowy brunet, jak nic nadający się na dyrektora artystycznego gal wszelakich maści – Aber today my komentatiren ski springen!
Pik podrapał się po głowie. Jakim cudem skoki narciarskie mogą mieć związek z wyższą matematyką? Nie mógł sobie tego wyjaśnić, ale oglądał dalej:
- Und wir haben first knight. – rzekł Jurgen. I rzeczywiście, pierwszy zawodnik, zwący się Sven Martin Ammamaman, zasiadł na belce – Und er ruszył! Er hat nich gut wiatr! – dodał. W tym momencie pojawił się wykres, przedstawiający przebieg wiatru: cały czas w plecy.
- Und er leci! Und krótko! – smutnie zakrzyknął Michael.
Zawodnik skoczył blisko, ale dostał wysokie noty. Tylko jak Pik zobaczył jego notę łączną, od razu zauważył, że coś jest nie tak.
- Zaraz, zaraz. – szybko sam ją sobie przeliczył – Chyba mu z pięć punktów odjęli, a nie powinni.
Spojrzał na dół ekranu. Tam faktycznie, było minus pięć.
- Zaraz, czemu. – Pik mruczał – Przy takim korytarzu wietrznym, przy tej belce, wartość A od B, pomnożona przez C, pierwiastkowana… - coś przeliczał. W między czasie skoczył kolejny zawodnik, Tomek Górecka-Synuś. Też blisko i też dostał ujemne punkty. Znaczne. Premierowi coś dalej nie pasowało. Zaczął więc różniczkować, przeprowadzać rachunek prawdopodobieństwa i nawet silnię liczyć.
Aż w końcu na belce pojawił się jakiś inny zawodnik, z mało znanym, wschodzącym nazwiskiem. Taka nowa, ale w sumie stara gwiazda. Na początku premier myślał, że on jest poza konkursem (bo przy jego nazwisku był dopisek: AUT), ale zaraz zrozumiał, że to narodowość. Premier kuknął na wykres wiatru. Miał wiatr, pod narty. Ruszył, skoczył, może nie tak daleko. Ale i tak… wygrał. I miał naprawdę dużo dodatkowych punktów.
- Ale jak to! – premierowi, dwukrotnie stosującemu twierdzenia Talesa, Pitagorasa i o gąbce na dnie zlewu, nadal wychodził inny wynik. Ale niestety, jako telewidz prawa głosu nie miał. Zawodnik wygrał, a potem się jeszcze po przyjacielsku z jakimś Hoffem przywitał (ale nijak premierowi nie przypominał on prezydenta).
I na tym relacja zakończyła się. Znów powróciło studio.
- Niestety, to jest już koniec programu. – smutno zaseplenił redaktor Skupień – Ale, jak obiecaliśmy, mamy na koniec bombę! – schylił się i wyciągnął zza biurka niewielkie pudełeczko, z cykającym zegarem na górze i znaczkiem promieniotwórczości poniżej – A teraz nasze żądania: wszystkie Telekamery, kilku Wiktorów. Do tego własny, publiczny kanał, własna, prywatna gazeta oraz morświna Boba na spółkę! – zagroził.
- Normalnie jakbym Skrybę słyszał. – Pik ziewnął.
- Ależ oczywiście, że redaktor Skryba… znaczy się Skupień żartował. Tak naprawdę to mamy wywiad! Specjalny, świąteczny, bardzo kontrowersyjny wywiad! Zapraszamy… Tomek… - redaktor Baran syknął do redaktora Skupnia – Oddawaj tę bombę!
Oni zniknęli, a pojawiły się za to dwa cienie. Jeden jakby człowieka, drugi… czegoś bliżej nieokreślonego. Oba miały czapki mikołaja na głowie.
- Witam państwa na świątecznej rozmowie z Dwoma Niecnymi Typami. – z offu rozległ się głos znanej Moniki O. – Co panowie planują na święta, Dwaj Niecni Typkowie?
- No, tradycyjnie. – odezwał się ten ludzki cień – Choinka, uszka… No i kancelarię premiera obrobić.
Pik, jak to usłyszał, zdębiał.
- Obrobić kancelarię? A nie boją się panowie wpadki, że ktoś panów złapie, że traficie do Lisiej Wody, może nawet na Teodora? – ostro zapytała owa Monika.
- Nie, Teodor nie straszny. – pustym głosem odpowiedział drugi, dziwny cień.
- Oj, nie straszny, droga pani redaktor. – tęsknie westchnął cień ludzki – A poza tym nie wpadniemy, w kancelarii nikogo nie ma!
Pik siedział i nie mógł uwierzyć w to, co słyszy!
- I co chcecie ukraść? – Monika zadawała bardzo konkretne pytania.
- To, co najważniejsze dla kancelarii! I całego państwa! To musi umrzeć! – wyrzucił z siebie nieludzki cień.
- Zgadzam się z nim z stu procentach. To, co chcemy ukraść, jest żywą, oddychającą obrazą dla mojego istnienia!
- I musi zginąć! – dorzucił drugi cień.
- Jak państwo słyszą, będzie ciekawie. Bardzo dziękuję za uwagę! – zakończyła Monika. Zaraz po tym coś tak jakby huknęło w TiWi, jakby jakiś grzyb wyrósł na ekranie, ale zaraz znikł.
W pomieszczeniu zrobiło się cicho.
A Pik siedział. I nadal ciężko oddychał…

***

- Jesteś dobrym człowiekiem, nie planujesz przejąć władzy nad żadnym mrowiskiem, ulem, państwem, kontynentem czy portalem społecznościowym. – Skryba, znany też jako Grafoman S., niedoszły dyktator Wspólnoty, siedział sobie gdzieś w tatrzańskim lesie, gdzieś pod Giewontem i zawzięcie powtarzał program resocjalizacyjny, jakiego nauczono go w Lisiej Wodzie. Przebywał właśnie na zwolnieniu warunkowym i szukał swego miejsca, by tam mógł nabrać siły, poprawić się, naprawić swój charakter, stać się lepszym człowiekiem, poznać dobro i zło oraz knuć nowy plan przejęcia władzy w kraju…
- Panie Narrator, wypraszam ja sobie! – warknął Skryba, z lekka oburzony.
Wypraszaj sobie, wypraszaj… Ale i tak wiem swoje…
Mniejsza z tym – ważne będzie teraz to, co się stanie. A stanie się wiele.
Skryba siedział, po dwudziesty raz powtarzając sobie kodeks karny, gdy nagle usłyszał nad swoją głową straszny pisk powietrza – jakby coś wielkiego, coś jak bomba, spadało z okolic szczytu Giewontu, prosto na niego. Ale nawet nie zdążył unieść głowy do góry, gdy nagle, gdzieś z boku, wyskoczył cały tabun Ratowników, z niejakim Bogusiem na czele. Jak się nie rzucili na Skrybę, jak go nie popchali do przodu. A to wszystko z pieśnią „Bo jo cie kochom” na ustach. I jak tylko go przysiedli, jak go nakryli, tak w miejsce, w którym on jeszcze przed chwilą siedział, coś uderzyło. Bardzo, ale to bardzo mocno uderzyło.
Ratownicy poderwali się i znów z pieśnią na ustach popędzili przed siebie, by znowu kogoś uratować, a jak nie, to się chociaż z kimś przespać. Jak to w serialu zwykli…
W tym samym czasie Skryba wygrzebał się z śnieżnej zaspy. Wypluł śnieg, z uszu trochę lodu wytrzepał, z nosa trochę firnu wydłubał. I zaczął przyglądać temu, co spadło i co, gdyby nie dzielni Ratownicy, pewnie by go załatwiło.
Otóż były to… szpilki. Które na pewno spadły z Giewontu.
- Kruca zeks. – tak trochę gwarnie wydał z siebie Skryba – Ach ta konkurencja stacji w górach. Mało co ludzie nie giną, nie mówić przy tym o szynszylach…
Czemu wspomniał o szynszylach? – niewiadomo. Wiadomo zaś, że w tym momencie jego zegarek (ale jeszcze przed chwilą go nie miał!) wydał taki oto dźwięk:
- Tu tu tu tuu tu. – który Skryba skwitował hasłem:
- Zordon dzwoni. – i jednocześnie wpadł w zadumę, skąd, do cholery, zna jakiegoś Zordona. Ale nie miał czasu tego wyjaśnić – zegarek błysnął. I po chwili w miejscu, gdzie stał Skryba, nie było już nikogo…

***

Pik stał na dachu kancelarii. Zimny wiat targał jego włosy.
- Nie dam. – krzyknął – Nie dam. – powtórzył – Nie dam nic ukraść z tej kancelarii!!! – krzyknął, zamachując dłonią, w której trzymał jeszcze pilot (zapomniał go dostawiać w sali). Na nieszczęście urządzenie wymsknęło się Pikowi i poleciało gdzieś w stronę komina, by tam przywalić takiemu jednemu grubemu i czerwonemu w głowę, tak, że zamiast mając opuścić się w dół szybu, poleciał nieprzytomny na łeb, na szyję, a w sumie to na sadzę.
- Nie dam! – premier jakoś nie zauważył tego wypadku – Bo nikt nie będzie zadzierał z legalną władzą w tym kraju! – zamachnął drugą ręką, w której miał długopis i który też wystrzelił, trafiając znów w głowę, ale tym razem jakiegoś Dziadka, bardzo Zmarzniętego. Ten zdołał tylko zakląć po radziecku i spaść z dachu, na który dopiero się wdrapał.
- Ten kraj zbudowany jest na uczciwości, porządku i „Nieustraszonym”! Każdy, kto będzie próbował to podważyć, poniesie karę! Tak rzekę ja, premier Pik!!! – to już Pik krzyknął na całe gardło. Chwilę później potężna, śnieżna kulka trafiła go w twarz. Wraz z nią dołu dobiegł okrzyk:
- A możesz być nawet Krzysztofem Ibiszem tylko daj spać!
Pik starł śnieg z twarzy.
- Nie ma co gadać, tylko brać się do roboty. – mruknął. I zaraz po tym opuścił dach…

C.D.N.Ż….

P.S.



_________________
 
 

Seb 
Tłumacz odcinków
Interista IFC



Dołączył: 14 Paź 2005
Skąd: Mikołów

Wysłany: 23-12-2010, 18:25 


Tomasz,jutro jestem po tego Kiciaka ;D
 
 

LeNa 


Dołączyła: 29 Sie 2010
Skąd: Warszawa

Wysłany: 23-12-2010, 19:30 


TS89 napisał/a
Z lekka się wystraszył, zwłaszcza że niejaka SuperNiania, podrygująca w rytm jakiejś muzyki, pogroziła mu karnym jeżykiem.


To mnie rozwaliło :) I nie tylko to. Gdybym tak miała wszystko cytować to co trzecie zdanie bym musiała zamieszczać :P Rewelacyjne :) To i tak za mało powiedziane. Masz talent Tomku :)
_________________
Nie pozwól aby strach przed działaniem wykluczył Cię z gry..
 
 
 

kakagonzalez 
Nowa Gwardia


Dołączył: 25 Lut 2009
Skąd: mogłem wiedzieć, że była niepełnoletnia?

Wysłany: 23-12-2010, 19:35 


Skrybo... mam nadzieję, że pomożesz Pikowi. A przy okazji i ministrom. ma również nadzieję, że i KOM się przypałęta.
Tak w ogóle: to co to za śnieżne spało nad efektem ocalenia świata z "KR 2010"?

I nie myśl, że będę aż tak kuł do matury (choć mam nadzieję, że będę);P Chemii nie piszę to raz, a po drugie to z Talesa, Pitagorasa i silni sposobów obliczania wiatru przez Hoffera o robota "Milan Tepes 1969" obliczyć się nie da. To algorytmy na liczbach urojonych są ;P

EDIT:
LeNa napisał/a
Gdybym tak miała wszystko cytować to co trzecie zdanie bym musiała zamieszczać :P Rewelacyjne :) To i tak za mało powiedziane. Masz talent Tomku :)

Bo z pracami Tomka jest jak z kultowymi filmami polskimi: żeby dać najlepsze teksty trzeba by wziąć cały scenariusz, na samym jego początku dać jeden wielki, a na końcu drugi wielki cudzysłów ;)

I jeszcze coś: motyw z "Tatkiem" miażdży xD
_________________

Homo sum; humani nil a me alienum puto.
Człowiekiem jestem; nic co ludzkie nie jest mi obce
 
 
 

Fenix The Best 
Moderatorka



Dołączyła: 09 Cze 2006
Skąd: SPARTAAAA!!!

Wysłany: 23-12-2010, 21:21 


TS89 napisał/a
kiedy wybuchała kolejna mniej interesująca dyskusja (np. możliwość wyhodowania tarantuli w brzuchu po spałaszowaniu banana czy jakość toalet w różnych miejscach) lub gdy wybuchała Fenix (a co się kończyło zwykle artystyczną mazią „made in Brutalek” na głowie Frosta),


Czemu wszystko co złe to od razu ja? :P


TS89 napisał/a
No to chociaż wziąć go w końcu wysłać do jubileuszowej, 200 edycji „Tańca z Gwiazdami”, niech ją w końcu wygra…


Moc. xD


Cytat
- Jeszcze spakować, jeszcze spakować… - nieprzytomnie mruczał Pik, podnosząc się na łożu – E, zrobię później. – machnął ręką i padł na łóżko.


Ja miałam to samo wczoraj. :/
A potem o 5 musiałam wstać by się spakowac. -_- A potem się okazało, że jeszcze godzinę siedziałam bez sensu w pociągu, bo sie inny z trasy spóźnił. :/


TS89 napisał/a
– Damy zapraszam do przodu. – dodał, wskazując na szeroką kanapę koło kierowcy.


Jaki zachłanny, wszystkie dziewczyny sobie zabrał. :lol:


TS89 napisał/a
- Czyli mogę w końcu robić wszystko. – Pik delikatnie uśmiechnął się – Mogę biegać po całej kancelarii, zjeżdżać po balustradach, skakać po pufach… Odrzucić cały protokół, w tym nawet ten html! – ucieszył się – Przestać być premierem… A znów się poczuć… sobą. – zrzucił marynarkę – Czyli jednym słowem mieć takie wolne, jakiego jeszcze nie miałem! – zakrzyknął. I jak uskrzydlony pędem ruszył w głąb kancelarii, z pieśnią na ustach i zdjęciem na fotoradarze, którego minął ukrytego gdzieś za wielką palmą koło fontanny…


Ach, jak te proste przyjemności dają najwięcej radości. :D


TS89 napisał/a
- Ten obraz jest wyrazem tęsknoty KITTa do swego naturalistycznego imperializmu strukturalnego. – poważnie ocenił Pik, spoglądając na jeden z obrazów. Końcówki długiego szalika, grubo owiniętego wokół jego szyi, włóczyły się po ziemi – Tu zaś mamy dysonans poznawczy Michaela próbującego kolokwialnie przekminić, jaka jest istota życia. Świadczy o tym ta pewna kreska oraz niepewna pewność. – ocenił kolejny obraz – A tu zaś mamy alegoryczne przedstawienie zła KARRa, nie mogącego uwolnić się przez pokłady swego dobra. – wydał kolejną opinię.


Nie no moc, Pik to prawdziwie artystyczna dusza! Ta głębia zrozumienia dla metafor i alegorii!

TS89 napisał/a
Dziadka, bardzo Zmarzniętego. Ten zdołał tylko zakląć po radziecku i spaść z dachu, na który dopiero się wdrapał.


Dziadek Frosta? :P


TS89 napisał/a
- A możesz być nawet Krzysztofem Ibiszem tylko daj spać!


"-Nie dam, nie dam!" xD


Fajną niespodziewajkę nam zrobiłeś Tomek, przeczytałam to jednym tchem. :D
Nie wiedziałam, że masz KITTa RC. :D
_________________


Nie jestem klockiem lego, nie muszę do niczego pasować.
 
 
 

kakagonzalez 
Nowa Gwardia


Dołączył: 25 Lut 2009
Skąd: mogłem wiedzieć, że była niepełnoletnia?

Wysłany: 23-12-2010, 21:40 


Fenix The Best napisał/a
Czemu wszystko co złe to od razu ja?


Bo to norma?


Fenix The Best napisał/a
Jaki zachłanny, wszystkie dziewczyny sobie zabrał.

Niech korzysta póki może.
A tego Twistera to z tych... kombinacji policzyłem i rachunku prawdopodobieństwa ;P

I czemu Rider ma taką fobię do matematyki i matur... czyżby amnestia nie objęła i zdawka w drugim terminie?
:P
_________________

Homo sum; humani nil a me alienum puto.
Człowiekiem jestem; nic co ludzkie nie jest mi obce
 
 
 

Rider 
Konserwator



Dołączył: 08 Lip 2006

Wysłany: 23-12-2010, 23:38 


TS89 napisał/a
Mało co ludzie nie giną, nie mówić przy tym o szynszylach…
Czemu wspomniał o szynszylach? – niewiadomo.


Pozdrowienia od mojego Puszka:



:P

kakagonzalez napisał/a
I czemu Rider ma taką fobię do matematyki i matur... czyżby amnestia nie objęła i zdawka w drugim terminie?


Nie pisałem matury z matmy :P .
_________________

Piszę poprawnie po polsku.
 
 

kakagonzalez 
Nowa Gwardia


Dołączył: 25 Lut 2009
Skąd: mogłem wiedzieć, że była niepełnoletnia?

Wysłany: 23-12-2010, 23:59 


Wiem, żeś nie pisał ;P
Human w nieobowiązkową majcę by się nie pchał ;P

A skąd masz tego zmyślnego szczura?
(wiem, wiem - szynszyla - słodziutka :D ) ;P
_________________

Homo sum; humani nil a me alienum puto.
Człowiekiem jestem; nic co ludzkie nie jest mi obce
 
 
 

Rider 
Konserwator



Dołączył: 08 Lip 2006

Wysłany: 24-12-2010, 00:04 


kakagonzalez napisał/a
A skąd masz tego zmyślnego szczura?



Kupiony jakieś 15 lat temu ;) .
_________________

Piszę poprawnie po polsku.
 
 

Mandrivnyk 


Dołączył: 08 Sty 2009

Wysłany: 24-12-2010, 01:08 


Rider napisał/a
Kupiony jakieś 15 lat temu

Wypychasz zwierzęta? :shock:
 
 

Rider 
Konserwator



Dołączył: 08 Lip 2006

Wysłany: 24-12-2010, 12:27 


FROST napisał/a
Wypychasz zwierzęta?


Żyje i ma się dobrze ;) .
_________________

Piszę poprawnie po polsku.
 
 

kakagonzalez 
Nowa Gwardia


Dołączył: 25 Lut 2009
Skąd: mogłem wiedzieć, że była niepełnoletnia?

Wysłany: 24-12-2010, 13:04 


Te słodziaki są takie długowieczne? :D

A... byłbym zapomniał, jako były zombie kakembi mam pytanko - dlaczego ja potrzebuję transu, hę ;P
_________________

Homo sum; humani nil a me alienum puto.
Człowiekiem jestem; nic co ludzkie nie jest mi obce
 
 
 

Rider 
Konserwator



Dołączył: 08 Lip 2006

Wysłany: 24-12-2010, 13:27 


kakagonzalez napisał/a
Te słodziaki są takie długowieczne?


Wikipedia napisał/a
W odróżnieniu od innych gryzoni zwierzęta te żyją dość długo - nawet do 20 lat.



Wikipedia napisał/a
Szynszyle trzymane w niewoli żyją zazwyczaj 15 lat, lecz znane są także przypadki, kiedy niektóre osobniki żyły 20 lat, a nawet i dłużej. W 2008 roku odnotowano, że najstarsza szynszyla na świecie ma 27 lat i mieszka na terytorium Wielkiej Brytanii


;) .
_________________

Piszę poprawnie po polsku.
 
 

TS89 



Dołączył: 09 Sty 2006
Skąd: Jordanów-Chrobacze

Wysłany: 31-12-2010, 10:02 


PREWIUSLI IN DE PIC ALOŁN… OR KALAMBOUR…

…cały rząd wybierał się na wspólną wycieczkę do Czarnobyla…
…Zaraz, o czymś zapomnieliśmy…
…premier w końcu był sam w kancelarii…
…Zaspaliśmy!…
…Eee, to chyba z „Kevina…” uciekło…
…Pik zasiadł za fortepianem, fantazyjnie zaczesane włosy zarzucił na bok…
…dodatkowo jeżdżąc na monocyklu i śpiewając „Hooked on a feeling”…
…Adin… Zloty Internet… Dwa… Z telefonum… Tri… Majcie oczy na elektrownie…
…By żyło się lepiej! – zakrzyknął król, z tronu swego powstając…
…To, co chcemy ukraść, jest żywą, oddychającą obrazą dla mojego istnienia!…
…I po chwili w miejscu, gdzie stał Skryba, nie było już nikogo…
…Ten kraj zbudowany jest na uczciwości, porządku i „Nieustraszonym”! Każdy, kto będzie próbował to podważyć, poniesie karę! Tak rzekę ja, premier Pik!!!…
…Nie ma co gadać, tylko brać się do roboty…


PIK SAM W KANCELARII…

CZYLI ŚWIĘTA… I W SUMIE NOWY ROK… Z „KALAMBUREM…”

CZĘŚĆ DRUGA, FINAŁOWA


- Para sznurówek… Jest… Krem samoopalający… Jest… Mały palnik acetylenowy… Jest… Zestaw małego wypadkowicza im. Kevina… Jest… Przerażające horrory drogowe z hrabią Leppulą… Były… Przerażające horrory kolejowe, seria „Grabarz PKP”… W trakcie produkcji… Usypiająca kołysanka króla Bronisława I, zwana orędziem… Dopiero będzie… Czytnik linii papilarnych, kodów kreskowych i kodów da Vinciego… Jest… Napój Gala Panoramixa… Ale głupi ci Rzymianie… Szynszyl… Jest… Szynszyle bobki… Wszędzie są… Szynszyli pył wulkaniczny do kąpieli… Przywieźć z Etny…
To nie była pani przeprowadzająca inwentaryzację w sklepie, ani tym bardziej pracownik Poczty Polskiej robiący spis z natury na poczcie… To był premier Pik, przeglądający asortyment dostępnej… broni.
A to było tak: premier po słynnym orędziu na dachu zszedł w głąb kancelarii, aby czym prędzej wcielać w życie plan obrony budynku przed Dwoma Niecnymi Typami, pod jakże kryptonomicznym kryptonimem: „Plan obrony budynku przed Dwoma Niecnymi Typami”. Zakładał on przygotowanie n-tej ilości pułapek, które w czasie t miały dać x do n tej wyników, co miało pomóc w utrzymaniu zbioru k (gdzie k=kancelaria) w stanie z-krotnej przewagi nad dwuelementowym zbiorem n (gdzie n=niecne typy dla każdego b większego lub równego zbiorowi rozwiązań nierówności podatkowych). Premier przeglądał właśnie, co miał na stanie i co mogłoby pomóc mu w obronie.
Niespodziewanie zegar zadzwonił. Była 22.
- To już wkrótce. – mruknął premier. Ale nie miał na myśli nadchodzącego, Nowego Roku (ten, 2011, miał nadejść równo o północy, właśnie dziś, teraz, a wiem, że dziwne, ale moi mili, akcja odcinka w dziwny sposób przeniosła się na Sylwestra). Miał na myśli nadchodzący czas ataku na kancelarię…
Też co innego na myśli miał dziwny typ, z długimi, białymi włosami, który przebiegł koło Pika, krzycząc:
- Marty, piorun zaraz uderzy!
Chwilę później, za tym cudacznie wyglądającym doktorkiem przejechał szary DeLorean. Huknęło, błysnęło i samochodu nie było.
Pik tylko wzruszył ramionami i wrócił do realizacji planu. W końcu nie miał za wiele czasu…

***

Zdecydowanie więcej czasu miała reszty Rady Ministrów. Tylko… raczej nie zdawała sobie z tego sprawy.
Cała ekipa, zahipnotyzowana przez takiego jednego Kota, na ślepo podążała w stronę budynków muzeum elektrowni. Nie odstraszało ich to, że skarpetki na ich nogach świeciły coraz bardziej intensywnie, że ilość cztero, pięcio, sześcio, a nawet jednolistnych koniczyn zjadających konie wzrastała niepokojąco, że było coraz więcej wielozębnych much, szponiastych biedronek i poborców podatków. Po prostu nie zdawali sobie z tego sprawy.
Wszystko zmieniło się, kiedy stanęli przy budce strażnika obiektu.
- Co się stało? – nieprzytomnie zapytała Fenix.
- Co my tu robimy? – konkretnie spytał się Rider.
- Co zrobić, żeby czat zaczął działać? – zapytał ktoś z tyłu.
- Kupi ktoś cegłę? – zapytał jakiś Typek z Ciemnej Bramy. Niestety, rząd zignorował tę ofertę kupna-dostania w głowę. A to wszystko za sprawą stróża, który wyszedł ze stróżówki i którego wygląd… wystraszył wszystkich.
Otóż był on cały… żółty: i żółta, łysa głowa, i żółty, wielgachny brzuch wypływający ze spodni. Miał przy tym bardzo tępy, amerykański wyraz twarz.
- D'oh! – zaklął po swojemu, widząc przybyłych - Polacy! Witajcie Azjaci! – popisał się wiedzą – Zapraszamy do zwiedzenia… Aha, i jeszcze latarkę wam dam, bo tam strasznie ciemno. – spod sterty śmieci wygrzebał świecący na zielono pręt, który na dodatek buczał.
- Na latarkę to mi nie wygląda. – eNeR przełknął ślinę. – Tylko raczej na pręt paliwowy…
Żółty typek jak to usłyszał, podrapał się po głowie, potem po brzuchu, beknął doniośle, przegryzł pączkiem… i jak nie wrzaśnie:
- D'oh! Parzy! – jak nie zacznie żonglować prętem, jak nie uciekanie gdzieś w siną dal, to ja nie jestem Narratorem opowieści.
Więc wyszło, że jestem, a poza tym wyszło też, że ekipa rządu została sama pod elektrownią.
- Dobra, koniec tej farsy. – westchnął eNeR – Pik, weź zadecyduj, co robimy.
Zapadła głucha cisza.
- No Pik, nie udawaj głuchego. Co robimy: zostajemy czy idziemy?
Nadal cisza. Aż…
- Ale Pika nie ma. – pisnęła jedna z pań minister.
- No… Jakoś nie widziałem go od Warszawy. – dodał kaka, podnosząc głowę znad grubej księgi.
- Nie ma, nie ma, nie ma go! – zaintonowało trzech rumuńskich tenorów.
- No to już wiesz eNciu kogo zapomnieliśmy. – powiedziała Fenix, głaszcząc Brutalka.
- Jak mogliśmy, jak mogliśmy… - eNeR kręcił głową – Przecież…
Ale nie skończył, gdyż tuż koło jego stopy śnieg wyleciał w powietrze (za sprawą pocisku wystrzelonego przez jednego z mafiosów).
- Polaki, wchodzicie czy mamy tam iść? – od bramy doszedł ich krzyk łysego pana.
I rząd, nie ukrywajmy, że pod presją musiał się ugiąć i wejść na teren muzeum…

***

Pułapki były przygotowane.
Ser znajdował się na swoim miejscu.
Pik kończył właśnie montowanie pierwszego pasa pułapek na myszy, mającego, w sposób ściśle prosty i ściśle slapstickowy powstrzymać pierwsze natarcie Dwóch Niecnych Typów.
Zegar ponownie huknął. Już było wpół do jedenastej.
Huknęło, błysnęło i koło premiera zmaterializował się latający DeLorean. Jego drzwi uniosły się do góry i z kabiny wychylił się taki nastolatek, ewidentnie z lat 80.
- Nie widział pan doktorka? – zapytał Pika. Ten zamyślił się:
- Hm, Dom coś tam przebąkiwał, że chce iść na emeryturę, ale to pewnie nie o niego chodzi… Aha! – Pik uderzył się w czoło – Tak, widziałem. Mówił, że wybiera się na Dziki Zachód, gdyż ma dość Cywilizowanego Wschodu, Zimnej Północy i Gorącego Południa.
- Dziękuję! – krzyknął młodzian i zamknął drzwi. Błysnęło, huknęło i samochodu nie było.
A Pik wrócił do zakładania kolejnych pułapek…

***

Rząd wszedł do wielkiego holu, mieszczącego się obok głównych budynków muzeum. Na jego środku stała… jabłoń, zaś gdzieś w oddali można było dostrzec, jak banda kobiet w zielonych uniformach ściga dwóch facetów, wrzeszcząc co chwilę, że zżarli ich święte jabłka. Wróćmy jednak do drzewka i reakcji rządu na nie.
- Jak swojsko. – stwierdził Frost.
- No, jakbym znowu był w naszej Wspólnocie. – westchnął Rider.
- Aż mnie wzięła ochota na upieczenie ciasta! – wesoło krzyknęła LeNa – Tym razem to będzie wielki jabłkowiec w kształcie SEMI!
Kaka podszedł bliżej drzewka.
- Malus domestica, drzewo owocowe, rodzaj z rodziny różowatych. – fachowo ocenił krzaczek – Na moje oko papierówka. – przyjrzał się owocom. Na widok ich soczystości aż się uśmiechnął, tak mu się spodobały. Owoc odwzajemnił uśmiech, wyszczerzając białe kły – To jabłko śmieje się do mnie! – z przerażeniem krzyknął minister do matury pochodzący (i nie tylko on, ale też sporo innych, jak np. pani minister Astrotrain… dlatego w tym miejscu Narrator życzy Wam powodzenia, o tak, i pragnie zacytować tu wielkiego klasyka, wieszcza prawie już narodowego, Adama z Wisły: „Że skakanie to pikuś przy maturze!” Powodzenia raz jeszcze… No, a wracając do akcji:
- To jabłko śmieje się do mnie i szczerzy kły! – kaka rozszerzył swoją myśl.
- E, wydaje ci się. – Fenix podeszła bliżej – Jabłka to nie czat, one nie są tak skompliko… - w tym momencie jabłko szczeknęło na panią minister – Masz rację, to jabłko jest groźne. Ferajna, wbijamy się dalej. Im szybciej skończymy to zwiedzać, tym szybciej wrócimy do Warszawy!
I jak zaordynowała pani minister – tak rada wykonała…

***

Zegar wybił jedenastą. Pik właśnie skończył zakładać ostatnią pułapkę – lepiec na muchy podłączony do elektrycznego pasterza, z funkcją strzyżenia owiec.
I znów koło premiera błysnęło, świsnęło i zmaterializowała się wielka lokomotywa.
- Marty?! – przez okienko wyjrzał doktorek, ale tak jakoś staromodnie ubrany.
- Nie, Marty poleciał doktora szukać. – uczciwie odpowiedział Pik – A tak swoją drogą to prosiłbym już o spokój, za chwilę będą tu się dziać ważne rzeczy, muszę się skupić!
- Dobrze, spokojnie, tylko muszę wrócić do przyszłości i już załatwię wszystko!… Einstein, gdzie się pchasz… - doktorek zwrócił się do czegoś w kabinie.
- To doktor był w przyszłości? I jak tam było? – zaciekawiony zapytał Pik.
- Straszne rzeczy, premierze. Wszędzie chodziły takie wielkie, metalowe roboty, z czerwonymi oczami i strzelały do ludzi.
Pikowi coś nie pasowało.
- Ale doktorze, doktorowi się chyba filmy pomyliły! To był „Terminator 2”! – wyjaśnił premier.
Doktor wyglądał na zaskoczonego.
- To ja nie jestem w „Titanicu”? – zapytał zaskoczony.
- Nie, doktor jest w „Kalamburze…” Aby dojechać do „Titanica” doktor musi wrócić się do „Ojca chrzestnego”, potem przeskoczyć do „Parku Jurajskiego”, przy „Szczękach II” w prawo… Niech doktor pamięta, „Szczęki II”, bo przy „Szczękach I” to pan do „Klanu” trafi, a tam Jurek tylko z siekierką lata, więc jest niebezpiecznie… I jak pan skręci koło „Szczęk II”, to pan wyląduje w „Samym Życiu”, ale spokojnie, stamtąd odchodzi „Teleekspress” do Złotopolic. Wysiądzie pan na „Plebani”, potem skok w bok w „Misji w czasie”, zahaczenie o „Nieustraszonego”, a jakże, i już jest pan w „Titanicu”… A tak swoją drogą, to czemu nie „Powrót do przyszłości”? – zaciekawił się Pik.
Doktor zastanowił się.
- Przecież już tam byłem! – krzyknął wesoło, pociągnął jakąś wajchę i już ciuchci nie było. Został tylko niejaki Kulfon, lamentujący że mu Monika z doktorem uciekła, ropucha wredna…
W tym momencie coś stuknęło na najniższych piętrach kancelarii.
- Przyszli. – szepnął premier.

***

Rząd przemierzał ciemne korytarze muzeum.
- Trochę tu strasznie. – mruknęła tamersa. Robocik, z obandażowaną głową, korpusem oraz, nie wiedzieć czemu kablem USB, smętnie włóczył się za nią, popiskując ośmiobitowo.
- E, na horrorach bywało gorzej. – stwierdził eNeR – A pamiętacie KLAUS BHP? Tę straszną atmosferę tego magazynu…
- A idź, nie wiem jaki chory umysł musiał to wymyślić. – rzucił z tyłu Rider.
Nagle coś głośno zabuczało. Rząd zatrzymał się.
- Co to było? – szepnęła Fen. Brutalek natychmiast przełączył się na widzenie w ciemności, lecz jednak trochę przedobrzył i zamiast tego włączył widzenie bez ubrań… Ale zaraz, lekko wystraszony, je wyłączył…
Szum znów się powtórzył. Tym razem nie ucichł. Dochodził gdzieś z przodu…
- Tam! – krzyknęła vento. Jej biały wilk (co, nie wspominałem o nim? No to teraz wspominam, heh…) wyszczerzył kły w stronę końca korytarza. Właśnie przejeżdżał tamtędy… żółty wózek widłowy. Z kierowcą bez głowy…
- Oj tam oj tam. – eNeR machnął ręką – Pozostałość po gościach z NRD.
Ruszyli w dalszą drogę. I znów nie uszli kilku metrów, jak kolejny dziwny odgłos zatrzymał ich.
- Jakby ktoś się skradał… - Fen wsłuchała się w ten dźwięk.
- Albo jakby ktoś szurał liśćmi. – Astro miała inny pomysł.
- Albo jakby ktoś niósł klatkę pełną szynszyli przez zatłoczony autobus, w nadziei że kanar nie przyleci! – to była propozycja Bialego.
- Cicho! – ich wszystkich skarcił eNeR – To dochodzi stamtąd. – ocenił. Pomału, na paluszkach, wszedł w ciemny korytarz.
Podążał nim jakąś chwilę, do momentu, aż dziwny odgłos nagle znikł. Zamiast tego minister poczuł czyjąś obecność, tuż za sobą.
Obrócił się. I stanął oko w oko z wielkim facetem…

***

Najpierw pojawiły się cienie Dwóch Niecnych Typów – jeden dziwny, nienormalny, jakby wielkiego pająka z mechanicznymi odnóżami. Drugi zaś wysokiego faceta o fryzurze niemalże afro/ewentualnie młody prezydent.
- Czas na przedstawienie… - mruknął Pik, przeładowując jedną ręką shohtguna na ryżowe pociski (Chuck w tym momencie pękł z zazdrości). W tle AC/DC zaczęło grać ROCK`N ROLL TRAIN – Ręce do góry i stać tam, gdzie stoicie! – premier wyskoczył zza balustrady za którą był schowany, celując z broni w Dwie Niecne Postacie… Które już przestały być Niecnymi, Nieznanymi Postaciami, gdyż premier ich zidentyfikował: pierwszego, wielkiego robota, machającego bez sensu swoimi mackami, jako KARRa… ale tego nowego… zaś człowieka, w nieco trącącym gejówerą białym garniturze i z podejrzaną laską w dłoni, jako Gartha Knighta.
- Mogłem się tego spodziewać. – mruknął premier, ponownie przeładowując broń… Ach te błędy w scenariuszu… - Ręce do góry, nie dam nic stąd ukraść!
- Wiesz Pik, kiedyś miałem klacz, która była nieposłuszna. – Garth zaczął obleśnym, nieco prezydenckim tonem – Ale to nie jest ta historia… Myślisz, że tą pukawką nasz pokonasz?
- Tak. – Pik, niczym Rambo, ponownie przeładował broń… No scenariusz się sypie – Mówię po raz ostatni, poddajcie się, albo rozpocznie się piekło.
- KARR, pozbądź się tej broni. – nikczemnie rozkazał Garth.
- Broń must die! – tępo wydał z siebie KARR i wystrzelił w stronę premiera promieniem gołębim. Ten trafił broń, wyrwał ją z rąk premiera i wydziobał całe ziarno.
- Złapcie mnie, jeśli potraficie! – krzyknął premier, dobrze zdając sobie sprawę, że jego plan zaczyna działać jak powinien… I znów przeładował broń… No co się z tym scenariuszem stało, no…
- Biegnij, premierze, biegnij! A i tak cię dopadniemy! – Garth, niczym za dawnych czasów, kiedy siedział za kółkiem Goliata, uśmiechnął się obleśnie.
- Dopadajcie, dopadajcie. Zaraz wpakujecie się na taką minę, że na księżyc jak Apollo 11 polecicie. – premier mruknął sam do siebie, jednocześnie ignorując groźby niejakiego Toma, że niby dlaczego on się czepia jego filmów…
Mniejsza z tym: Garth i KARR ruszyli w pościg za premierem. Niestety, albo stety – tak jak mówił Pik, wpakowali się na minę…

***

- Cicho! – ich wszystkich skarcił eNeR – To dochodzi stamtąd. – ocenił. Pomału, na paluszkach, wszedł w ciemny korytarz.
Podążał nim jakąś chwilę, do momentu, aż dziwny odgłos nagle znikł. Zamiast tego minister poczuł czyjąś obecność, tuż za sobą.
Obrócił się. I stanął oko w oko z wielkim facetem…
- Jestem S. T. A. L. K. E. R. – nieznajomy dokładnie przeliterował swoje imię.
- A ja jestem D. J. E. N. E. R. I często grywam w R. D. C. – teraz eN podał swoje personalia.
- Na serio? – ów postawny gość jakby się ucieszył – Często sobie słucham tej stacji. Zwłaszcza w piątkowe wieczory…
W tym samym czasie rząd czekał w niecierpliwości na powrót eNeRa.
- A może spotkał zmutowaną mysz i ona go zjadła? – zaniepokojona pisnęła LeNa.
- A może gorzej, to on zjadł zmutowaną mysz i sam się zmutował w zmutowanego eNeRa? – kaka podał jeszcze bardziej straszniejszy wariant sytuacji.
- A może stało się najgorsze… - Frost głośno przełknął ślinę - …i ZAiKS wypowiedział wojnę wszystkim dj-om, i eN jest pierwszą ofiarą tej wojny?
- A może… to on już wraca! – radośnie krzyknęła tamersa. Faktycznie, eNeR wychodził z korytarza. I był uchachany od ucha do ucha.
- Coś ty taki szczęśliwy? – zapytała się Fen – I gdzie ty byłeś?
- Fana spotkałem. – eNeR wyszczerzył zęby – O autograf poprosił, to zostawiłem… To co, idziemy dalej? – zaproponował.
Rząd przez aklamację przyjął tę propozycję.
Ruszyli dalej. Szli dalej tym korytarzem. Z początku z powodu napięcia (co się może stać…) milczeli. Potem, jak nie działo się nic strasznego, wymieniali ze sobą pojedyncze zdania. A jak już zupełnie się nic nie stało, zaczęły się typowe serwisowe rozmowy… Które natychmiast ucichły, jak się wszyscy na siebie powywracali…
A z tym to było tak, jak to zwykle bywa na drodze w związku z wielkimi karambolami: zaczęło się od tego, że doszli do jakiegoś większego pomieszczenia, pustego, nie licząc pralki stojącej w kącie. I właśnie na jej widok, zupełnie nieoczekiwanie, zupełnie bez świateł długich, krótkich i ramp, zatrzymała się Fenix. A reszta wpadła na nią, wywołując naprawdę wielki upadek gabinetu. W sensie dosłownym…
- To niemożliwe. – szepnęła Fenix, zupełnie nie zauważając tego, co się działo za nią – Tylko nie ona…
- Fen… Co się dzieje… - eNeR jakoś wygrzebał się spod rządu – Czemu tak się patrzysz na tę starą pralkę…
Pani minister spojrzała na swego kolegę. W jej oczach… był autentyczny strach.
- eNeR, ona powróciła… Deceptikońska pralka powróciła! – krzyknęła z przerażeniem.
I się zaczęło: w pralce coś zaczęło trzeszczeć, jakaś woda z niej się wylała, potem jakieś części zaczęły z niej wyskakiwać, tak że maszyna zaczynała przypominać robota… Bardzo groźnie wyglądającego robota…
- Chodu! – eNeR wolał nie ryzykować. Wskazał boczny korytarz, w który natychmiast cały rząd dał nogę.
A pralka? Jak pralka. Pochrzęściła, powyła, posapała… I padła.
A dlaczego? Bo nikt nie stosował „Optimus-Calgonu”, który, jak wiadomo, skraca życie każdej deceptikońskiej pralki o… wszystkie lata życia…
Tymczasem rząd uciekał, ile sił w nogach i ile procentów w VAT. Po pięciu minutach ucieczki przystanęli.
- Chyba ją zgubiliśmy. – ciężko oddychając stwierdziła Fenix.
- Raczej tak. – Frost, który przybiegł ostatni, obejrzał się za siebie, by stwierdzić, czy im nic nie grozi.
- MÓZZZZZG!!! – niespodziewanie coś zawyło w pomieszczeniu…

***

Mniejsza z tym: Garth i KARR ruszyli w pościg za premierem. Niestety, albo stety – tak jak mówił Pik, wpakowali się na minę…
A to było tak: ciamajdy nie patrzyły z czego żyją, nadepnęły na minę, a tak jak się nie skrzywi, jak min nie zacznie stroić, jak nie krzyczeć. Tak niecne typy zaczęły uciekać, byle jak najdalej od niej.
W końcu dopadli schodów biegnących na górę. KARR już chciał po nich człapać, w kierunku skąd dochodziły odgłosy premiera, gdy Garth go złapał za jedną z gąsienic.
- Łapy precz, ja jestem hetero. I schody must die!- zareagował KARR.
- Blaszany łbie, odsuń się. – Garth odciągnął go w bok. Sekundę później, tam gdzie był skaner KARRa, śmignęła farba na sznurku… Chwilę po niej druga…
- Idziemy! – ryknął KARR. Garth go jednak przytrzymał.
- A pamiętasz „Kevina samego w Nowym Yorku”? – syknął.
KARR przyłożył swą mackę do skanera.
- Pamiętam. Pamięć nicht must die! – warknął. I wtedy przeleciała potężna rura, podwieszona na dwóch sznurkach – Idziemy! – ponownie ryknął KARR. Garth go ponownie przytrzymał.
- A pamiętasz „Kevina samego w Chicago”? – syknął, wspominając filmy z nowej serii, powstałej po 2015 roku.
KARR przyłożył swą mackę do skanera.
- Pamiętam. Pamięć nicht must die! – warknął. I wtedy przeleciał znak drogowy, podwieszona na dwóch sznurkach.
- Idziemy! – znów ryknął KARR. Garth go znów przytrzymał.
- A pamiętasz „Kevina samego w Sztokholmie”? – syknął.
KARR przyłożył swą mackę do skanera.
- Pamiętam. Pamięć nicht must die! – warknął. I wtedy przeleciała Nagroda Nobla, podwieszona na dwóch sznurkach.
I tak dalej. Co wtedy nie przeleciało: samolot, Małysz, Stadion Narodowy, system medialny USA, Łukaszenko pojmany przez opozycjonistów (to z filmu „Kevin sam na Białorusi: Operacja FREEDOM”), śpiący król Bronisław I, rura rurociągu z dna Bałtyku, ludzkie pojęcie… No było tego sporo.
Ale Garth nie był w ciemię bity, się na filmach znał. I samego KARRa przed guzem powstrzymywał sam.
I pewnym momencie rzeczy przestały spadać.
- Teraz idziemy! – groźnie rozkazał Garth. Natarli na schody. I wtedy przeleciał wiatr halny, podwieszony na dwóch sznurkach. I ich ze schodów zrzucił, prosto na pułapki na myszy.
- A… to… z czego… - pisnął Garth, cały w serze i łapkach.
- Z „Kevina samego u Janosika: Prowdziwo Historyja!”… W kinach w przyszłym roku. – dumnie wyjaśnił premier.
- O… ty… - Garth wygrzebał się z pułapek – Zapłacisz mi za to… I za pranie garnituru też. – dodał i pognał schodami na górę. KARR poczłapał za nim, ciągle nie mogąc usunąć ze swoich ciasteczek tego sera, co się tam napchał…

***

Tymczasem rząd uciekał, ile sił w nogach i ile procentów w VAT. Po pięciu minutach ucieczki przystanęli.
- Chyba ją zgubiliśmy. – ciężko oddychając stwierdziła Fenix.
- Raczej tak. – Frost, który przybiegł ostatni, obejrzał się za siebie, by stwierdzić, czy im nic nie grozi.
- MÓZZZZZG!!! – niespodziewanie coś zawyło w pomieszczeniu…
Ciarki przeszły po plecach całego rządu. Migiem spojrzeli na jednego z nich – kakę. Ten stał ze zdziwioną miną.
- Co? – zapytał zaskoczony.
- Ty wiesz co. Znów ci się bierze na zombiakowanie?! – krzyknął Rider.
- Ej, ludzie, ja z tym skończyłem dawno. Jestem już żywy! Nawet nick mam stary! – oburzył się kaka.
- Ta, bo już ci…
- MÓZZZZZG! – ponownie coś zawyło w sali.
- kaka, to przestaje być śmieszne! – nerwowo krzyknął Rider.
- Ale to nie ja! – minister Nowej Gwardii był bliski załamania nerwowego.
- kaka, bo cię zbanuję! – upomniała go Fen.
- MÓZZZZZG!!! – po raz trzeci rozległo się w sali. Jednocześnie pojawiło się całe stado… zombiaków.
- Czy mi się wydaje, czy mamy problemy? – pisnął eNeR.
- Nie, wiesz, to tylko komitet powitalny. – cięta riposta tamersy.
Zombiaki natarły na rząd. Ten zbił się w zawartą kupkę. Niestety, to nie dało nic – monstra jeden po drugim odsuwały ministrów, kierując się w stronę jednego z nich – kaki.
- Ej, co się dzieje… - nerwowo przełknął ślinę minister.
- MÓZZZZZG!!! – zawyły dwa zombiaki.
Na nic zdał się opór rządu, na nic ostrzał Brutalka, na nic odtwarzanie przez Robocika piosenek Justina (uznanych przez ONZ za broń naprawdę masowego rażenia, zakazaną w każdej armii świata) – zombiaki dopięły swego. Dotarły do kaki.
- MÓZZZZZG!!! – zawyły otaczając ministra. Ten z przerażeniem patrzył na nich, aż… Uśmiech zagościł na jego twarzy.
- Mietek? – zapytał głośno, patrząc się na pierwszego stwora – Dzidka? - teraz zwrócił się do stwora w przegniłej sukni – Ej, ludzie, spokojnie, to są moi znajomi!
- Jak to znajomi? – zapytał zaskoczony el_comendanto.
- Z czasów jak byłem zombiakiem… A pamiętacie Zombstock w 69? – kaka zapytał się stworów.
Te coś tam zawyły.
- Poznaliśmy się na takim portalu… Zombbook… - kaka ciągnął opowieść – Ej, a co z Frankiem… Bo go nie widzę?
Zombiaki znów coś tam zawyły.
- Że co? Że wsadzili go do trumny? No to się chłopak długo nie wygrzebie… - kaka pokręcił głową – A tak właściwie to po co tu przyszliście?
Zombiaki spojrzały po sobie i wspólnie zawyły:
- MÓZZZZZG!!! – poczym natarły na kakę… Dla którego wszystko stało się jasne!
- Ej, co wy robicie… A ja wam dawałem ściągać na kartkówkach z zombiografii! – krzyczał. I niechybnie byłby to jego koniec, gdyby nie czyjaś interwencja…

***

Garth wytrzepywał właśnie ze swej bujnej grzywy pierze, które przed chwilo spadło na nich w fortepianie z wysokości pięciu metrów.
- Przeklęty, oddychający… premier. – spadał złoczyńca. KARR stał obok i tylko groźnie łypał skanerem (a trzeb zaznaczyć, ze teraz wyglądał jak przerośnięte kurcze, tak był chłopak obsypany).
- Pierze must die! I ja must kichać, ale nosa nicht! – warknął.
- To premier must die. – syknął Garth.
Wtem coś śmignęło na końcu korytarza… Tak, to był premier!
- Za nim! – zawył Garth. Z KARRem natarli na drzwi, za którymi Pik zniknął.
Garth złapał się klamki, takiej okrągłej, jakby czerwonej, z napisem „Ten, który mnie dotknie, jest idiotą”… i zawył!
- Auuu!
Tak, dziękuje, piękne zawycie Garth.
A wracając do akcji: Garth zawył i złapał się za rękę, na której rozgrzana klamka zostawiła odbity napis.
- Zatłukę! – zawył – Zatłukę!
KARR nachylił się do klamki, swoim skanerem obejrzał ją, poczym odwrócił się tyłem i wypalił sobie taki napis mniej więcej na tej wysokości, gdzie ludzie mają pośladki.
- W końcu będę miał respekt na dzielni. – powiedział – I dyskryminacja must die!
- O ty… - zawył Garth – Łap premiera!
KARR natarł na drzwi i wywalił je, wjeżdżając… do gabinetu lekarskiego. Tam niejaki Grzesio Dom tłumaczył, a raczej sarkastycznie wyjaśniał, że matka dziecka jest idiotką, gdyż przyszła do niego z katarem bachora…
Kiedy tylko KARR ujrzał Grzesia, zapis ich ostatniego spotkania wyświetliła mu się w pamięci.
- O nie… - wysapał komputer – O nie…
- O, witam pana konserwę. – Grzesio uśmiechnął się ironicznie, jednocześnie wymachując swą laską – I jak zdrówko?
- Nie… konserwa… KITT must… Help! – KARR zawył przerażony i uciekł z gabinetu.
Gartha to zaciekawiło… Tak bardzo, że aż zajrzał do gabinetu… i od razu wpakował się na cały zespół Doma, gotowy go jak nic pociachać.
- A tutaj mamy przypadek Mobilus Tirus. – powiedział Dom, spoglądając na Gartha.
- Jak śmiesz… Jestem Garth Knight, człowiek, który niczego się boi! – trochę bez sensu rzekł niechciany syn Wiltona.
- Ta, a ja się nazywam Wilson. – odciął się Dom.
- A myślałem, że ja się tak nazywam. – niespodziewanie odezwał się ktoś z zespołu Doma.
Grześ zignorował to:
- Cierpi pan na Mobilus Tirus… Po pierwsze, lubi pan jeździć wielkim ciężarówkami, co świadczy, że gdzie indziej jest pan mały. – Dom stawiał diagnozę.
- O wypraszam sobie. – warknął Garth – Wszystko mam jak należy… A ciężarówką nie jeździłem od 28 lat… Kiedy ten bufon, Michael, mi ją utopił… Wraz ze mną…
- I jeszcze pan się topił, ciekawy trop. – Dom pokiwał głową – Ale to nie zmienia faktu, że jest pan mobilusem… Proszę dokończyć: Mobilki, mobilki…?
- …jak tam ścieżka na Ostrołękę. – dokończył Garth. Jednocześnie chwycił się za usta – Matko droga, jestem mobilusem… Panie doktorze, czy jest na lekarstwo?
Dom zamyślił się.
- Nie ma, niestety. Możemy panu zrobić lobotomię, lewatywę, osłabić odporność i załatwić nerki. A nawet podsuną Trzynaście do łóżka… - dodał. Jednak z lekarek pomachała do Gartha. Ten przełknął ślinę… i wybiegł z gabinetu.
- Pik, to było najpodlejsze! – zawył i popędził szukać premiera.

***

Zombiaki spojrzały po sobie i wspólnie zawyły:
- MÓZZZZZG!!! – poczym natarły na kakę… Dla którego wszystko stało się jasne!
- Ej, co wy robicie… A ja wam dawałem ściągać na kartkówkach z zombiografii! – krzyczał. I niechybnie byłby to jego koniec, gdyby nie czyjaś interwencja…
- Rząd, kryć się ta! – starczy głos huknął z końca sali. Rząd, jak jedno ciało ustawodawcze, padło na ziemię. Chwilę potem coś huknęło, a pokojem zatrzęsło. Kiedy wszyscy się podnieśli, ujrzeli że z zombiaków niewiele zostało, a kaka stoi pod ścianą… cały i zdrowy.
- Hy, zdrowi? – rozległ się znów ten starczy głos.
Rząd spojrzał na koniec sali. Stał tam on, jedyny w swoim rodzaju – Jakub Wędrowycz.
- Jakub! To ty…? – eNeR wskazał na szczątki zombiaków.
- A jakże. – egzorcysta uśmiechnął się szczerym, słowiańskim uśmiechem.
- Co ty tutaj robisz? Nie powinieneś być w Wojsławicach? – zainteresowała się tamersa.
- Hy, woda mi się skończyła do bimbru. – uniósł jakiś baniak w górę – I przyszedłem po nią tu. Trochę ciężka, ale ujdzie.
- Jakubie, dziękuję za ratunek! – spod ściany krzyknął uradowany kaka.
- Hy, ni ma za co! – odpowiedział Jakub, pociągnął łyk ze swej piersiówki… I tyle go było widać…

***

Pik aktywował właśnie system zapadni w podłodze kancelarii. Miał niewiele czasu. Garth i KARR doganiali go.
- Posmakujcie tego! – krzyknął premier i pociągnął za dźwignię. Właśnie wtedy, kiedy oni wbiegli na pierwszą zapadnie.
Klapki nie poszły w dół.
- Co jest… - premier nerwowo zaczął przerzucać wajchą: góra-dół, góra dół. Niestety, nie działało…
Garth i KARR już wiedzieli, że plan nie wyszedł. Już czuli się zwycięzcami. I już zbliżali się do Pika…
Premier coraz szybciej, w akcie desperacji, przerzucał wajchą. Jednak wiedział, że to na nic.
- Co jest… - pisnął cicho. To był koniec – Co jest…
A było, raczej a je to, że takich dwóch, Pat i Mat, co to sobie wynajmowali piwnice pod kancelarią, umyśliło przygotować elektroniczne fajerwerki zbudowane z wody, gumy i przyłącza energetycznego zapadni… Nie muszę chyba mówić, jak to się skończyło…
Oni, znaczy się, przeżyli, swój gest wykonali, fajerwerki jakoś walnęły w powietrze… Tylko że dla Pika był to odgłos przegranej…
Ale czy na pewno?

***

Zegarek Skryby (ale jeszcze przed chwilą go nie miał!) wydał taki oto dźwięk:
- Tu tu tu tuu tu. – który niedoszły despota skwitował hasłem:
- Zordon dzwoni. – i jednocześnie wpadł w zadumę, skąd, do cholery, zna jakiegoś Zordona. Ale nie miał czasu tego wyjaśnić – zegarek błysnął. I po chwili w miejscu, gdzie stał Skryba, nie było już nikogo…
Skryba zaś znajdował się obecnie w jakimś naprawdę dziwnym pomieszczeniu, ni to bez okien, ale za to z potężną konsoletą komputerową na środku. Nad nią znajdowało się takie wielkie akwarium, w którym unosiła się wielgachna głowa…
- Piąty rangersie. – głowa odezwała się mocnym głosem – Power Rangersi cię potrzebują! Rita znów im dokopała, a Megazodry utknęły u polskich mechaników!
- Ajajaj… Ajajaj… - koło Skryby pojawił się taki dziwny robot, z okrągłą głową – A mówiłem, oddać do serwisu Megazordów… Ale nie, Zordon mówił, że Polacy taniej zrobią!
- Alfa, milcz, ważniejsze sprawy mamy na głowie! – huknął Zordon.
- Eee… Przepraszam… - Skryba, jako ten czuły typ, nieśmiało palec w górę podniósł i tak bąknął – Ale historię wam się pomieszały. Ja nie jestem piątym Rangersem.
Zordon wyglądał na zaskoczonego.
- Serio? – bąknął – A, fakt… - coś sobie przypomniał – Przepraszam, misje mi się pomyliły… Tak więc Skrybo… - Zordon znów zaczął tym tubalnym głosem – Jesteś niezwłocznie potrzeby w kancelarii, w której chciałeś przejąć władzę! Premier Pik jest w opałach!
Z kąta sali pogroziła niejaka Hela, że to ona może być tylko w opałach.
- Ależ Zordonie, jak mogę mu pomóc! Przecież ja tam jestem źle widziany, jeszcze mnie wyrzucą… - Skryba, jak Skryba, zaczął się migać od obowiązku.
- Skrybo, zrozum, musisz mu pomóc, musisz, aby odkupić swoje winy… Czujesz to, Skrybo? Czujesz?! – mocno zapytał Zordon.
- Ej, Rozum, tekst mi ukradłeś! – niespodziewanie z Alfy wyskoczyło Serce.
- No, tak jakoś… - zaczął przebąkiwać Zordon, który nagle znikł, gdyż wyszedł zza akwarium i okazało się, że to był Rozum – No przepraszam…
- No ale Rozum, czy ty czujesz, jak ja się czuję? Rozum, czujesz, czujesz to? – Serce dało się ponieść emocjom. Rozum stał, chłodno sobie wszystko kalkulując.
Skryba nie chciał im przeszkadzać i wycofał się.
- No co za dzień… - mruknął – Te Szpilki i w ogóle… Ale jeżeli Pik rzeczywiście jest w potrzebie? – zastanowił się – Jeśli nawet tak, to jak ja się tam dostanę… Przecież to tak daleko… A w ogóle to ja nie jestem w formie, nie wiem, czy dam radę…
I zdarzył się wtedy cud. Sufit nad Skrybą zajaśniał i z tej jasności Aniołek wyleciał, zawisł nad Skrybą i tak przemówił:
- Jam jest anioł Krzysiu Ibisz!
„No, faktycznie, podobny… Ale taki młody” pomyślał Skryba, zaś na głos rzekł:
- Aniołku, po co żeś przyleciał?
- Dobrą radę ci przyniosłem, jak formę nabrać. – aniołek rzucił w kierunku Skryby cienką książkę i znikł.
Skryba wziął wolumin i spojrzał na tytuł: „Jak wyglądać dobrze po 40.”
- To mi raczej jeszcze nie grozi. – westchnął Skryba, odrzucając książkę – Czyli pójdę sobie na piechotkę…
I, niczym Jaś Wędrowniczek, ruszył tak mniej więcej w stronę kancelarii…

***

Rządowi coraz mniej podobała się ta wycieczka. Postanowili więc jak najszybciej przejść te trasę, nie zatrzymując się nigdzie na długo.
Niestety, okoliczności zmusiły ich do zupełnie czego innego.
Szli kolejnym, ciasnym korytarzem, w kompletnych ciemnościach, gdy nagle jak na jakąś ulicę nie wyjdą, chyba w jakimś amerykańskim miasteczku, taką, jakby senną (bo noc była).
- Gdzie my jesteśmy? – Rider rozejrzał się dookoła.
- Nie wiem… - odpowiedział eNeR – Ale chyba w końcu w jakimś spokojnym miejscu. – dodał, ocierając pot z czoła.
- Nie powiedziałabym. – poważnie stwierdziła tamersa. Ona już wiedziała, gdzie są… - Padnij! – krzyknęła. Rząd, oczywiście, posłuchał ją, znów upadając. Tuż przed potężną chmarą jakichś dziwnych stworów, przelatujących ulicą.
- Co to było?! – stłumionym głosem krzyknął eNeR.
Niestety, odpowiedź tamersy została zagłuszona przez całą watahę (!) ni to wilków, ni to ludzi, przebiegających obok.
- Co to, pseudokibice uciekli z więzień? – zapytał Rider, odprowadzając dziwne stwory spojrzeniem.
- Nie, to Vestibule. – powiedziała tami, zrywając się na równe nogi. Reszta zrobiła to samo.
- Że co? – zapytał się eNeR.
- Vestibule… „Przedsionek”… Mój fan-fick. – wyjaśniła.
- Nie gadaj, że weszliśmy do „Przedsionka”. – powiedział Bialy z wypiekami na twarzy – A gdzie jest Myra? – rozglądnął się.
- Właśnie nadjeżdża. – tami wskazała na czarny motor, który się przy nich zatrzymał. Jego kierowca ściągnął kask… i okazało się, że była to kierowczyni… dziewczyna, no.
- R.I.V., widzisz tę bandę dziwaków, co i ja? Kim oni są?– zapytała… swój motor?
- Rządem Wspólnoty Nieustraszonej, dawnymi użytkownikami serwisu www.knight-rider.pl. – znajomym głosem odezwała się maszyna.
- O, motor który gada! – stwierdził Frost.
- Ciesz się, że nie samochód, bo inaczej byśmy gadali. – ów R.I.V. powiedział chłodno.
- A ty musisz być nią… - Myra uważnie spojrzała na tami.
- Tak, jestem nią. Autorką. – pani minister pokiwała głową.
- Mam ci tyle do powiedzenia. – ciągnęła Myra.
- Ja też… - dodała tami.
- Ale nie ma czasu, trzeba w Vestibule porządku pilnować.
- Chyba do tego cię powołałam. – tamersa uśmiechnęła się.
- Tak, do tego. I na razie mam ci jedno do powiedzenia:… - Myra ubrała kask - …dziewczyno, pisz i publikuj, bo już mi Azrael nudzi, że jakiś Pattinson fanki mu zabiera. – rzekła Myra, ubierając kask… Ponownie???… A, błąd scenariusza…
- Właśnie. – ostro dodał R.I.V. – Bo inaczej wpadnę do ciebie i inaczej pogadamy.
I odjechali.
Rząd znów wycofał się do muzeum. Znaleźli pierwsze rozgałęzienie dróg i skręcili w prawo.
Szli jakieś 3 minuty, aż natrafili na wielki parawan, zza którego wydobywała się gorąca para oraz śpiew dwóch męskich głosów. Dodajmy – dwóch okrutnie zawodzących głosów.
- Patrzymy? – zapytał się kaka.
- E, nie. – syknęła Astro – Nie traćmy czasu!
- Ok.
I ruszyli dalej. Niestety, znów nic z tego nie wyszło.
A z tym było zaś tak: owa zasłona tak nieprzepisowo walała się po ziemi. Niestety, było trochę ciemno i nie wszyscy to widzieli. W tym i Flying. Przez przypadek wszedł na zasłonę, zawinął się w nią i poleciał… na podłogę. Zrywając tym samym szmatę z rurek.
Oczom rządu ukazał się niecodzienny widok: otóż po drugiej stronie była taka jakby łazienka. Po prawej stałą niewielka umywalka, z lustrem. A po lewej sporych rozmiarów prysznic. Lecz to nie było najdziwniejsze, lecz to, kto tam się znajdował.
Przy umywalce stała osoba ludzka – i to było normalne. Ściślej, był to mężczyzna, około 30 iluś lat, w okularach. I, proszę ja was, on się golił. A teraz to raczej głupio patrzył się na rząd… Zaś w prysznicu, olewany wodą ze szlaufa, stał… zielony polonez atu z skanerem w miejscu chłodnicy.
- KOM?! – krzyknął kaka na ich widok – Adam?!
- A co, może Krzysztof Ibisz i Kasia Cichopek!? Pewnie że my! – odciął się samochód.
- No jasne że my… KOM, jak powiedziałeś? – Adam zwrócił się do pojazdu – Ibisz i Cichopek? I niby kto ma być tym Ibiszem i tą Cichopek?
- No wiesz stary, taka jest prawda, że to ja młodziej w naszym duecie wyglądam, więc to ja raczej Ibisz, a ty… ta… no… - tu KOM urwał.
Adam nabrał powietrza, policzył do dziesięciu i go wypuścił.
- KOM, kiedyś mnie dobijesz. – warknął i spojrzał na rząd – A wy co? Dalej zwiedzać! My jeszcze nie gotowi! Zobaczymy się dopiero w 2011! Już, już… Musimy się przygotować, dobrze wyglądać!
- No to wracajcie, tylko pamiętajcie, by tak mięsem nie rzucać. – eNeR tak delikatnie upomniał.
- Dobra, dobra. Idźcie już!
Rząd wiedział, że tacy jaki oni nie lubią, jak się im przeszkadza, i że wtedy fochy stroją… Więc jak najszybciej zmył się stamtąd, uciekając do wielkie sali, w której wielkimi literami ktoś napisał: KONIEC ZWIEDZENIA.
- No, nareszcie. – westchnął uradowany eNeR.
- Tak. – dodała szczęśliwa Fen.
- W końcu. – ocenił wniebowzięty kaka.
I tak dalej, każdy minister, każdy w podniosłym nastroju.
Ważniejsze, co się działo później.
- Mam pytanie… - Frost podniósł rękę do góry – Czy ktoś mi teraz wyjaśni, jak bez furgonu wrócimy do Warszawy?
Ministrów to pytanie skonfudowało.
- No… nie wiem. – eNeR wzruszył ramionami – Chyba koleją nam wracać przyjdzie.
- Co?! – wrzasnął Rider – Tymi czasoopóźniaczami!
Stało się. Nawiązał do wątku czasu.
Błysnęło i koło rady ministrów zmaterializował się dobrze znany wszystkim DeLorean. Drzwi się uchyliły i wyjrzał za nich znany już nastolatek.
- Przepraszam, nie widzieli państwo gdzieś doktora? – zapytał, jednocześnie czując, że dobrze trafił. W końcu na jego pytanie wszyscy się uśmiechnęli…
Niestety, źle zrozumiał ten uśmiech…
Tak samo jak tych jabłek, co to chciał wygłodzony zjeść (no co, dwa tygodnie bez jedzenia w elektrowni?), a co to mu zamiast tego okulary zjadły…

***

Dla Pika był to odgłos przegranej. KARR i Garth byli na wyciagnięcie ręki.
- Panie Pik, teraz będziesz świadkiem mojego triumfu, a twojej porażki! – rzekł zły Knight z triumfem – KARR, otwieraj! – rozkazał, wskazując wielkie, ołowiane drzwi, z napisem: SEDNO RZĄDU, KANCELARII I TEGO WSZYSTKIEGO. KARR wesoło machnął swymi mackami i jak wierny piesek rzucił się, aby demontować drzwi.
I wtedy znów sytuacja zmieniła się diametralnie.
Po pierwsze, wszystkie zapadki z hukiem się otworzyły. Widać Pat i Mat przywrócili sprawność urządzeniom. Po drugie, drzwi do których dobierał się KARR, same otworzyły się (od drugiej strony, rzecz jasne). A zrobiły to z takim impetem, że odrzuciły KARRa w tył, ten poleciał na Gartha i obaj razem wpadli do jednej z dziur zapadni, krzycząc, do następuje:
Garth: Aaaa!
KARR: Muszę się z tobą połączyć, Garthcie Knightcie!
Garth: KARR, nie wiedziałem że ty też… Ach ty brutalu!… Gdzie z tymi mackami…
Nieważne, co oni tam robili. Ważne teraz, kto z tych drzwi wyszedł – był to wszak Skryba, pogwizdujący sobie jakiś przebój Golców pod nosem.
Pik ciężko oddychał… Nie mógł w to uwierzyć… Dwóch Niecnych Typów… już nie było!
- Siema Pik. – Skryba przywitał się z premierem – Co tam słychać?
- Właśnie… uratowałeś kancelarię. – odpowiedział premier.
- Serio? – zapytał.
- Serio, Skryba. Serio.
Skryba podrapał się po głowie.
- To super… - spojrzał na zegarek – Wiesz, muszę lecieć. Jeżeli chcę zdążyć na Sylwestra z moim laptopem, to muszę już wyjść.
- Spoko, rozumiem. – Pik kiwnął głową – Jeszcze raz dzięki… I powodzenia w Nowym Roku.
- Dzięki. I nawzajem. – Skryba podziękował i ruszył w stronę otwartych drzwi.
- Skryba… - krzyknął Pik.
- Tak? – były despota przystanął.
- Jakbyś chciał wrócić do kancelarii… to droga otwarta. – premier uśmiechnął się.
Skryba tylko pokiwał głową i odszedł.
Pik, zmęczony oparł się o ścianę.
- Się działo. – otarło pot z czoła.
- I się jeszcze dziać będzie! – spod ziemi wydobył się upiorny chichot. Zaraz po tym kawałek podłogi wyleciał w powietrze i z spod posadzki wypełzł wielki stwór – ni to KARR, ale z głową Gartha.
- I am KARR Knight! – przedstawił się stwór – Pik must die! – zawył, aktywując wszystkie swoje bronie.
I już miał nastąpić dramat, nie wiem, horror, jakaś rąbanka, gdy znów pojawiło się „nagle”… A wyglądało ono tak, że ściana za KARRem Knightem pękła od jakiegoś mocnego uderzenia i zwaliła się na grzbiet monstrum, grzebiąc go totalnie.
Pik stał, kompletnie zdębiały tym, co zobaczył. Trochę uspokoił się kiedy dopatrzył, że przez dziurę w ścianie wchodzi eNeR.
- Wróciliście! – krzyknął uradowany Pik.
- Wróciliśmy, wróciliśmy… A tu co, kancelaria zamknięta, my wygniecieni po podróży DeLoreaniem, walę w drzwi, nikt nie odpowiada, więc sobie drogę utorowałem, i co widzę? Premier z wielkim robotem demolują naszą kancelarię. – eNeR trochę musiał ponarzekać.
- Ale jak to sobie drogę utorowałeś? – zapytał zaskoczony Pik.
- O tak. – rzekł eN i ręka walnął w najbliższą ścianę. Ta zwaliła się, jakby była z klocków lego.
Pikiem to wstrząsnęło i zmieszało jednocześnie. Jeszcze jednak bardziej poczuł się nietegez, gdy reszta rządu zaczęła wchodzić przez dziurę… A raczej istot, które tylko niektórych ministrów przypominały.
Tak więc do kancelarii wfrunęły dwa feniksy (jeden zwracał się do drugiego, „Fen, kochanie, już możemy być razem!”), weszła naprawdę gruba książka (która zaczęła sama się czytać i uczyć do matury). Wjechał też Rider, z kołami zamiast nóg i numerem bocznym 1313. Wszedł też postawny facet, nieznany Pikowi, trochę przypominający Pikowi Robocika tami, który prowadził za rękę niewielką robotkę, wypisz, wymaluj tamersę. Wleciał też uskrzydlony Latacz, Astro wyrysowała sobie realną drogę i po niej wjechała… Normalnie każdy minister był nie do poznania… Ani tym bardziej Krakowa, Wrocławia, Warszawy, Zakopanego, Tarnowa, Jasła, Katowic, Gdyni, Łodzi, Kołobrzegu, itd., itp., itvp.pl…
I jak tak wszyscy stanęli, Pik tylko uśmiechnął się i pokiwał głową:
- A mówił… - zaczął - …doktor Grześ, że napromieniowanie może wywołać niepowołane skutki?… Ale to powinno przejść. – wyszczerzył zęby.
- Pik, a co to właściwie za otwarte drzwi? – zapytał jeden z feniksów, głosem jak najbardziej należącym do Fen – Brutalek, nie przy ludziach… Bo zabiorę jajka i polecę do mamusi! – pogroziła mu.
- Są to drzwi, za którymi jest istota tego państwa, tej opowieści, tego serwisu. Istota, którą Niecne Typy chciały ukraść… Ale i tak by nie dały rady. – wyjaśnił Pik.
- A więc co to jest? – chórem zapytał rząd.
Pik gestem ręki kazał, aby wszyscy weszli do pomieszczenia i ustawili się w kółeczku, wokół niewielkiego postumentu, na którym stała mała ramka.
- Pik, przecież to zdjęcie jakieś a nie istota. – zauważył eNeR.
- Spójrzcie, jakie zdjęcie.
Wszyscy przyjrzeli się.
- No… Nasze wspólne. – znów chórem odpowiedział rząd.
- Tak. Nasze. Bo istotą… jesteśmy my. I ta więź, jaka się pomiędzy nami wytworzyła… Wieź zwana Knight Rider Polska.
- Brawo premierze. – ktoś naraz zaczął bić brawo – Chodź patetycznie… ale dobrze powiedziane!
Rząd spojrzał w stronę drzwi. Stał tam starzec, który miał przepaskę z napisem 2010.
- I kolejny rok za nami, moi mili. Było różnie… ale dotrwaliśmy! Dziękuję Wam za towarzystwo! – wesoło krzyknął staruszek. W tym momencie zegar wybił 12 – Pora odchodzić! I wszystkiego najlepszego z moim następcą! – dodał… i znikł.
W jego miejscu pojawił się mały bobas, z przepaską „2011”.
- Tak jest moi mili, wszystkiego najlepszego. – Staremu Rokowi przytaknął Pik.
I w tym momencie rząd zaczął składać sobie życzenia.
A Nowy Roczek – jak to Nowy Roczek. Gaworzył sobie w najlepsze, o nowych czasach… O nowych wyzwaniach…
Tylko dlaczego miał on twarz Krzysia Ibisza?
To już materiał na zupełnie inną opowieść…

KONIEC
_________________
 
 

kakagonzalez 
Nowa Gwardia


Dołączył: 25 Lut 2009
Skąd: mogłem wiedzieć, że była niepełnoletnia?

Wysłany: 31-12-2010, 13:59 


TS89 napisał/a
MÓZZZZZG!


мoоззззззг! jeśli już ;P

A dziękować za życzenia nie dziękuje, bo nie chcę zapeszyć ;P

TS89 napisał/a
Dodajmy – dwóch okrutnie zawodzących głosów.
- Patrzymy? – zapytał się kaka.

Wiesz co? Ja w
TS89 napisał/a
nieco trącącym gejówerą białym garniturze i z podejrzaną laską w dłoni,

Nie chodzę :P
Ale ta gejówera to niezły pomysł xD


TS89 napisał/a
No… Nasze wspólne.

Planujesz coś?
:D

Kolejne dobre opowiadanie z niesamowitym poczuciem humoru. Dzieki, Tomek za tak miłe pożegnanie starego i powitanie nowego roku :mrgreen:

A... z tą Dzidką to z czego to cytat?
_________________

Homo sum; humani nil a me alienum puto.
Człowiekiem jestem; nic co ludzkie nie jest mi obce
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group. KRPL Mod by Pik. Template created by szpak.
Copyright (C) 2004 - 2019 by Pik  
Regulamin   Kontakt